Share →

Ważne decyzje życiowe na Hardangervidda

Od najmłodszych lat marzyłem o Norwegii. Kto nie marzył?  Jednak musiało minąć trochę lat żeby się to spełniło. Zauroczony tą krainą wracałem do niej dość często i niemal każdy urlop spędzałem właśnie w Norwegii. Zbliżał się kolejny okres wakacyjny i trzeba było zaplanować czas letniego  urlopu. Tym razem postanowiłem wybrać się do Norwegii razem z moją dziewczyną Moniką, a celem stał się Płaskowyż Hardangervidda.

Jako że Monika  plecak i góry widywała raczej w telewizji, trzeba było do wyjazdu podejść lightowo i odpowiednio się do niego przygotować. Pierwszy wyjazd nie mógł jej zrazić a zarazić  :) Zaszczepić bakcyla włóczęgi.
Założenie było jedno, wszystko niesiemy na plecach i śpimy w namiocie. Dokładnie rozplanowaliśmy trasę, ustaliliśmy dzienne odcinki i miejsca noclegów. Przygotowaliśmy i rozdzieliliśmy jedzenie na cały wypad, sprzęt do spania i gotowanie. A więc w drogę.

Wśród wielu propozycji tras, ambitnych i mniej ambitnych wybraliśmy odcinek z Haukelisenter przez Litlos do Trolltunga. Trasę około 100 km podzieliliśmy na 5 odcinków, dzienny dystans wychodził około 20 km, także bez większej spiny damy rade nawet idąc tyłem. Nie w tym rzecz żeby ten płaskowyż przebiec, ale żeby tam być.

Start. Pierwszego dnia około godziny 19 wyruszyliśmy z Haukelisenter. Z powodu późnej godziny startu zaplanowany odcinek drogi był niewielki, ale 8 km pod górę trzeba było zrobić. Pierwszy dzień dość krótki ale przepiękny, rozbiliśmy namiot nad jeziorkiem Mannevatn. Bez większego zmęczenia z pełnymi brzuchami i ogólnym podnieceniem siedzieliśmy przez namiotem i chłonęliśmy wszystko co nas otaczało. A było co oglądać …

Drugiego dnia obudził nas bardzo silny wiatr i niestety całkowite zachmurzenie. Widoczność na 200 m i okresowo zacinający deszcz. No ale jak smakować płaskowyż to we wszystkich postaciach. Po śniadaniu i zapewnianiu Moniki, że wszystko jest ok i że wiatr jej nie porwie  :), ruszyliśmy dalej na północ a celem było jeziorko Hellevatnet w okolicach Hellevassbu.

Ten dzień dał nam popalić, pogoda nie pozwalała na delektowanie się widokami, ciężko było przystanąć choćby na chwilę bo wiatr wyziębiał bardzo szybko a zacinający deszcz spowodowała że gore i inne membrany w naszych ubraniach się poddały. Parliśmy nieustannie do przodu, porywy wiatru były chwilami tak silne, że człowiek tracił równowagę i tak podczas przeskakiwania po kamieniach przez strumyk zamoczyliśmy buty. Woda dostała się do butów i zrobiło się mniej ciekawie. Zagrożenie przeziębieniem czy innym cholerstwem przekreśliłoby cały wyjazd. Z tego dnia nie mamy dużo zdjęć i raczej rozmywa się nam pamięć o nim bo kolejne dni przysłoniły poprzednie i wynagrodziły wszystko!.

Trzeci dzień, pobudka 6 rano i świat nas wita pięknym słońcem, błękitnym niebem i suchymi rzeczami. Standardowe czynności poranne, czyli śniadanie, toaleta poranna, pakowanie i bujamy kopyta. Cel to dojść do Litlos, nie mamy wybranego dokładnie miejsca noclegu, postanawiamy się rozbić tam, gdzie będzie ładnie. Cóż z mojego pisania zdjęcia powiedzą więcej …

Tego dnia zachodzimy trochę dalej niż Litlos bo nad jeziorko Kollsvatnet. Wcale nie tak łatwo znajdujemy miejsce na namiot i stawiamy domek. Na lekkim wzniesieniu widok z namiotu zapiera dech w piersiach. Rzeka dopływająca do jeziora tworzy niewielką deltę, która wyjątkowo zieleni się na tle czarno białych gór i złocistych porostów. W tych pięknych okolicznościach przyrody wyjąłem z plecaka małe i dotąd skrywane owinięte sznurowadłem okrągłe cudo z kamieniem w środku. Tego dnia poprosiłem moją Monikę o rękę. Chwile wzruszeń i radości uczciliśmy również skrywanym od początku piwkiem Hanza.
Ten dzień był piękny.

Dzień czwarty to również słoneczny nawet ciepły dzień. Odczuwamy palenie promieni słonecznych, trzeba się zasłaniać i chronić przed słońcem. Cel na dziś to jeziorko Tyssevatnet.

Znajdujemy ładne miejsce na namiot, w lekkim obniżeniu osłonięci od wiatru w sąsiedztwie małego jeziorka polodowcowego rozbijamy domek. Mycie podwozia i relaks …

Kolejny dzień, piąty, słoneczna pogoda, duża przejrzystość powietrza, niemal bezwietrznie. Czynności poranne i wio, cel na dziś to dojść do Trolltunga. Początkowa droga nie sprawiała trudności jednak parę napotkanych strumieni a raczej rwących rzek trzeba było obchodzić. Przejścia były w górnym biegu rzeki przez wiszący nad rzeką śnieg, co budziło w nas lekkie przerażenie. Ale czego nie można przeskoczyć zawsze można obejść, i tak dotarliśmy do granicy płaskowyżu do Trolltunga. Jako że to był nas koniec podróży, postanowiliśmy pozostać jeszcze jeden dzień i spędzić go nad jednym z najpiękniejszych miejsc w jakich byłem. Zostało nam jedzenia jeszcze na dwa dni, także tego wieczora jedliśmy ile oczy chciały a dupa mogła przyjąć.

Następnego dnia zeszliśmy szlakiem do Tyssedal, mordercze i podejście i zejście. Chwila zadumy na dole, otarcie łez na koniec, czas wracać. Po drodze w mieście Odda obowiązkowe zdjęcie na koniu …

PS. to moja pierwsza relacja z wyjazdu, przyjmę wszystkie sugestie dot. redagowania czy innych uwag co do relacji.

Pozdrowienia wszystkich !!!
damian_pl


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: [Norwegia] Płaskowyż Hardangervidda

Tagged with →