Share →

Zainspirowani tym wątkiem:

http://www.forum.outdoor.org.pl/tatry-i-pieniny/tatry-zachodnie-jesiennie-grania-z-kopy-kondrackiej-na-kasprowy/

stwierdzamy, że też tam idziemy. Praca od poniedziałku do popołudnia w sobotę ciągiem sprawia, że z Krakowa wyjeżdżamy dopiero o 5, a na miejscu (w Kuźnicach) jesteśmy po 7. Samochodów już trochę na parkingach stoi. Mijamy kasy kolejki i wchodzimy na coś co przynajmniej trochę bardziej przypomina szlak.

Szybko dochodzimy do schroniska na Kalatwókach i całe szczęście bo ten brukowany szlak mocno działa nam na nerwy. W schronisku nie zatrzymujemy się bo nie mamy żadnej specjalnej potrzeby. Ustalamy, że jak dojdziemy na Kondratową to wtedy coś przegryziemy. Szlak na tym odcinku już jest znacznie ciekawszy.

Przechodzimy przez fajny lasek i wychodzimy na Kondratową.

Tutaj dokonujemy konsumpcji ciasta z masą daktylową, który żona upichciła dzień wcześniej :) Na razie jest tylko kilka osób i jak na ten szlak to można powiedzieć, że pustki, Pierwsza grupka wychodzi trochę wcześniej, natomiast my ruszamy prawie równolegle z trójką Słowaków.

Dochodząc na Kondracką przełęcz odbijamy w lewo, a oni w prawo. Chwila na łyk soku i idziemy na Kopę bo daleko nie jest.


Zaczyna wiać i to całkiem konkretnie. Mamy nadzieję na mały postój na szczycie, więc idziemy możliwie szybko. Gdy dochodzimy na szczyt wieje już naprawdę konkretnie – miota wszystkim, a czasem nie idzie nabrać powietrza gdy wieje z przodu lub z boku. Z fajnej pogody robi się w sumie kijowa. Na pewno nie jest to wiatr taki jak zeszłej jesieni kiedy to zwiało nas z Czubika, ale z przyjemnego dreptania robi się raczej walka. W sumie trzeba się siłować z kijkami, żeby w ogóle były w miarę w pionie i dało się je wbijać bo z kijków praktycznie robią się „poziome chorągiewki”.


Schodzimy z Kopy na przełęcz Pod Kopą i w zagłębieniu terenu robimy mały postój. Zaczyna się od wywiania połowy kubka herbaty na moje spodnie, a drugi kubek wiatr przyprawia nam piachem… Walczymy długo z myślami „iść czy nie iść” i nawet robimy kilka kroków w dalszym kierunku, ale ostatecznie dajemy sobie spokój. Dalej nie będzie lepiej, a to ma być przyjemność. Idziemy w dół.

Ponownie koło schroniska coś przegryzamy i dalej już prosto aż do samochodu schodzimy szybko licząc na brak korków na drogach. Trasa do ewidentnego powtórzenia, albo przynajmniej uzupełnienia, ale było i tak nieźle. Koniec końców obiektyw na którego wykorzystanie liczyłem przeleżał całą wycieczkę w plecaku więc miałem dodatkowy 1,5kg balast.

Hasło tygodnia zasłyszane na szlaku w drodze powrotnej kawałek od startu kolejki „Następnym razem idziemy na grunwald…. czy giewont jak mu tam” xD

**Do dyskusji, zapraszamy na forum: Kopa Kondracka [27.10.2013]

Tagged with →