Share →

Mimo, iż urodziłem się w górach, to aby zacząć po nich chodzić potrzebowałem „promotora”, którym stała się moja wychowawczyni w szkole podstawowej. Miało to miejsce ponad 20 lat temu. Dwa lata temu postanowiłem sam zostać promotorem chodzenia po górach i przekazać swoją pasję mojej 5-cioletniej wtedy córce, Agnieszce.
Nie chcę pisać poradnika pod tytułem „Jak wciągnąć dziecko w chodzenie po górach”, ale tylko podzielić się swoim doświadczeniem, problemami z jakimi się spotkałem i sposobami ich rozwiązania.

    Planowanie tras

    Jak pisałem w swoich relacjach, pomysły na trasy biorę z „zielonego” przewodnika „Serii z falą”, czasami je modyfikując, tak aby trasa przybrała kształt pętli, która umożliwia bezpośrednio po wędrówce zajęcie miejsce w samochodzie i powrót do domu, co też ma znaczenie dla samopoczucia dziecka. Zaczynaliśmy od łatwych i krótkich tras na 3, czasami 4 godziny wędrówki. W planowaniu przerw, bardzo pomocne były mapki z profilem trasy, zawierające dodatkowo czasy przejść. Starałem się nie przekraczać dystansu 1:00 h między przerwami i ustalałem ich długość stosownie do stopnia zmęczenia córki – od 5 aż do nawet 30 minut, po dłuższym podejściu. Przerwy zawsze wyznaczałem na końcu podejścia, tak aby po przerwie nie zaczynać znowu od podejścia, ale co najwyżej przejścia po „równym”.
    Oczywiście, zdarzało się jęczenie i pytania „Ile jeszcze?”, ale w większości przypadków nie spowodowane zmęczeniem, ale raczej znudzeniem, więc w czasie wędrówki ważnym elementem była rozmowa, która pomagała łatwiej znieść monotonię marszu. Ciekawe było zachowanie córki w przypadku pojawienia się innego dziecka na trasie – w magiczny sposób odzyskiwała siły, rozpoczynał się „galop” i „wyścigi”. Trzeba było ją przywoływać do porządku i hamować, więc jeśli istnieje taka możliwość, warto namówić swoich znajomych z dziećmi na wspólne wypady.

    powrót do początku

    Sprzęt

     Prawda jest taka, że z dziecięcą odzieżą i obuwiem „góralskim”, jak to mawia córka, nie jest za łatwo. Mało, że kosztuje dużo w porównaniu do okresu użytkowania, to nie ma zbyt dużego wyboru i nie wszędzie znajdzie się coś dla dziecka. Zaczęliśmy więc skromnie – bawełniana koszulka, dres, zwykłe buty z CCC, aż do pierwszego letniego gradu i oberwania chmury. Od razu na nogach córki pojawiły się buty nieznanej nam firmy Garmisch, które wystarczająco zabezpieczały przed przemoczonymi stopami. Przy tej okazji przyjęliśmy zasadę kupowania butów o 1 numer większych, co spokojnie wystarcza na cały sezon i zimę, a ostatnio nawet i dłużej. Aktualnie córka używa już drugiej pary butków La Sportiva Koala i jest z nich bardzo zadowolona i nie tylko ona, bo również moja żona używa swojej pary w okresie zimowym z dobrym efektem w codziennym życiu.
    Następnym zakupem był polar Endless, czeskiej firmy, która szyje na potrzeby tamtejszej sieci sklepów sportowych – GigaSport. No cóż, trudno orzec do jakiej „klasy grzewczej” on należy, ale jedno jest pewne, że nie został wykonany zbyt solidnie, bo już po kilku wycieczkach materiał zaczął się rozchodzić w okolicach szwów.

    Później córka wzbogaciła się o spodnie Moth, firmy Rejoice która jako jedna z nielicznych firm oferuje odzież dla dzieci. Są to zwykłe bawełniane spodnie pozbawione jakichkolwiek high-tech’owych wynalazków, ale wygodne i jak na razie trwałe mimo, że córka kilka razy zmusiła je do kontaktu z glebą. Uzupełnienie stanowi czapka tejże firmy. Jak na razie pod względem jakościowym nie można produktom Rejoice nic zarzucić, więc chyba dalej będziemy korzystać z jej oferty.
    Ostatnim elementem ekwipunku córki jest mały plecak Deuter Waldfuchs, który otrzymała w nagrodę za powstrzymywanie się od zadawania pytań „Ile jeszcze?”. Plecaczek jest bardzo prosty w regulacji, o nośności 2 jabłek, butelki Kubusia, tabliczki czekolady i polara, co zupełnie zaspokaja aktualne potrzeby córki.
    Obecnie jestem na etapie planowania udziału syna w przyszłorocznych wędrówkach. Jako, że jestem już od paru lat szczęśliwym użytkownikiem plecaków firmy Deuter, w trakcie poszukiwania nosidełka przejrzałem najpierw ich ofertę. Po przymiarce i „akceptacji” ze strony syna, bo znam dzieci, które nie usiedzą w nosidełku ani na minutę, wybór padł na model Kid Comfort III.

    powrót do początku

    Prowiant

    Staram się być niezależny od schronisk (co nie znaczy, że ich unikam), więc to co mam w plecaku powinno nam wystarczyć na czas całodziennej wędrówki. Z domu wychodzimy po śniadaniu, więc wstępnie jesteśmy „przygotowani”. Zabieram kanapki, parę jabłek, czekoladę, herbatniki i trochę cukierków. Do picia zabieramy domowe kompoty, odpowiednio rozcieńczone, aby nie były zbyt słodkie + rezerwowy soczek dla córki w jej plecaku. W plecaku mam specjalną kieszeń na bukłaczek Source/Deutera ichniejszego systemu H2O, który znakomicie nadaje się do przechowywania napojów, chroniąc je skutecznie przed nagrzewaniem w upalne dni. Można dokupić dodatkowy „izolator” aluminiowy, który pozwala utrzymać jeszcze dłużej „lodowato” zimny napój. Dodatkowo zawsze zabieram termos z herbatą, na wypadek spadku temperatury w czasie chłodniejszej aury. Słodycze stanowią pewien rodzaj rezerwy, bo zauważyłem zdecydowanie pozytywny wpływ wędrówki na apetyt córki, która na co dzień trzyma się z dala od stołu.

    powrót do początku

Podsumowując, nie znam lepszej metody wspólnego spędzania czasu z rodziną. Podczas wędrówki zawsze jest czas na rozmowę, którego brakuje w powszednie dni. Jest ruch, czyste powietrze i cudne widoki, które nie są jednak najważniejsze. Zachęcam wszystkich aktualnych i przyszłych rodziców do wspólnego rodzinnego wędrowania.
Do zobaczenia na szlaku!!!

Jeżeli chcesz podyskutować w temacie, zapraszamy tutaj

Dodaj komentarz