Share →

Przejście Zimowej Głównej Grani Tatr Zachodnich zaproponował mi Ronc jakoś w październiku. Od tego czasu, aż do wyjazdu, trwały różnego rodzaju przygotowania. Jak to zwykle bywa, czym bliżej rozpoczęcia wędrówki, tym spraw do załatwienia więcej.
Ostatecznie wszystko udało nam się ogarnąć logistycznie, pożyczyć brakujący sprzęt i ustalić „taktykę” przejścia.
Dla mnie wyjazd rozpoczął się dzień wcześniej przejazdem PolskimBusem z Wrocławia do Krakowa, gdzie u Ronca przepakowałem plecak zostawiając pakunek z czystymi rzeczami na powrót, podzieliliśmy sprzęt między siebie, po czym położyliśmy się spać na niecałe dwie godziny.

Niedziela, 29 grudnia 2013

Vyšné Hutianske sedlo, , Radové skaly

Dojazd na zachodni kraniec Tatr Zachodnich jest problematyczny i długi, jednak udało nam się znaleźć firmę Antałek, która oferuje jednodniowe wyjazdy narciarskie z Krakowa do Doliny Rohackiej za 39zł w obie strony. My co prawda jechaliśmy tylko w jedną stronę, ale bilet kosztuje tyle samo. Pomimo tego i tak jest to bardzo opłacalna opcja pod względem finansowym, a szczególnie czasowym. Tym oto sposobem już po 8.30 byliśmy w Tatrach… pod wyciągami narciarskimi. Będąc obładowani ciężkimi plecakami z przytroczonymi linami, kaskami i resztą sprzętu zimowego, staliśmy się miejscową atrakcją turystyczną. ;) Teraz pozostało nam cofnąć się asfaltem do Zuberca, a następnie drogą w stronę początku szlaku. Po prawie godzinie marszu udało się złapać stopa do miasta, skąd bardzo szybko łapiemy kolejnego, tym razem na przełęcz. Tym sposobem naszą wędrówkę rozpoczynamy już o 10.30. Jednak zamiast szlakiem, udajemy się w przeciwną stronę, by odnaleźć Hutianské sedlo, gdzie jest „prawdziwa” granica między Tatrami a Pogórzem Skoruszyńskim. Nie prowadzi tam jednak znakowany szlak.

Jak widać na dole śniegu nie ma w ogóle. A wszystko to przez mocny halny, który nawiedził Tatry w okresie Bożonarodzeniowym. Generalnie na szlaku ponownie meldujemy się po 3 godzinach i zaczynamy już naszą właściwą wędrówkę granią Tatr Zachodnich. Podejście się trochę dłuży, ale na bieżąco wiemy ile wysokości zdobyliśmy – wzdłuż szlaku znajdują się tabliczki z aktualną wysokością, podawaną co 100m. Po wyjściu z lasu naszym oczom ukazała się  Osobita wystająca z morza chmur.

Idąc dalej przez pomyłkę zbaczamy ze szlaku (akurat w miejscu rozdroża jest zwalone drzewo) i wyraźną ścieżką wchodzimy na Białą Skałę. Idąc dalej oglądamy Niżne Tatry.

Zachodzące słońce wraz z nachodzącymi chmurami dało niezły pokaz.

Niestety, to co ładnie wyglądało z oddali, z bliska już nie było tak przyjemne, bo wilgoć z chmur mocno zwiększyła odczuwalne zimno, a dodatkowo zabrakło słońca. Dlatego też zaczęliśmy szukac dobrego miejsca na rozbicie namiotu. udało się to gdzieś w okolicach Rzędowych Skał.

Poniedziałek, 30 grudnia 2013

Radové skaly, , Skriniarky

Budzik zadzwonił po 6, jednak rzut oka na zewnątrz spowodował, że poranne ogarnianie się bardzo się przeciągnęło. Wszystko przez chmury, które zasłaniały cały świat. Jednak po godzinie 8 przewiało je i o 8.30 zaczęliśmy składać namiot.

Dzisiaj, inaczej niż wczoraj, Osobita przegrywała z chmurami. Była widoczna jedynie fragmentarycznie.

Idąc w stronę Siwego Wierchu ładnie widać było Niżne Tatry ponad chmurami. Jednak  Mała Fatra Krywańska, ze szczytami w chmurach, bardziej przyciągała uwagę.

Idąc zimą na Siwy Wierch trzeba uważać na studnię/zapadlisko znajdujące się koło szlaku. Teraz było dobrze widoczne, jednak przy gorszej pogodzie/większej ilości śniegu może być inaczej. Na tym odcinku pojawiają się również pierwsze trudności. Są jednak wyposażone w sztuczne ułatwienia w postaci łańcuchów.

Na Siwym Wierchu robimy dłuższy postój. Obserwujemy także widmo Brockenu. Jest to moje trzecie, a Ronca pierwsze.

Niestety chmury są daleko w dole, przez co widmo jest słabo widoczne, ale dostrzegalne.
Po dłuższym czasie ruszamy dalej. Schodząc na sedlo Pálenica trochę we znaki daje mi się śnieg, a dokładniej fragmenty, w których zapadam się głębiej niż w innych miejscach. Niby nie zagłębiam się w śniegu na głębokość połowy stuptutów, jednak takie niespodziewane zapadnięcia wytrącają z równego tempa i są bardzo denerwujące, głównie psychicznie. Przy okazji powiem, że rakiet śnieżnych nie braliśmy, bo uznaliśmy, że w obecnych warunkach byłyby tylko zbędnym balastem. I patrząc z perspektywy czasu była to dobra decyzja.
Czym bliżej byliśmy przełęczy, tym śniegu na szlaku było mniej. Masyw Brestowej prezentował się mało zimowo.

Ośnieżony Siwy Wierch wygląda bardzo majestatycznie.

Jednak dopiero po wejściu na Małą Brestową ukazał nam się widok, który kojarzy mi się z Tatrami Zachodnimi, a mianowicie to „morze” grani.

Widok był tym lepszy, że prawie całe Tatry były przed nami. Szkoda tylko, że szczyty nie są bardziej ośnieżone, ale i tak jest pięknie.
Zejście z Brestowej na Salatínske sedlo minęło bardzo szybko, dopiero podejście na Salatyn bardziej się dłużyło. A na odcinku ok. 6m był fragment mocno wywianego śniegu, w który trudno było wbić buty. My oczywiście szliśmy bez raków, bo do tej pory nie były potrzebne, a tu by się przydały, bo poślizgnięcie w tym miejscu groziło dość długim zjazdem. Na szczęście nie był to długi odcinek i później ponownie szło się dobrze bez raków.
W międzyczasie chmury napłynęły pod Tatry tworząc bardzo ładne widoki. Spojrzenie na Siwy Wierch i Małą Fatrę spod Salatyna.

Aż chciało się robić dłuższa przerwę na szczycie by podziwiać takie widoki siedząc w pełnym słońcu. Jednak trzeba było się ruszać dalej, bo zachód zbliżał się nieubłaganie. Jego pierwsze oznaki dostrzegliśmy gdzieś w początkowych fragmentach grani Skrzyniarek.

Ten odcinek grani jest trudniejszy, w niektórych miejscach ma ułatwienia w postaci łańcuchów. Mi on się spodobał. A widoki z niego tylko zwiększały poziom zadowolenia ;)

Niestety samego zachodu nie widzieliśmy, ponieważ chmury zasłaniały niebo na zachodzie. No nic, musieliśmy zadowolić się tym co mieliśmy.
Ronc  na grani Skrzyniarek o zachodzie słońca.

Ponieważ robiło się ciemno, a do pierwotnie planowanego miejsca noclegowego było jeszcze daleko, rozbijamy się na grani. Platformę pod namiot kopaliśmy już po zachodzie słońca, jedynie przy poświacie na horyzoncie. Dodatkowo musieliśmy powiększyć przestrzeń użytkową poprzez ubicie śniegu, bo dostępny płaski teren był za mały, by pomieścić nasz namiot. Tym sposobem w namiocie rozkładamy się już po ciemku.

Wtorek, 31 grudnia 2013

Skriniarky, , Nohavica

Budzimy się wcześnie i pomimo średniej pogody – pochmurno, dużo chmur – składamy namiot i już o 7.30 ruszamy na szlak. Od teraz, już do końca przejścia graniowego, towarzyszyć nam będzie pełna pokrywa śnieżna. Co prawda o różnej grubości, ale bez przerw w jej ciągłości.

Dość szybko wchodzimy na szczyt Spalonej, skąd otwierają się widoki na zachmurzone, polskie Tatry.

Po krótkiej przerwie na zdjęcia idziemy dalej. Pogoda coraz bardziej się pogarsza, wieje silny wiatr i nachodzą chmury. Dodatkowo trochę nas zaskoczyły trudności na podejściu na Pachoł, na którego ze Spalonej szliśmy godzinę.

Sporą jego część zrobiliśmy w chmurze. Na szczycie tylko szybka fotka przy krzyżu i po dziesięciu minutach jesteśmy już na Banikowskiej Przełęczy. A na niej, oprócz silnego wiatru, stoi namiot. Jego lokatorzy szykują się właśnie do zejścia w dół, kończąc tym samym swoją wędrówkę (szli tylko fragment grani).

Tutaj też zakładamy raki i wyciągamy czekany, bo następny odcinek szlaku wygląda na taki, który będzie już ich wymagał. Niestety pogoda robi się coraz gorsza, ale trzeba iść. Szkoda tylko, że nie mieliśmy widoków z tego ładnego, dość eksponowanego odcinka grani.

Ale trafiło się kilka przejaśnień. Jedno z nich bardzo nam pomogło, bo schodząc z Banikova zasugerowaliśmy się starymi śladami idącymi południowo-zachodnim grzbietem, gdy grań główna idziemy północno-zachodnim. Na szczęście zaszliśmy tylko kilkanaście metrów gdy chwilowe przejaśnienie pokazało nam naszą pomyłkę. Był to jeden z nielicznych momentów z jakimikolwiek dalszymi widokami.

Kolejny odcinek grani to już ciągłe chmury i coraz silniejszy wiatr. A pierwszym miejscem, które zapewniało osłonę przed nim była Smutna Przełęcz. Przesiedzieliśmy tam schowani przed wiatrem dłuższa chwilę. Postanowiliśmy również dojść do Rohacza Płaczliwego i gdzieś za nim rozbić namiot licząc na widok na Rohacza Ostrego następnego dnia. Ostatecznie namiot rozłożyliśmy na zachodniej grani Rohacza Płaczliwego, zwanej Nohavica (2052 m n.p.m.), gdyż znaleźliśmy tam zapadlisko osłaniające przed wiatrem.
Tego dnia o godzinie 14.30 byliśmy już wewnątrz namiotu, jednak początkowo przeleżeliśmy w nim sporo czasu nawet nie ściągając kurtek, po prostu odpoczywając od męczącego wiatru. Po pewnym czasie uświadomiliśmy sobie, że dzisiaj jest Sylwester, co spowodowało wielkie ożywienie i radość u Ronca :P

Po ogarnięciu się i zjedzeniu obiadu nastawiliśmy budziki na kilka minut przed północą i położyliśmy się spać. Oczywiście obudziliśmy się 20 minut po północy, ale na zewnątrz i tak były jedynie chmury i wiatr. Więc nie wychodząc z namiotu wypiliśmy więc sylwestrową buteleczkę Grant’sa i poszliśmy dalej spać. Był to nasz najwyżej spędzony Sylwester jak do tej pory, ciekawe czy kiedyś będzie okazja spędzić go wyżej ;)

Środa, 1 stycznia 2014

Nohavica, , Jarząbcza Przełęcz

Pobudka rano była wcześnie, ale gdy wyszedłem z namiotu przed wschodem słońca by rozeznać się w warunkach zobaczyłem nad nami bezchmurne niebo, ale od Rohacza Płaczliwego wszystko było w chmurach. Nie była to dobra zapowiedź warunków, ale na szczęście do wschodu się trochę zmieniło ;) I na niego nie było co narzekać. Wręcz mogę powiedzieć, że był to najładniejszy wschód podczas całego przejścia.

W promieniach porannego słońca mogliśmy także oglądać grań, na której walczyliśmy poprzedniego dnia. Szkoda, że z niej nie mieliśmy widoków.

Za to przed nami chmury ciągle przelewają się przez niektóre szczyty, szczególnie w rejonie Tatr Wysokich.

Sam biwak z widokiem na Rohacza Płaczliwego również prezentował się niczego sobie. Patrząc na ten pióropusz po lewej stronie szczytu łatwo się domyślić warunków panujących tego dnia.

No ale nadszedł czas dalszej wędrówki. Ale marsz w takiej scenerii to była sama przyjemność i Aż chciało być gdzieś wyżej.

Dlatego po zdobyciu Rohacza Płaczliwego była dość długa przerwa. Najpierw na oglądanie widoków:

Potem na zdjęcia:

Przyszedł również czas na zabawy telefonem w celu powysyłania życzeń noworocznych ;) Ale i tak najbardziej przykuwała uwagę sylwetka Rohacza Ostrego.

Także podczas dalszego etapu marszu ten szczyt był głównym celem naszych aparatów. W końcu takiego szczytu nie widzi się codziennie. Zwłaszcza wystającego z chmur.

W pewnym momencie Wołowiec, Rohacz Ostry oraz występ grani w polączeniu z chmurami poniżej dały genialny widok.

Dalsze szczyty po północnej stronie grani były widoczne w całości, chmury nie przeszkadzały w ich obserwowaniu.

No ale zbliżamy się już do szczytu Rohacza. A po drodze czekał nas ten osławiony kominek. Sprawił trochę trudności, ale nie było źle. Mi szło się pewnie.

A na szczycie… przywitały nas chmury. Nie zabrakło kolejnego widma Brockenu. Tym razem dużo bliższego, a co za tym idzie, wyraźniejszego.

Żeby nie było, widoki też mieliśmy. Ładnie prezentował się Ciemniak z Giewontem.

Na szczycie nie posiedzieliśmy długo, bo i warunki były średnie. Nadszedł czas zejścia i pokonania tego, chyba najsłynniejszego w tej grani, Rohackiego Konia. Jednak on nas bardzo rozczarował ;) Gdyż jego pokonanie nie przysporzyło nam żadnych trudności. Po prostu przeszliśmy po śniegu nie dotykając nawet łańcucha.

A dalej pogoda była już tylko gorsza. Na zejściu na Jamnicką Przełęcz mieliśmy trochę problemów orientacyjnych z powodu zupełnego braku widoków. Ale ostatecznie dzięki kompasowi udało się dojść na przełęcz, skąd już bez problemów weszliśmy na Wołowiec. Tam chwila odpoczynku za skałami dającymi osłonę przed wiatrem, schowanie czekanów i wyciągnięcie kijków i ruszyliśmy dalej w chmurze i przy silnym wietrze. Generalnie trudno mi coś powiedzieć o tym odcinku, bo widoków zero, a marsz ograniczał się jedynie do śledzenia ścieżki/śladów wydeptanych przez turystów w poprzednich dniach. Gdzieś na szlaku, chyba w rejonie Łopaty, natrafiliśmy na miejsce idealnie osłonięte przed wiatrem. Zatrzymaliśmy się na chwilę by wymienić kilka zdań i ruszyliśmy dalej. Ogólnie czym bliżej było wierzchołka Jarząbczego Wierchu, tym wiatr bardziej dawał się we znaki. Niech warunki, chociaż trochę, oddadzą zdjęcia zrobione już po zejściu ze szczytu Jarząbczego.
Red-Angel

Ronc

Następnie szybkie zejście na Jarząbczą Przełęcz, gdzie po rozbiciu namiotu w osłoniętym przed wiatrem miejscu, chowamy się do środka. A w środku obiad i inne sprawy odeszły na dalszy plan, ważniejsze było ogrzanie się, co mi zajęło ponad godzinę. Ostatecznie obiad i tak zjedliśmy dopiero przed północą, wcześniej jakoś nam się nie chciało ruszać ;)

Czwartek, 2 stycznia 2014

Jarząbcza Przełęcz

A rano, po pobudce, idziemy dalej „spać”. A raczej tylko egzystować na granicy snu, bo przy halnym trudno spać. Generalnie zaczęło wiać około godziny 3 rano. Po godzinie 9 wyszedłem porobić kilka zdjęć, co zaowocowało dostrzeżeniem kolejnego widma Brockenu. Jest to moje piąte w ogóle i trzecie tatrzańskie. Więc jestem już bezpieczny ;)

Starorobociański Wierch czasem wystawał ponad chmury przewiewane przez halny.

Nie może również zabraknąć ujęcia na namiot ;)

Po tej sesji zdjęciowej schowałem się do namiotu i nie wychodziłem z niego aż do godziny 17, gdy namiot zaczął się dziwnie kłaść. Początkowo myśleliśmy, że stelaż się rozłożył, jednak bliższe oględziny i próby jego poprawienia zmieniły nasze zdanie. Okazało się, że złamał się jeden z jego pałąków. Oznaczało to koniec naszej wyprawy i powrót na dół następnego dnia rano. Miało to jednak swoje plusy, w mianowicie wiedząc, że to nasz ostatni dzień na grani, mogliśmy zjeść słodycze i kabanosy, które były przeznaczone na resztę dni ;) Dzięki temu zjedliśmy pierwszy posiłek od 18 godzin, bo w tym czasie nie dało się gotować ze względu na wiatr szarpiący namiotem.
O godzinie 20 nagle zapadła cisza. Było to wręcz nienaturalne, ale dosłownie w ciągu 10 minut wszystko całkowicie ucichło. Można było nawet normalnie porozmawiać, bo wcześniej trzeba było do siebie krzyczeć, a i tak nie zawsze było słychać co mówiła druga osoba.
Jak łatwo policzyć halny wiał przez 17 godzin, a łączny czas spędzony przez nas w namiocie to 39h.

Piątek, 3 stycznia 2014

Jarząbcza Przełęcz, , Siwa Polana

Pobudka tradycyjnie przed wschodem słońca, składanie namiotu i ruszamy na nasz ostatni szczyt w Grani Głównej Tatr Zachodnich na tym wyjeździe, czyli  Kończysty Wierch. A widoki ładne:

Ukazały się także Tatry Wysokie.

Bobrowiec z Mnichami Chochołowskimi wygląda jak zawsze pięknie.

Ronc na grani.

Ostatni rzut oka na grań skąd przyszliśmy.

Szczęście takie, że nachodzą chmury, bo nie taki żal schodzić w dół. Chociaż i tak nie jest to łatwe. Ostatni rzut oka na grań.

Teraz to już tylko w miarę szybkie zejście do schroniska na śniadanie. Czym byliśmy niżej, tym więcej spotykaliśmy śladów po świątecznym halnym, który spustoszył tą dolinę bardzo mocno. To co wprawia w niepokój turystów i leśników, cieszy mieszkańców Wspólnoty leśnej uprawnionych 8 wsi w Witowie. To co się dzieje w tej dolinie to aż szkoda mówić. To miejsce zawsze wygląda bardziej jak tartak niż Park Narodowy, a teraz to już zupełnie. Traktorów jest więcej niż turystów, a panowie „drwale” siedzą przy ogniskach i ścinają nawet zdrowe(!) drzewa. Najpierw gałęzie, by im nie przeszkadzały, a potem tuż przy ziemi. Bo przecież to nie może być, żeby to drzewo przetrwało halny…
Minęliśmy także nastolatkę, której jedynym wyposażeniem był tablet w ręku :D Aż poczułem się dziwnie ze swoim wielkim plecakiem. Chociaż wspólnie z Roncem śmialiśmy się, że idziemy tą doliną obładowani linami i innym sprzętem zimowym, bo naczytaliśmy się o tych trudnych tatrzańskich warunkach, a tu ani grama śniegu ;)
Na Siwej Polania nie ma busów, więc idziemy do drogi, gdzie po kilkunastu minutach wsiadamy w rejsowy bus do Zakopanego. A tam najpierw pomidorowa w FISie polecana przez Ronca, a potem tortilla w American Chicken zareklamowana przeze mnie. Obie te pozycje są warte polecenia :)
Nastepnie to przejazd autobusem do Krakowa, gdzie wracamy do mieszkania Ronca. Tam można się w końcu umyć pierwszy raz od 6 dni i przebrać w czyste rzeczy. następnie powrót autobusem do Wro.

I w taki oto sposób zakończyła się moja przygoda z Granią Główna Tatr Zachodnich. Zakończona nie tak jak się spodziewaliśmy, ale nic na to nie mogliśmy poradzić. Kto by przypuszczał, że ekspedycyjny Marabut Komodo Plus nie da rady. Ale też nie spodziewaliśmy się aż tak silnych wiatrów na trasie.
Ale nawet mimo tego zakończenia, uważam wyjazd za bardzo udany. Przeszedłem ciekawy odcinek szlaku, zdobyłem ciekawe szczyty, z których najbardziej zapadł mi w pamięci Rohacz Ostry, ale to ze względu na warunki, które zapewniały rewelacyjne widoki. Ktoś może zapytać, czy gdybym wiedział co mnie czeka na szlaku i jak zakończy się ten wyjazd, to zdecydowałbym się na niego ponownie? Odpowiedź jest krótka: Tak. Pomimo tego, że był to najtrudniejszy, zarówno kondycyjnie, wytrzymałościowo jak i technicznie wyjazd na jakim byłem, to chętnie bym go powtórzył.

Więcej zdjęć: https://picasaweb.google.com/100322683368167953190/ZimowaGranTatrZachodnich2912201303012014?noredirect=1


Do dyskusji, zapraszamy na forum: Grań Tatr Zachodnich (część słowacka) 29.12.2013-03.01.2014

 

Tagged with →