Share →
lad
No i jest relacja. Nie wiem jak to się do końca robi więc wrzucam tutaj, najwyżej poprawię jak będzie trzeba. Wyszło tego bardzo dużo, więc może podpowiedźcie jak to inaczej umieścić, aby nie rozwalało całego forum? Relacja są to wpisy z komórki, które pisałem dzień po dniu na wyjeździe. Mogą być więc trochę surowe, czasami nielogiczne – ale pisałem to przeważnie wieczorami, leżąc w namiocie po całym dniu łażenia więc wpisywałem co ślina na język przyniosła. Trochę to ogarnąłem teraz na kompie, ale i tak 95% tego powstało w śpiworze…Ladakh 2013Plan podróży:
1.   New Delhi – Leh. Samolotem
2.   Aklimatyzacja w Leh
3.   Leh – Lamayuru. Autobusem, początek trekkingu.
4.   Lamayuru – Wanla – Panjila – Hanupata – Photoskar – Hannupata – Panjila – Hinju – Sumdo – Chilling – Skiu – bazy pod Dungdung La – Zinchen – Spituk – Leh
5.   Odpoczynek w Leh
6.   Leh – Tso Kar. Taksówka, a później trekking
7.   Tso Kar – Tso Moriri
8.   Tso Moriri – Leh. Taksówka
9.   Leh – New Delhi.Dzień 1Wylądowaliśmy. Bagaż odebrany, wygląda, że jest ok, zobaczy się jeszcze w środku. Kontrola przeszła gładko, pobraliśmy 10000 rupii z bankomatu. Kolejny lot mamy o 5 rano – za 8 godzin. Czyli noc na lotnisku. Jesteśmy na terminalu 3, odlatujemy z 1D. Aby się tam dostać można skorzystać z darmowego busa. Aby się dowiedzieć co i jak wyszedłem z lotniska i poszedłem na parking. Przy sektorze nr 9 jest biurko i siedzi pan który wydaje bilety. Przy biurku dowiedziałem się ze bus jeździ całą noc, co 20 min. Wracam na lotnisko, a tu… nie chcą mnie wpuścić. Nawet nie zauważyłem, że jakiś punkt minąłem, za który nie można wrócić :-)  no i 2 żołnierzy, jakiś koleś i klops. Mówią pokaż bilet ja, że nie mam bo w środku żona ma, mówią zadzwoń do niej, ja że nie mam telefonu bo też został :-) na wesoło, pogadaliśmy sobie, ale widać, że problem mieli bo nie bardzo mogli wpuścić. W końcu jakiś szef machnął ręką i mnie wypuścili…
Na dworze podobnie jak w emiratach. Taka wilgotność jakbym w naparowanej ciasnej łazience stał…
Wracam do nudzenia się na lotnisku… Noc mija na obserwowaniu ludzi i wyjadaniu prezentów od stewardesy z samolotu. Okazało się, że ona polka, my polacy i sobie rozmawialiśmy, była bardzo sympatyczna, na koniec podróży dała nam trochę rzeczy z samoloty – coś do jedzenia, picia, jakieś gadżety. Tak więc było co robić.
Ok. 2 w nocy idziemy na ten autobus. Zaczyna się „Incredible India” . Pan przy biurku wystawia bilety i mimo, że autobus ma jeździć z tego miejsca to każe nam iść na stanowisko nr 20. Tam stoi jakiś zdezelowany autobus, a w środku kilku hindusów. Wsiadamy i czekamy. Za pierwszym razem w Indiach to takie rzeczy nas cieszyły, zachwyceni byliśmy, że taki chaos tam mają. No, ale teraz po tych wszystkich newsach… Mija ze 20 minut, a autobus nie jedzie. W końcu ruszamy. Straszny gruchot, drzwi otwarte, miejscowi. Nie wygląda to jak autobus lotniskowy. Jechaliśmy takim ostatnio i był klimatyzowany, nowoczesny. Teraz jest dziwnie. Zaczynają się przypominać wszystkie newsy z tnv24 o napadach w Indiach, ale całe szczęście po chwili dojeżdżamy na miejsce – terminal 1D. Uff… Wchodzimy do środka, szukamy czystej ławki – nie ma :), wiec siadamy gdzie jest miejsce i czekamy do rana na lot…
Takie ciekawostki…
Lotnisko, na ścianie wiszą cztery telefony. Można podejść i zadzwonić. Obok siedzi Pan, który prowadzi obsługę tych telefonów :-) pobiera opłaty za dzwonienie, daje jakieś kwitki. Jest 12 w nocy, a on siedzi :-)
Sklep. Idziesz do kasy, pani nabija produkty, drukuje paragon. Chcesz płacić? Nie :-) obok jest drugi pan, ma swoje biureczko, do którego musisz zanieść paragon i opłacić towar :-)
Widać, że ich tu miliard i każdy z pracą kombinuje jak może…Dzień 2Lot przebiegł szybko – godzina w powietrzu i jesteśmy na miejscu. Wokół same tereny wojskowe więc z samoloty żadnego filmowania, robienia zdjęć. No ale jesteśmy w Leh. Bagaże doleciały, wszystko ok. Na lotnisku złapałem taksówkę do centrum. Koleś chciał 300 rupii, ale władze w Leh ustalają odgórnie stawki i my to wiedzieliśmy, nawet sobie na telefon pobrałem cennik z ich strony, więc wiedzieliśmy, że cena z lotniska do centrum to 200. I za tyle pojechaliśmy. W centrum szukanie hotelu. Zeszło się z pół godziny. Drogo chcieli, strasznie syfnie. Aż nagle weszliśmy do Dolma Guesthouse. Super czysto, ciepła woda wprost z termy zawieszonej w łazience, ogród, w łazience kafelki… Całość jakby odnowiona niedawno. Koleś chciał 1000 rupii, nasz budżet to 500, ale dogadaliśmy się i wziął 800 za noc. Za takie warunki warto dać więcej :-) 800 rupii to ok. 14 dolarów wiec drogo jak na Indie, ale Leh to typowa miejscowość turystyczna, żyjąca tylko z trekersów, westernów czy jak ich tam zwał i tyle to niestety kosztuje.
W pokoju prawie od razu zasnęliśmy. Spaliśmy w piątek 4 godziny, potem cały dzień łażenia po Dubaju, później noc na lotnisku w Delhi przesiedziana i później godzina snu w samolocie.
Lądowanie w Leh cos pięknego. Samolot krąży między szczytami i później ląduje w dolinie. Z każdej strony gdzie nie spojrzeć góry były. Czad.
Po drzemce w pokoju na miasto. Zakupy typu gaz do kuchenki, sól, mapa. Kupiliśmy też banany i mango. Słodkie, miękkie. Super. Lubię to w takich krajach, że owoce smakują rewelacyjnie. Niby je znamy – banan, mango, żaden szał, ale smak tam jest po prostu nie do opisania. Do nas docierają zielone owoce, które są potem sztucznie pędzone. Tam praktycznie prosto z drzewa. Owoce to jedna z rzeczy, których mi zawsze brakuje po powrocie.
Zaczęły się też problemy z wysokością. Wczoraj było nad oceanem, teraz 3500 metrów. Wszedłem po schodach na piętro do sklepu z książkami i myślałem że się porzygam, tak mi się niedobrze zrobiło. Iza musiała usiąść bo w głowie jej się kręciło, plamy przed oczami. Ogólnie jest ciężko wiec trochę plany zmieniliśmy i nie jedziemy w góry jutro, ale dopiero pojutrze. Trzeba trochę aklimatyzacji złapać.

Jedzenie. Od czwartku od 12 do soboty do 16.30 jedliśmy raz w samolocie do Dubaju, śniadanie w hotelu w Dubaju, przejedliśmy się w business klasie w samolocie do Delhi i teraz owoce :-) Już wyjaśniam skąd klasa biznes – sprzedali za dużo biletów na lot, my wchodziliśmy ostatni na pokład i nasze miejsca były już zajęte – dostaliśmy więc za darmo przeniesienie do klasy biznes. Emiratami w klasie biznes… wow…
Idziemy na miasto załatwiać dalej sprawy. Teraz bilety na autobus aby zacząć trekking. Jak dobrze pójdzie to ruszamy w poniedziałek rano.
No i problem. Lokalny bus jeździ raz w tygodniu. Nie mamy czasu czekać. Można taxi wynająć, ale to dwa dni w drodze i koszt ok. 900 zł. Dziwne bo w relacjach z ostatnich lat pisali, że autobus jest codziennie. Musimy dzisiaj przysiąść i pomyśleć nad alternatywą. Szkoda bo ten trekking miał być najlepszy. Plan był taki, aby z Leh pojechać autobusem do Padum – jest to dwa dni jazdy z nocowaniem w Kargil. Z Padum wiedzie szlak w poprzek Zanskaru – dochodzi się do Lamayuru gdzie można już łatwo wrócić do Leh. No i niestety autobusu do Padum nie ma – tzn. jest, ale raz w tygodniu. Pytaliśmy na obu dworcach autobusowych i niestety nie ma. Dziwne, bo wszyscy zapewniali na forach, że jest…
Nadal źle się czujemy. Mnie głowa zaczyna boleć, słabo nam, w głowie się kręci, wymiotować się chce. Jutro czy pojutrze powinno być już dobrze, zaaklimatyzujemy się.
Teraz jesteśmy w barze i czekamy na jeść. Mango lassi (cos jak jogurt mango), pierożki tybetańskie momo, wegetariańskie oczywiście, wegetariańskie lafa – jakieś danie izraelskie. Do tego herbata cytrynowo imbirowa z miodem. Łączny koszt to 380 rupii czyli ok. 22 zł :-) Dogadzamy sobie. Po drodze do baru kupiłem sobie kebab od jakiegoś muzułmanina przy meczecie. Siedział w kucki, miał przed sobą palenisko i na żarze grilował mięso. Zawijał w cienki chlebek, to w gazetę (oby chociaż w dzisiejszą) i gotowe. 30 rupii czyli ok. 2 zł.
Ciekawostka . Jak co dzień tak i dzisiaj kilka razy wyłączyli prąd – dzieje się tak kilka razy dziennie. Można sobie siedzieć w barze cos jeść, nagle bum i ciemno. Ale nie ma sprawy. Przed każdym lokalem, sklepem itd. stoi generator wiec parę sekund i znów widno :-)
Wieczorem szukaliśmy jeszcze możliwości dojazdu do Padum, ale niestety nadal nic – autobusów nie ma, taksówki są, ale za kosmiczne pieniądze, można pojechać też do Kargil (jest codzienny autobus) – duże miasto w połowie drogi i tam liczyć na szczęście, że cos nas zabierze do Padum,  ale nie mamy czasu na takie kombinowanie. Siedzieliśmy do 12 w nocy i szukaliśmy w przewodnikach czegoś w zamian – inną trasę z lepszym dojazdem.

Dzień 3

Rano mieliśmy wstać o 7, ale tak wykończeni jesteśmy, że spaliśmy do 10. Poszliśmy na internet, szukaliśmy nadal pomysłów na inny trekking no i zdecydowaliśmy. Robimy planowaną trasę od końca,  ale nie idziemy do Padum bo nie będzie jak wrócić tylko w połowie zawracamy i wracamy po swoich śladach i odbijamy w bok w stronę Leh. Będzie to tak: Leh – Lamayaru – Photoskar – Wanla – Chiling – Stok – Leh. W Stok jest dużo taksówek, autobusów wiec powrót będzie łatwy. Niezły plan. Tanio, nie trzeba wracać dwa dni autobusem z Padum. W sumie lepiej wyjdzie niż oryginalny plan wiec jesteśmy zadowoleni. Oby widokowo było równie ładnie.
Tak więc mając plan i spokój ruszyliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy lokalnym busem do Thiksey. Idziemy na nowy dworzec autobusowy, kto nas zagada to mówimy „Tiske”, oni nas poprawiają – „Thiksey?”, my na to „yes, yes” i nas prowadzą do małego busika, czekamy na komplet i jedziemy.

Tiske, znaczy się Thiskey jest to olbrzymia świątynia na szczycie góry. W środku jest m.in. 12 metrowy budda. Po drodze pogadaliśmy z parą Niemców. Jechało się ok. 30 minut. Sama świątynia super. Klasztor buddyjski położony w środku gór, słońce, powiewające flagi modlitewne. Zjawiskowo.

Powrót też busem. Staliśmy przy drodze z godzinę łapiąc jakiś transport, ale nic się nie chciało zatrzymać. Znów spotkaliśmy Niemców.
Po powrocie do Leh poszliśmy na stupę – Shanti Stupa, położona z boku Leh, dobry punkt widokowy – widać całe Leh. Byliśmy tam do zachodu słońca. Z głośników leciała piosenka modlitewna – om mani padme hum, taką samą dokładnie w tej samej wersji miałem na komórce, więc sobie robiłem stereo, siedziałem pod stupą i oglądałem zachód słońca. Wakacje.

Powrót pieszo do Leh, plątanie się po ciemku po uliczkach i szukanie autobusu na jutro. Postanowiliśmy nie latać rano po mieście i szukać autobusu, tylko już teraz wieczorem przejść się i go znaleźć. Tak też trafiliśmy na polo ground zwane starym dworcem. Jest to olbrzymi plac do gry w piłkę, polo itd. Poza tym część tego boiska zajęta jest przez autobusy. Aby dojść do tego boiska trzeba kluczyć wąskimi uliczkami w starej części Leh. Z góry jeszcze to ładnie widać – ale będąc już między uliczkami trzeba niestety kluczyć i liczyć, że któraś z uliczek wyprowadzi nas na boisko. Noc, muzułmanie, zaułki. Spoko. Doszliśmy, podeszliśmy do części parkingowej. W jednym z autobusów siedziało dwóch kolesi i coś gotowało. Pogadaliśmy i okazało się, że to akurat ten autobus, który jutro jedzie do Lamayuru. Chcieli nam od razu sprzedać bilety, ale nie wiemy czy tu rano na czas trafimy więc szkoda kasy, kupi się jutro przed odjazdem. Teraz jest 21 i siedzimy w barze i czekamy na jedzenie. Rano zjadłem 3 banany i do 21 poza wodą to nic :-) kilogramy mam nadzieje lecą w dół :-)
Na kolacje ja mango lassi, herbata ginger lemon honey i tajski makaron. Połowę makaronu zostawiłem bo tak ostry, że każdy gryz to ogień. Iza zupa pomidorowa z curry lub cynamonem, ciężko poznać, do tego kawa i ryż smażony z warzywami. Całość 370 rupi czyli ok 20 zł. Tak można się na mieście żywić. A i tak nie oszczędzamy bo dużo dodatków bierzemy i dania ze średniej półki bo można mieć obiad za połowę tego lub mniej :-) Po jedzeniu planujemy iść na internet, puszczę ten wpis, potem do pokoju, pakowanie i pobudka o 4 rano. O 5 bus do Lamayaru i zaczynamy treking.
Kolejny wpis prawdopodobnie po powrocie z trekkingu czyli za 11-12 dni. Inszallach oczywiście, yeti grasuje…
No i niestety nie wysłałem wczoraj maili. W dzielnicy prądu nie było i „not working internet”. Próbowałem jeszcze po 23 pójść, ale nadal nie było. Tak więc ten i kolejne wpisy będą offline.

Dzień 4

Działo się :-)
Nie opiszę tego tutaj tak jak to było z emocjami, no ale niestety takie rzeczy trzeba na własnej skórze przeżyć :-) Mieliśmy jechać do Lamayaru. Proste. Prosto też wyszło, ale emocje były, człowiek nie przyzwyczajony.
Wstaliśmy przed 4, aby się spakować i dojść na dworzec. Wyszliśmy ok. 4.30, ciemno,  po ulicy przechodzili pojedynczy hindusi, psy się plątały, krowy cos tam ze śmieci jadły, co jakiś czas z meczetów jakieś śpiewy przez głośniki puszczali – klimat mocny. Doszliśmy zaułkami na dworzec, tam autobus, ludzi już sporo. Podeszliśmy, koleś od razu zabrał nam plecaki i na dach je wrzucił. Pytamy się czy Lamayaru – „Yes, no problem”.

No dobra, no to wsiadamy. Jakoś dziwnie bo miejsca puste, a ludzie stoją. Jak ktoś wsiada to nie siada tam gdzie puste, ale się pcha gdzie ktoś już siedzi. Dziwne. My zajęliśmy pierwsze wolne i ruszamy :-) Biletów nie mamy, nie wiemy do końca gdzie jedziemy bo żadnej kartki czy innego oznaczenia nie ma. A gdzie wysiąść? Nie wiemy. No, ale jedziemy. Staje co paręset metrów i ludzi przybywa. W końcu jest taki tłok ze wciskają się między siedzenia.
Na kolejnym przystanku wsiadają jakieś mniszki, przepychają się do nas, patrzą i zaczynają coś gadać po swojemu. Ludzie wszyscy coś tam gadają, nagle ktoś po angielsku czy mamy bilety na te miejsca… Okazuje się, że oni tam mają miejscówki. I rzeczywiście kredą pisze jak wół nad naszymi siedzeniami 19 i 20. Trochę zamieszania, ale przychodzi pomocnik kierowcy, pogania jakieś 2 kobiety ze swoich miejsc i nam każe tam siadać, a mniszki lądują na swoich miejscach. W sumie standard bo już któryś raz w Indiach mamy takie wrażenia – coś się dzieje, nie wiemy o co chodzi, ale wszystko się ładnie układa, ludzie się śmieją i się toczy. Nawet te dwie kobiety wygonione z miejsc zadowolone, coś tam gadają i w śmiech. Dlatego takie kraje są fajne – luz, bezpiecznie i przyjemnie. Niesamowite, że to wszystko jest na wesoło. Nie było awantury, pretensji tylko śmiech, żartowanie. Głupie białe z dziczy przyjechali i nawet nie wiedzą, że na autobus trzeba mieć bilet i miejscówkę  Trzeba pamiętać że autobus do Lamayaru jechał 6 godzin, a kolejny przystanek w Kargil po 10 godzinach. Abstrakcja dla nas, ale kobiety, którym zajęliśmy miejsce nic sobie z tego nie robiły, tylko się śmiały. W autobusie wszystko było poza zwierzętami. Worki z jedzeniem, baniak na wodę, który był na początku autobusu, a pod koniec jazdy wylądował gdzieś na końcu, mniszki buddyjskie, kilka dzieciaków co siedziały u obcych na kolanach bo matki nie miały miejsca. I w tym wszystkim w połowie trasy pomocnik kierowcy zaczął sprawdzać bilety :-) Ledwo się przeciskał. My nie mieliśmy więc dałem mu kasę na bilet 1000 rupii, ale nie oddał reszty tylko poszedł. Kilka razy mu się przypomniałem, ale mówił że later :-) Dopadłem go w końcu na postoju na jedzenie i oddał mi 300 rupii reszty, chociaż niechętnie. Na postoju cały autobus wyleciał jak poparzony jeść. Potem kupili jeszcze jedzenie do autobusu i pojechaliśmy dalej. W ogóle tutaj to dziwne, że wszędzie bazary są, bary. Ludzie cały czas coś kupują. Z drugiej strony taka bieda. To nam na postoju kasy szkoda było na jedzenie, a oni kupowali na potęgę… Po drodze była kontrola paszportów, a później autobus stanął i ludzie zaczęli krzyczeć, że mamy wysiadać. My drzemkę zaliczyliśmy, więc średnio orientowaliśmy się o co chodzi. No ale gadają, aby wysiadać, więc wysiadamy. Na tyle mili byli, że pamiętali o nas i wysadzili nas w dobrym miejscu. Oczywiście uwierzyliśmy na słowo bo nie było żadnej tabliczki typu witaj w Lamayaru :-) Zresztą w Indiach dużo rzeczy trzeba brać na zaufanie bo samemu by się nie odnalazło…
Lamayuru super wioska. W końcu cisza, spokój, większość to Tybetańczycy, a nie hindusi czy muzułmanie. Bardzo biednie, skromnie. Aż dziwne, że tak można żyć. I jeszcze szczęśliwym być…

Połaziliśmy po Lamayuru i ruszyliśmy szukać początku trekkingu. Nie bardzo mogliśmy trafić, ale bez problemu pokierowali nami miejscowi. W sumie śmiesznie bo szliśmy drogą, przystanęliśmy i wołami do jakiego lokalsa gdzie droga do Wanla – a on, żeby się odwrócić. Odwracamy się i się okazuje, że praktycznie staliśmy oparci o wielki znak – droga do Wanla. Ślepe te białe… Sama ścieżka super. Widoki powalały, wysoko. Coś pięknego. Szło się ciężko bo plecaki wielkie, gorąco, a my zapomnieliśmy wody z tego przejęcia. Na cały dzień mieliśmy 2 litry. Pod koniec było nam tak sucho, że się przestałem pocić chociaż było z 50 stopni. Przerwy robiliśmy mniej więcej co godzinę.

Doszliśmy na nocleg po ok. 5 godzinach. Wioska mała, ale ze względu na to że poprowadzili tutaj drogę to był sklepik, trochę nowszych budynków. Namiot rozbiliśmy na polu jakiegoś lokalsa za 100 rupii. Jak rozkładaliśmy namiot to się pół wioski zleciało patrzeć. Dziwnie się rozpakować jak patrzy Ci się na ręce 10 osób :-)
Jedzenie, mycie i spać koło 22. Jedzenie na cały dzień to 3 banany rano i na kolacje makaron z sosem spaghetti i czekolada na gorąco z torebki :-)
Tutaj parę słów o ścieżkach. Nie ma tam szlaków, znaków, kolorowych oznaczeń. Mapy jeżeli są to w dużej skali i mogą pomoc jedynie orientacyjnie. Chodzi się tak naprawdę na czuja, gdzie ci wygodnie, aby dojść do danej przełęczy czy wioski. Szlaki są też tak rzadko używane w tym rejonie, że nie ma co liczyć na innych ludzi. Na cały ten trekking spotkaliśmy tylko 6 turystów. 12 dni łażenia i tylko 6 westernów. Utrudnieniem jest też to, że z tych ścieżek korzystają też miejscowi – a oni nie koniecznie chodzą tam gdzie turyści. Więc ścieżka jest wyraźna, można nią iść, ale ona prowadzi w całkiem inne miejsce – np. na pastwisko, źródło z wodą itd. Więc czasami trzeba kombinować, skracać, kluczyć między ścieżkami. Nam bardzo pomógł smartfon z wgranymi mapami open street maps. Ścieżki są tam na tyle dobrze oznaczone, że w sumie zawsze mniej więcej wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Zasilanie z panelu słonecznego Nomad 7 więc prądu było pod dostatkiem. Nawet na muzykę wieczorami z telefonu 

Dzień 5

Kolejny dzień. Pobudka o 10. W końcu odespaliśmy :-)
Jedzenie – płatki owsiane, woda do butelek, mycie i pranie majtek w rzece, pakowanie się i w drogę. Większość drogi olbrzymim wąwozem. Szło się nim ok 10 km. Cała trasa zajęła 25 km, dosyć monotonna ponieważ cały czas wąwozem.

Fajnie na początku bo taki gigant robił wrażenie, ale po kolejnej godzinie już nawet zdjęć nie robiliśmy. Dotarliśmy na nocleg o 18, wykończeni bardziej niż wczoraj. Szybko rozbiliśmy namiot. W między czasie przyszło paru miejscowych z dziećmi. Namiot mamy obok strumyka i ogródka warzywnego wiec przychodzili cos myć, rwać warzywa. Między innymi przyszło 2 dzieciaków. Dałem im batona, psik dezodorantem i tak im się spodobało, że nie chciały sobie pójść :-) tańczyły, śpiewy, coś tam pokazywały. Pomagały nam gotować co mroziło nam krew bo dzieciaki były czarne z brudu i co jakiś czas kapał im katar :-) W końcu matka je zawołała i sobie poszły. Na kolacje makaron z sosem z torebki. Czyli dzisiaj do jedzenia rano musli, w ciągu dnia baton, na kolacje makaron z sosem.
Jak już się zrobiło ciemno to mycie w strumyku. Fajna sprawa. Siedziałem sobie na kamieniu, myłem nogi w strumieniu, ciemna noc, obok zapomniana, na końcu świata wioska. Fajny klimat. Jest 22 i idziemy spać. Jutro pobudka o 6.

Dzień 6

Wiem, że to znów pisze, ale dzisiaj był chyba najgorszy dzień jak do tej pory . Przewodnik pokazywał 15 km i 6 godzin więc niby spokojnie. Zebraliśmy się dosyć wcześnie ponieważ już po 9 byliśmy w drodze. Rano zjedliśmy musli, Iza batona, nagotowaliśmy wody. Potem pakowanie przy pomocy miejscowego dzieciaka i w drogę. Droga dosłownie drogą… Od jakiegoś czasu łączą okoliczne wsie drogami gruntowymi i niestety taką przyszło nam iść. Droga szła na około, łagodnie wspinając się do góry więc nadrabialiśmy kilometrów, było gorąco, monotonnie.

Jak się okazało tych kilometrów nadrobiliśmy całkiem sporo. Ciągle pod górę, ciągle w upale. Wracając tędy zorientujemy się, że jest ścieżka, która prowadzi skrótami, ścina zakręty drogi. Ale teraz idąc cały czas pod górę jej po prostu nie widzieliśmy więc jak osiołki szliśmy na około. Do mostu, który wyznaczał punkt charakterystyczny mieliśmy dojść po 2 godzinach, doszliśmy po ok. 5. Nie wiem czemu. Czy aż tyle dłużej idzie się drogą w porównaniu do starego szlaku? Chyba nie aż tyle? Od mostu zrobiło się ciekawiej bo droga szła zakolami do góry, a ścieżka, którą udało nam się wypatrzeć prosto. Stromo, ale szybko zdobywamy wysokość. Tego dnia podejścia było 1100 metrów, a potem zejścia ok. 600 m. Podejście od mostu na przełęcz Sirsil La zajęło nam ok. 1,5 h wiec zgodnie z planem. Wysokość dawała się trochę we znaki bo szliśmy powoli. Jeszcze 3 dni temu byliśmy w Leh, a teraz na prawie 4800 m. Po drodze natknęliśmy się na obozowisko robotników, którzy budują drogę. Znów wróciły nagłówki z tvn 24. Pustkowia, do wioski parę godzin drogi, a my wchodzimy w środek obozowiska ze 30 chłopa… Wyszli co niektórzy z ciekawości popatrzyli na nas, pomachali, my odmachaliśmy i poszliśmy dalej. Szczerze, to sobie z Izą układaliśmy plan co robić, jak będzie jakaś akcja… Brrr… Na przełęczy spotkaliśmy dwóch mnichów. Uczą się w stolicy Indii, do Leh przyjechali sobie na wakacje. Teraz mieli motor i motorem wyjechali sobie na przełęcz podziwiać widoki. Jeden z nich miał chińską podróbkę samsunga galaxy 4  Różnił się tylko brak logo. Prosił mnie abym mu dzwonek zmienił w telefonie. Trochę pogadaliśmy, oni wsiedli na motor i pojechali drogą do Photoskar – czyli tam gdzie i my idziemy. My z kolei plecaki na plecy i drepczemy pieszo. Zejście z przełęczy zajęło nam ok. 2,5h. Po drodze mnóstwo świstaków. Droga w dół niby lżejsza, ale cały dzień nas tak wykończył, że nie mogliśmy doczekać kiedy zobaczymy wioskę. Z daleka wypatrzeliśmy czorten – a to znak, że zbliżamy się do wioski. Miejscowi zawsze przed wejściem do wioski stawiają stupy, czorteny czy murki mani. Po dojściu do czortena zobaczyliśmy w dole wioskę. Jeszcze 30 minut i będziemy… Do Photoskar dotarliśmy ok. 19, po 10 godzinach łażenia. Straszne. Photoskar super. Położone na zboczu góry w dolinie. Jest tu droga, ale nic więcej. Ludzie żyją jak przed wiekami. Po ciemku zrobiliśmy gotowanie i bez mycia spać :-)
Jedzenie na dzisiaj to standard czyli rano musli, w ciągu dnia baton. Na kolacje szaleństwo: puree ziemniaczane z torebki, sos chłopski garnek i kawałek kiełbasy polskiej surowej suszone. Do tego jeszcze słodka chwila kisiel 

Dzień 7

Dzisiaj odpoczynek w wiosce Photoskar. Wioska ładna, super położona więc dzisiaj robimy wakacje. Poza nami sami miejscowi. Plątamy się po wiosce i już wszystkich znamy. Wioska mega prymitywna. Nie ma tu nic. Ludzie żyją w domkach z kamienia, myją się w rzece, uprawiają małe poletka, jakieś zboża i warzywa. Mają ciekawy sposób nawadniania pól. Przez pola poprowadzone są wąskie kanaliki, które z brzegu połączone są większym korytkiem, który prowadzi wodę ze strumyka. Jak kobieta chce nawodnić fragment pola to kamieniami usypuje małe tamy i tak kieruję tą wodę, aby nawodniła odpowiedni fragment. Jak już wody jest wystarczająco to zatyka kanalik i otwiera kolejny. I tak stopniowo całe pole. Cwane i w sumie bez wysiłku – nie trzeba targać wody wiaderkiem czy konewką. W wiosce oczywiście jest klasztor, mają też szkołę. Ze szkołami to ciekawa sprawa bo w każdej wiosce mają. I jeszcze podział jest. W niektórych wioskach jest podstawówka, w innych średnia. Dzieciaki uczą się angielskiego, tybetańskiego, hindi, matematyki, przyrody i kilku innych przedmiotów. Starsi po angielsku praktycznie ni w ząb. Z dzieciakami, nawet tymi paroletnimi, można po angielsku już się dogadać.

Dzień relaksu więc chodzimy sobie, pranie zrobiłem, w wiosce zagadaliśmy jakiegoś miejscowego czy można tu jeść kupić i powiedział żeby do niego przyjść na 17 to nam da ryż z warzywami. Zapytałem ile za to chce wiec powiedział 80 rupii czyli ok. 4 zł. Koleś gada trochę po angielsku to go zagadamy czy coś tu jeździ w dół. Droga jest, podchodząc miało nas kilka ciężarówek, wiec teraz jak mamy w planie dalszy trekking – do którego trzeba się cofnąć po własnych śladach dwa dni to może udało by się podjechać… Zobaczymy. Przylazły do nas znów dzieci. Teraz wysępiły kisiel. Takie małe i takie zadowolone było jak dostało tą torebkę. Tłumaczyłem starszemu jak to przyrządzić. Oby się nie potruli.

No i po jedzeniu. Ryż z warzywami czyli ryż z zielonymi liśćmi nie wiem czego. Do tego filiżanka herbaty. Bez rewelacji, ale lepsze niż kolejny raz danie z torebki. Koleś mówi, że do wsi przyjeżdża taxi jak ktoś zamówi, czasami ciężarówki. Autobusów żadnych. Jak chcemy taxi to zadzwoni – nie wiem jak bo zasięgu nie ma żadnego, no ale może zadzwonić i zamówić. Koszt 3000 rupii czyli ok. 160 zł. Nie chcemy, wolimy dwa dni pieszo iść. Wracamy do namiotów, przybiega koleś i mówi, że na jutro ma być we wsi taxi i jak chcemy to o 9 rusza. Koszt 200 rupi od osoby. Super, jedziemy.
Robimy jeszcze mycie w strumyku i spać. Ta taksówka zaoszczędzi nam 2 dni drogi czyli ok. 40 km przez góry, m.in. przełęcz co ma 4800 m.

Dzień 8

Pobudka o 6.30, entuzjazm, pakowanie, mycie, jedzenie (kaszka manna z torebki, Iza baton). Na 9 lecimy do taxi. Widać już z daleka. Jesteśmy ok. 100 metrów od niej kiedy rusza… Po prostu pojechała. Dochodzimy do miejsca gdzie stała, pytamy o co chodzi skoro umówieni byliśmy, a miejscowy tylko „taxi go”. Droga tam kreta jest bo się ostro wspina do góry. Wiec taxi kręci to my biegiem na skróty. 4200 m, plecaki po 25 kg, zbocze ostro nachylone, ale biegniemy. Myślałem że płuca wypluje. Taxi i tak nie dogoniliśmy. Ale nagle patrzymy staje, ktoś wychodzi. Machamy rękoma i znów lecimy do góry. Dobiegłem, łapie kolesia i po pary chwilach jak odzyskałem oddech, pytam czy to taxi na dół. A on, że nie, on dalej do góry jedzie….  No kurcze… Załamaliśmy się, tak nastawiliśmy się że pojedziemy samochodem zamiast iść dwa dni z ciężkimi plecakami…
No, ale idziemy, nie ma wyboru… Mijamy trochę pól we wsi, zaczynamy się rozglądać za naszą ścieżką na przełęcz. Przecinamy znów kilka razy drogę, którą mieliśmy nadzieje jechać, wchodzimy na kolejne pola i nagle widzimy jakaś starszą kobiecinę, która pieli pole. Gwiżdże na nas, a to sygnał, że czegoś chce – kilka razy już tak nas nawoływali. Idziemy do niej, pytam co tam, a ona, że dlaczego idziemy pieszo skoro zaraz kurs będzie w dół. Pół godziny i ma być – i pokazuje nam palcem na naszą taksówkę, która znów pnie się do góry krętymi drogami. Mówi, że tanio, tylko 200 rupii i szybko. My na to, że przecież ona dzisiaj jedzenie do innej wioski, w górę – a ona, że nie bo jedzie w dół. No i dylemat, co robić. Czy znów ryzykować? Droga daleka, a nam dzień ucieka…  No, ale perspektywa dwóch dni drogi. Czekamy… Po parunastu minutach jedzie taxi, oczywiście ta sama co rano łapaliśmy. Naładowana miejscowymi i na nasze machnięcie nawet nie zwolnili tylko sobie pojechali…Babcia cos tam gada, kręci głową, mówi, że to taxi… no to my na to czemu nas nie zabrali, kręci głową… Patrzymy samochód rzeczywiście jedzie naszą drogą… Po prostu nas olali, nieściemniali i do dzisiaj nie wiemy czemu. Uczciwie chcieliśmy zapłacić, byliśmy tam gdzie się umówiliśmy i nas oszukali… Możecie sobie wyobrazić jakie nastroje były jak musieliśmy plecaki założyć i zacząć iść.

Kolejny wpis. Jestem w namiocie, znów w wiosce Hanupata. Zrobiliśmy dzisiaj 20 km, szliśmy 8 godzin. Samochodem zajęło by to max 1 godzinę… nadal jesteśmy wkurzeni… No, ale w końcu przyjechaliśmy tu łazić, a nie się wozić. Tak czy inaczej wkurzeni jesteśmy… Plus taki, że wracając wypatrzyliśmy z góry parę skrótów więc szybciej szło. Zresztą coraz więcej spotyka nas takich nieuprzejmości. Z jednej strony spotyka się miłych i przyjaźnie nastawionych ludzi, a z drugiej takich co patrząc na nas liczą tylko na kasę lub z niewiadomych nam powodów mają do nas jakiś problem. Przykładowo incydent z taksówką. Albo wczoraj przychodzi koleś, fajnie sobie rozmawiamy, opowiedział, że studiuje, teraz wakacje w domu. Kim my jesteśmy i w ogóle. Zwykła rozmowa. Na koniec pyta wprost czy mu kasy trochę nie damy bo na stupę zbiera. Daliśmy mu 20 rupi czyli ok. 1 zł. Nawet pokwitowanie nam dał. Fajnie, przynajmniej będzie pamiątka. Dzieciaki zaczepiają nas na ścieżce i chcą kasy. Żadne tam cześć czy coś – tylko one dolar, five rupii itp. Małe przychodzi do namiotu, włazi i czekolady szuka. I tak wkoło. Trochę to męczące. Tłumaczymy sobie, że oni tu mają naprawdę ciężko i jak widza skarbonkę z zachodu to chcą skorzystać. Tylko, że powoduje to, że my zamiast chętniej do nich do wiosek chodzić, zagadywać, robić zdjęcia to staramy się ich unikać bo wiadomo jak się to skończy – będą chcieć kasy. Całe szczęście, że spotyka się też super ludzi – ale to przy innej okazji opisze. Teraz żalenie się. Albo inne sytuacje, też dla nas dziwne. Mijaliśmy się kilka razy z rodziną z Czech. Mieli osiołki, przewodnika, jedli w chałupach u miejscowych. Czyli generalnie ich finansowo wspierali – nie to co my. Wszystko nosiliśmy sami, jedliśmy swoje, nic nie kupowaliśmy. No i oni pytają się gdzie jest woda do picia w wiosce. Miejscowi na to, że nie ma trzeba z rzeki lub iść daleko do czystego strumienia spływającego z gór. A rzeka to ściek gdzie spływa cała woda z nawadniania pól, z domów itd. W rzeczywistości okazało się że studnia była na podwórku domu gdzie rozbili namiot – my ze studni korzystaliśmy bo ją sobie znaleźliśmy. Albo WC. Nie ma. Ależ jest, 30 metrów od namiotów. Nie rozumiem czemu tacy są dziwni. Pierwszy raz się z czymś takim spotykamy chociaż już tych nacji sporo poznaliśmy… Może języka nie rozumieją i odpowiadają tylko tak jak potrafią czyli No lub Yes więc jak się pytają czy jest woda to mówią co im przyjdzie do głowy bo inaczej nie potrafią? Teraz spać.

Dzień 9

No i znów przykład jacy są dziwni. Umówiliśmy się wczoraj na 8, że pójdziemy do jednej z lokalnych kobiet na śniadanie. Miała po nas przyjść o 8 i zaprowadzić do siebie. Wstaliśmy rano, spakowaliśmy się i o 8 już czekaliśmy. Wytrzymaliśmy do 8.30 i poszliśmy jej szukać. Nie znaleźliśmy, ale spotkaliśmy inną kobietę, która powiedziała, że da nam śniadanie. Poszliśmy do niej, a tam jest też ta która się wczoraj z nami umawiała. I jakby nic się nie stało. Nie tłumaczyła, że zapomniała, że coś. Nic. Dziwne. Umawia się, wie, że dostanie kasę za friko bo zjemy to co i ona więc się nie narobi… ale nie przychodzi…  Dziwne.
Śniadanie fajne. Placki chapati – coś jak tortilla, do tego jajko na twardo i herbata z mlekiem. Poczęstowała nas jeszcze herbata tybetańską. Fanem nie zostanę :-) Jest to herbata z solą, mlekiem i masłem. Mniam, mniam 😉 Fajnie, że zaprosiła nas do domu wiec mogliśmy zobaczyć jak mieszkają. Ta całkiem wygodnie. Miała dużą kuchnie, sporo naczyń, piec i kuchenkę. Jak na nich to miała też idealny porządek, nawet śmietnik, a oni normalnie wszystko wywalają gdzie popadnie. Śniadanie kosztowało nas 150 rupi czyli ok. 7 zł. Co do herbaty tybetańskiej to jeden z turystów spotkany później w mieście powiedział, coś co się nam spodobało – jeżeli o tej herbacie myślisz jak o zupie to nie jest taka zła, jak myślisz jak o herbacie, to jest paskudna
Po śniadaniu droga w dół. Po drodze spotkaliśmy turystę z Izraela. Szedł sam, plecak miał chyba, ze 40 kg. Zamierzał zrobić trasę na ok. 20 dni. Żarcie, spanie, wszystko miał ze sobą. Niezły… Pogadaliśmy ze 20 minut i poszliśmy. Dobrze, że tak krótko bo zastał nas akurat w momencie, kiedy rozglądałem się za wygodnym krzaczkiem – przy samej drodze bo tam i tak nikt nie łazi, a tu nagle Hello.

Dalej kolejna niespodzianka. Droga przez wąwóz, którą szliśmy została wysadzona lub sama runęła, kto ją tam wie. W każdym wypadku droga na odcinku 50 metrów całkowicie zawalona. Musieliśmy obejść to górą, co zajęło nam ok. 30 min. Najpierw bez plecaka wybadać czy da radę, a potem wdrapać się po rumowisku skalnym i obejść to górą. W sumie ciężko było i się zeszło. Tuż przed kolejną wioską spotkaliśmy poganiacza osiołków. Na treking można wynająć sobie takie osiołki do dźwigania ciężarów za 5-10 dolarów dziennie. Poganiacz gratis. No i takiego spotkaliśmy jak wracał z pastwiska z osiołkami. Opowiadał, że naszą trasą to nikt nie łazi…
Droga do Hinju poszła całkiem nieźle biorąc pod uwagę, że znów 500 metrów pod górę, a łączny dystans tego dnia to 25 km. Wioska super. Szło się dłuższy czas pustynną drogą, wychodzi za zakręt i nagle na zboczu góry zabudowania. Malowniczo i ładnie położona. Z bliska wygląda to już gorzej, ale pierwsze wrażenie na plus. Wioska nowoczesna, a nocleg znaleźliśmy w wersji lux. Mamy namiot na podwórku u miejscowych. A tam kibelek ze światłem, prysznic z baniakiem na dachu. Kibel to dziura w ziemi żeby nie było, że zbytnio luksus, ale obudowany murkiem, miał drzwi no i światło z solara chyba. Do tej pory kibel był za krzykiem lub za kamieniem.

Od właścicieli noclegu kupiliśmy dwa jajka i zrobiliśmy żurek z jajkiem i makaronem :-) Zbiegły się też standardowo dzieciaki i już z własnej woli nakarmiliśmy je – najpierw batonami, potem żurkiem. W zamian dostaliśmy miejscowy ser, który chyba wcześniej podeptałem bo suszył się na słońcu w rogu podwórka, a ja tam przykucnąłem, aby zdjęcia robić. Ser jest twardy i cięty w wiórki, które następnie leżą i schną na jakimś materiale. Dzieciaki dały nam jeszcze po cukierku. Zaprowadziły nas też do strumyka z dobrą woda, pomagały gotować, bawiły się kamerka. Bardzo fajne popołudnie.
Miejscowe kobiety zebrały się na drodze i plotki urządziły. Nieźle to wyglądało bo po prostu się zeszły z różnych stron, usiadły w kucki przy drodze i ględziły, śmiały się. Typowe ploty. Po polach cos łaziło i sapało. Miejscowi faceci się zebrali, gadali, a potem strzelili w krzaki gdzie były te sapania z broni albo z czegoś hukowego. Zapytałem się co to, ale powiedzieli ze koza lub jak. Ale czy do nich się strzela? Tak więc spać dzisiaj będziemy czujnie 

Dzień 10

Kolejny dzień. Ciężki dzień. Chyba najgorszy. Przewodniki podają żeby dojść do bazy za przełęczą Konze La. Z Hinju jest to ok. 6-7 godzin. My jednak chcieliśmy iść dalej, aby nie tracić dnia. Zaczęło się od pobudki o 5 rano. Pakowanie, jedzenie, składanie namiotu i o 7.30 byliśmy już w drodze. Mocno pochmurno. Na początku trochę pomyliliśmy drogi, ale jakaś starsza kobieta standardowo zaczęła na nas gwizdać i pokazywała ręką w inną stronę – na inną ścieżkę. Okazała się tą dobrą. Potem drugi raz się trochę pogubiliśmy, ale znów nam ktoś wskazał prawidłową. Tak więc miło :-)
Droga na przełęcz okazała się ciężka. Monotonne podejście, potem bardzo stromo, po sypkim żwirku. Na przełęczy rozwijały się chmury i zrobiło się ładnie.

Widoki powalały, cała droga w dół świetna, jak na razie najbardziej spektakularna. Tak ładnie jeszcze nie  było. Było naprawdę pusto, żadnych wiosek, pasterzy. Puste, olbrzymie góry, ładna pogoda, później zachód słońca. Super. Problem jednak, że długo. Szliśmy i szliśmy i końca nie widać. Masakra. Ścieżka momentami szła stokiem nad rzeką. Ścieżka szeroka na jedną stopę, wiec trzeba było iść stopa za stopa. W dole 30 metrów niżej  strumień. Skupieni musieliśmy być przez cały czas. Ścieżka szła raz jedną stroną, raz drugą więc co jakiś czas musieliśmy zmieniać stronę wąwozu, ostre zejście w dół, przekraczanie strumienia. Bez mostków oczywiście. Skakanie po kamieniach lub moczenie butów. Na sam koniec jeszcze trochę pobłądziliśmy przed wioską – tak ze 20 minut chodzenia zygzakiem i szukanie jakiejś ścieżki. Do wioski dotarliśmy przed 20.

Szliśmy łącznie tego dnia ponad 11 godzin. Wioska bardzo dzika. Nazywa się Sumdo. Zero dróg, prądu. Średniowiecze i to takie wczesne. Rozbiliśmy się na podwórku u jakiejś rodziny. Gotowanie po ciemku i spać. Spotkaliśmy tez 3 ziomali, którzy też się rozbili u tej rodziny na podwórku. Śmiesznie bo gadali jakieś głupoty, medytowali przed namiotem, w ogóle w swoim świecie byli. Byli oni 4, 5 i 6 osobą-turystą, które spotkaliśmy. I ostatnimi. Na cały trekking spotkaliśmy tylko 6 turystów. 12 dni. 6 białasów. Po drodze spotkaliśmy jaki pasące się na stoku góry. Przy okazji innego dnia wypytaliśmy się o te jaki – więc oni puszczają je wiosną w góry i jesienią chodzą po górach i ich szukają. Na zimę sprowadzają w doliny. Pytałem po co im jaki – mówili, że to skarb. Pytam się co z nich mają jak ich nie ma całe lato. Nie bardzo wiedzieli co powiedzieć. Z kontekstu tylko się domyślamy, że robią za siłę transportową, skóry, mięso, odchody na opał.

Dzień 11

Po noclegu w Sumdo postanowiliśmy iść dzisiaj krócej niż wczoraj. Plan na ten dzień jest taki, aby dojść do bazy pod Dungdung La. Tam nocleg. Zajmuje to ok. 4 godzin. Następnego dnia przejście przez przełęcz i dojście do Chiling. Ten odcinek zajmuje 6 godzin.
Tylko, że z drugiej strony 4 czy 6 godzin to mało – i jak rano wyjdziemy to koło południa bylibyśmy na miejscu. A my i tak byliśmy do przodu ponieważ nocowaliśmy w Sumdo, kiedy przewodniki zalecają spać godzinę wcześniej w bazie za przełęczą Konze La. Decyzja więc taka, że postanowiliśmy nie nocować jak zalecają w bazie przed Dungdung La, ale przejść przełęcz i zanocować gdzieś podczas schodzenia. Z Sumdo wyszliśmy ok 8 rano. Droga szła po zboczu doliny, ale w porównaniu z dniem wczorajszym to dzisiaj była to zwykła, wygodna ścieżka. Wczorajsza ścieżka miała momentami z 10 cm, a dzisiaj ma z metr :-) Ścieżką szliśmy ok. 1 h, na końcu zeszliśmy do dna doliny tuż nad rzekę. Tutaj mieliśmy wybór. Iść przez przełęcz 4200 m jak zaleca przewodnik książkowy czy skorzystać ze ścieżki, która omija przełęcz 4200 m i od razu idzie do bazy pod przełęcz Dungdung La. Minus taki, że nasza książka była z 2004 r., a w miejscach takich jak te czasami wszystko potrafi zmienić się z roku na rok. Plecaki ciężkie, wdrapywanie się więc na przełęcz, aby zaraz z niej zejść słabo wyglądało, więc zaryzykowaliśmy. Początkowo było ok. Szlo się dnem doliny wzdłuż rzeki. Ścieżka jednak stawała się powoli dzika. Była zarośnięta, momentami mocno zniszczona. Nagle się skończyła. Po prostu stanęliśmy nad brzegiem strumienia. Dalej coś tam było widać, ale w tym miejscu urywała się do rzeki. W tym miejscu strumień wyglądał na w miarę ok, więc przeleźliśmy – ja po skałach, Iza w bród.

Szliśmy dalej, ale coraz bardziej coś było nie tak. Szliśmy już za długo, miał być jakiś mały mostek, a było pusto i dziko. Klops. Bez sensu było iść dalej więc szybka decyzja – wracamy do punktu wyjścia i idziemy przełęczą czy kombinujemy i idziemy na czuja, na azymut. Padło na drugą opcję. Mieliśmy poglądową mapkę, gps w telefonie więc nie zginiemy, najwyżej mocno nadłożymy drogi, lub zawrócimy. Problemem było przekroczenie rzeki. Zrobiła się naprawdę rwąca i nie było za bardzo jak przejść. W końcu znaleźliśmy wypłaszczenie, rozbieg i solidny skok z bloku skalnego na drugi brzeg. Po drugiej stronie dziko, nie widać żadnego przejścia czy ścieżki. Weszliśmy więc w wąwóz pnący się lekko do góry i zaczęliśmy podchodzić. Nawet pasowało. Nawet momentami wydawało nam się, że to jest to. Widać było, że ktoś tędy chodził, dawno temu bo wszystko zarosło różami i krzaczorami, ale pasowało do tego, że tędy trzeba iść. Przedzieranie przez nią było okropne. Cały czas pod górę i walka z kolcami róży. Męczyliśmy się tak ok. 1 godziny i w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Tam już zwykłe zbocze – na dziko, bez ścieżki, ale chociaż bez krzaków. Po kolejnej godzinie zobaczyliśmy w oddali obóz i ścieżkę do niego prowadzącą. Nasz skrót okazał, że prawie idealny – wyszliśmy na wprost ścieżki idącej z przełęczy w stronę obozu. Nie musieliśmy włazić na przelecz 4200 m co zaoszczędziło nam sporo sił. Czasowo wyszło pewnie tak samo, ale była przygoda, trochę emocji więc ok. W bazie był pierwszy spotkamy przez nas tea house. Jest to namiot z miejscowym, w którym można kupić wodę, herbatę i cos do jedzenia. Kupiliśmy sobie po herbacie za 20 rupii za obie – ok. 1,2 zł i odpoczywaliśmy ok. 30 minut, patrząc na okolicę.

Później mozolne podejście na przelecz. Ma wysokość 4700 m. Szliśmy na nią z obozu ok. 3 godziny z przerwą. Na przełęczy pojawiły się widoki na drugą stronę. Rewelacja. Najlepsze widoki na całym wyjeździe. Olbrzymie góry, puste przestrzenie, ładna pogoda. Teraz żałuje, że nie zostaliśmy tam na noc.

Zejście z przełęczy trwało ok. 4 godzin. Plan był, aby gdzieś za przełęczą przenocować. Szło się jednak dobrze – ścieżka była przygotowana rewelacyjnie, szeroka, z zakosami, a nie ostro w dół. Do przełęczy szło się ścieżką wydeptaną przez zwierzęta, a teraz w dół ścieżką, o którą widać, że ktoś dba – ładnie obsypana, wygodne zygzaki, nie było wąskich momentów nad przepaściami, tylko tak sprytnie ktoś ją poprowadził, że miejsca, które z daleka wyglądały hardkorowo, ładnie się obchodziło, lub ścieżka była na tyle szeroka i dobrej jakości (bez luźnych kamyków, oberwań itd.), że nie było stresu. Szło się więc dobrze, widoki cudne, postanowiliśmy dojść więc do samego Chiling. Zejścia w sumie miało być ok. 1300 m więc dla nóg, szczególnie kolan, masakra. 1300 m w dół z 20 kilku kilogramowym plecakiem. Szliśmy łącznie ok. 4 godzin plus wiele przerw na zdjęcia. W Chiling byliśmy ok. 19.30. Szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotu, ale jakaś miejscowa kobieta nalegała na to abyśmy spali u niej w domu. Chciała 800 rupii za nocleg i wyżywienie. Byliśmy wykończeni, w sumie nie chciało nam się rozbijać namiotu, więc z chęcią przyjęliśmy propozycję, aby u niej przenocować. Nie chcieliśmy jednak jedzenia, więc za samo spanie stanęło na 300 rupii. Więc dzisiaj spanie pod dachem. Będzie miła odmiana. Dom bardzo prymitywny chociaż miał wszystko co trzeba. Kibel na zewnątrz, kuchnie i pokój do spania.

Kobieta mieszkała z 1,5 rocznym dzieckiem. Mąż wypasa w lato zwierzęta w górach, druga córka jest w szkole w Shey. Kobieta okazała się bardzo fajna. Gadaliśmy, pokazywaliśmy różne rzeczy, nakarmiliśmy ją czerwonym barszczem z torebki i puree ziemniaczanym. Zaczęliśmy gotować, a ona cały czas kręciła się wokół nas i coś nam dawała – a to ciastka, a to herbatę, a to krzesła, kocyki, lampę solarną. Chcieliśmy się jakoś zrewanżować więc przygotowaliśmy jej porcję jedzenia. Dzieciakowi zrobiliśmy kisiel z torebki, ale nie chciał tego jeść. Kobiecie średnio smakowała, ale zjadła wszystko i wzięła się za swoje gary. Zrobiła swoje danie. Kluski z mąki w czymś na kształt sosie z cebuli, ziemniaka, pomidora i innych warzyw. Do tego mnóstwo ich przypraw. Było to tak ostre, że ledwo zjadłem. Jadłem, płakałem, czkawki dostałem, a kobieta turlała się po ziemi ze śmiechu. Ale w sumie bardzo dobre. Mniej doprawić i bardzo ciekawe danie. Potem mycie w kąciku sanitarnym i koło 22 spać. Kobieta spała w kuchni – miała tam łóżko czyli trochę kocy na podłodze. My spaliśmy w pokoiku obok – coś jak jadalnia bo miała maty na ziemi, na których się siada i niskie stoliki do jedzenia. Spało się dziwnie. Pod dachem, gorąco. Baliśmy się jakiś robali, ale nic nas nie pogryzlo :-) Wrażenia z noclegu super – w domu miejscowego, więc można się przyjrzeć jak oni tam mieszkają, pogadaliśmy sobie – chociaż znała słabo angielski więc dużo rozmowy było na zasadzie pokazywania sobie różnych rzeczy (np. pokazała nam co uprawia na zdjęciu na torebce przypraw knorra – jej torebka, nie nasza), śmiania się itd. Wszystko robiło się w jednej izbie – była to kuchnia, nawet bardzo dobrze wyposażona, w rogu była betonowa wylewka w której myło się naczynia, zęby, siebie generalnie, pod ścianą na rozłożonych kocach spała z dzieckiem. Był baniak z wodą przytarganą z gór, butla z gazem do gotowania. Było nawet światło – z paneli słonecznych. Tak więc bardzo prymitywnie, ale miała wszystko czego potrzebowała. Rano mega niespodzianka. Otwieramy drzwi do naszego pokoiku, a przed drzwiami stoi termos z miętą – mówiłem dzień wcześniej, że lubię pić mięte – talerzyk z ciastkami, 2 baniaki z wodą do mycia. Po prostu super. Wieczorne gadanie, jedzenie, teraz to. Jak już się spakowaliśmy i wychodziliśmy to nam jeszcze mięty z ogródka narwała, abyśmy w kolejnych dniach mogli ją sobie parzyć. Świetna kobieta, życzliwa i w ogóle. W takich ciężkich warunkach żyją, a tak dobrze nas ugościła. No ale, ruszyliśmy dalej.

Dzień 12

Z Chiling w stronę przeprawy nad rzeką Zanskar. Szło się drogą szutrową przez ok. 5 km. Według Lonely Planet wybudowali już most, według naszej gospodyni z wczoraj mostu nie ma, chociaż ona tam już jakiś czas temu nie była, więc nie miała pewności. Jak dochodziliśmy do miejsca przeprawy to już z daleka było widać, że most może i będzie, ale maybe next year jak to nam powiedział jeden z robotników kręcących się obok stalowej konstrukcji.

Musieliśmy skorzystać więc z tego czego się trochę obawialiśmy – przeprawy w koszyku poprowadzonym na linie na rzeką. Jest to gruba stalowa lina zawieszona nad rzeką. Na niej uczepiony jest drewniany kosz. Kosz nie ma ścianek, sam szkielet. Zawieszony jest na pojedynczym kółku więc wystarczy odchylić się lekko w którąś stronę i koszyk się niebezpiecznie przechyla. Najpierw pojechała Iza ze swoim plecakiem. Niestety przeważała koszyk w jedną ze stron i jakiś miejscowy zaoferował się, że pojedzie z nią uczepiony z drugiej strony, aby wyrównać przechył. Czad. Koszyk był zwalniany z zaczepu i połowę rzeki sunął siłą rozpędu. Potem stawał w połowie i dalej trzeba było wciągać go ręcznie. Po drugiej stronie stał Pan – co ciekawe jest to rządowa fucha, więc ten Pan był tam na etacie – i ciągnął za linę przymocowaną do koszyka. Po Izie pojechałem ja. Wrażenie całkiem niezłe, fajna zabawa. Wysoko, nurt bardzo ostry i się dynda nad rzeką czekając, aż się zostanie wciągniętym. Ale było fajnie, no i ta świadomość, że za rok może już takich atrakcji nie będzie, tylko spacer 2 minuty przez most.
Po przeprawie ruszyliśmy drogą do wioski Kaya, a potem Skiu. Weszliśmy na tzw. trekking Markha Valley. Do tej pory szliśmy mało uczęszczanym szlakiem, a teraz weszliśmy na taki, który wybiera 90% turystów. I to było widać od razu. Dużo śmieci, brudne ścieki, kałuże, bary, noclegi w domach. Droga zajęła nam 3 godziny. Widać, że wkraczamy na popularny odcinek bo ludzi też mnóstwo, co paręnaście minut się kogoś spotyka. Samo Skiu nawet ładne. W centrum kilka gomp, powyżej na skałach mały klasztor. Rozbijamy się na rasowym polu namiotowym – czyli klepisku z napisem campsite i łazimy po okolicy. Są dwa bary, sklepik. Robimy pranie w strumyku, gotujemy, jemy. Iza ma dzisiaj urodziny więc kupuje jej w sklepiku małą colę – prezent, a co  Iza robi sobie kisiel malinowy i tak świętujemy. Siadamy pod namiotem-spadochronem i gotujemy obok kucharzy ze zorganizowanej grupy. Jest tam kilku kucharzy, mnóstwo warzyw, mięsa, cały gar ryżu. A my zalewamy sobie chińskie zupki, robimy makaron z sosem z torebki, popijamy colą, jemy kisiel. Trochę szkoda, że nie ma mięsa, ale tylko trochę. W Skiu jest sporo turystów, obsługi, zwierząt noszących sprzęt więc koniec z górami tylko dla nas. Szkoda. Wieczorem sesja zdjęciowa gwiazd. Tysiące ich na niebie, szkoda, że na zdjęciach nie widać tego tak fajnie jak na żywo.
Z ciekawostek to w wiosce mają mini oczyszczalnie wody przez promienie UV. Za 15 rupii można kupić litr oczyszczonej wody. Umówiliśmy się też z lokalną kobietą na śniadanie jutro o 6.30. Dogadaliśmy się na wszystkie szczegóły – ile osób, co chcemy jeść, pić itd. więc może tym razem w końcu będzie tak jak się umówiliśmy… No ale po naszych wcześniejszych doświadczeniach jakoś nadziei nie mam :-) Spać dosyć późno przez te zdjęcia. Jutro pobudka o 5 i o 6.30 śniadanie…

Dzień 13

No i okazało się że niestety śniadania nie ma. Poszliśmy tak jak byliśmy umówieni na 6.30, ale pusto, pozamykane, kobiety nie ma. Nie mam pojęcia dlaczego, ale to już kolejny raz kiedy się umawiamy na coś i miejscowi to olewają. Albo nie przywiązują wagi do czasu – hindusi tak mają, że jak mówią, że coś będzie za 5 minut to może być za 5 minut ale i za 5 godzin. Wsio im ryba. Albo się babce rano wstać nie chciało i już. Też tak mam jak muszę do roboty iść 
Tak czy inaczej ruszamy na czczo. Jedzenia mamy już mało więc dzisiaj batoniki, kawałek kiełbasy i woda. Herbaty nie nagotowaliśmy rano bo przecież miała być… Ten dzień to kolejny dzień trekkingu Markha Valley. Ludzi coraz więcej. Już po ok 30 min marszu, a ruszyliśmy przed 7, mijamy pierwszych westernów – czyli zachodnich turystów. Przeważnie Francuzi. Niemcy, Anglicy and USA. Dużo jest też hindusów z innych regionów Indii. Dla tych co robią treking Markha Valley jest to 2 dzień marszu. Dopiero się aklimatyzują. Dla nas jest to 11 czy 12 dzień (już się gubię) więc idziemy szybko. Pierwszy odcinek z przewodnika szacowany na 4,5 h my robimy w niecałe 3. I to z plecakami i pod górę bo idziemy pod prąd trasę Markha. Więc jest moc.
Do wioski w połowie trasy dochodzimy z nadzieją, że zjemy tam śniadanie. Niestety wioska jest praktycznie pusta. W dwóch miejscach gdzie byli ludzie, chcą nam dać zupkę chińska – ale taką to i my w plecaku mamy więc idziemy dalej.  Idziemy cały dzień praktycznie na głodnego. Po ok. 30 minutach za wioska zjadamy wszystko co mamy do zjedzenie bez gotowania. Są jeszcze kawałki polskiej surowej – super kiełbasa. Nosimy ją już 10 dzień w plecaku w sumie gorących warunkach, a ona świeża jakby prosto ze sklepu. Urozmaica nam każde danie z torebki.

Po zjedzeniu zaczynamy kolejny etap. 4 godzinne podejście na przelecz Gongma La – 4850m. Na początku idzie się dobrze, ale później wysokość daje znów w kość. Ostatnie metry do przełęczy pokonujemy w tempie 10 kroków, odpoczynek, 10 kroków, odpoczynek itd. Na przełęczy jesteśmy po 4 godzinach wiec i tak dobrze,  zgodnie z planem. Na przełęczy widoki słabe bo wszystko w chmurach. Zdarzało się już, że było pochmurno, ale dzisiaj chmury zasłaniają całe niebo więc widoków żadnych.

Z przełęczy mamy 40 min w dół do miejsca gdzie można rozbić namiot.  W dół idzie się bardzo dobrze, chociaż trochę siadają kolana… Mijamy całą kolonie świstaków – skubane się wogóle nie boją, więc można podejść do nich na parę metrów, zrobić zdjęcie. W obozie nie ma nikogo z westernów – jest tylko 2 miejscowych śpiących sobie w namiocie. Pilnują miejsca i pobierają opłaty za namiot. Kupujemy od nich ciastka, aby cos na szybko zjeść i soczek mango – płacimy jak za zboże, ale już się chce. Na obiad gotujemy zupę z proszku z makaronem. Robi się zimno. W dzień było momentami powyżej 30 stopni, a teraz temperatura spadła do 6 stopni. Nie chce nam się nawet wychodzić na zachód słońca bo jest za zimno. Nie wycieramy się również dla higieny chusteczkami, nie myjemy zębów tylko w śpiwory i spać. Z higieną u nas to jest tak, że po rozstawieniu namiotu, najedzeniu się, pozmywaniu lub nie, myjemy buzię, ręce, zęby – w strumyku jak jest blisko lub wodą z baniaka. Potem już w namiocie rozbieramy się i wycieramy chusteczkami dla bobasów. Nawet dobrze działają chociaż zapach śmierdzącego ciała i takiej mokrej chusteczki wyżarł nam się już w głowach i tylko na wspomnienie tego zapachu chce nam się wymiotować. Nocujemy dzisiaj sami w górach więc boimy się yeti, ale zaraz zasypiamy więc nie myślimy o nim. W nocy budzę się kilka razy, ale z zimna bo mi się śpiwór zsuwał, yetiego nie było więc poza chłodem spokojna noc.

Dzień 14

Poranek, nic nas nie zjadło, to już ostatnia noc w górach więc o 6 rano zaczynamy się pakować i ruszamy w dół.. Ostatnie 3 godziny trekkingu. Zejście w tłumie turystów. Okropny ten szlak. Wcale nie ładny, tłum ludzi, wszędzie karawany osłów lub koni z ekwipunkiem zorganizowanych grup. Dobrze, że wybraliśmy inną trasę bo trekking tylko tą to byłaby strata czasu. Brzydko, syfnie i tłum ludzi. Klimatu gór w ogóle nie ma. Nasza trasa była pusta, nie wiem czy już pisałem, ale spotkaliśmy łącznie 6 białych. Tutaj tylu mijamy co 20 minut. Droga w dół wiedzie najpierw zboczem na dno potoku, a potem 1, 5 godziny wąwozem.

W wąwozie trzeba kilka razy przekraczać strumień po zawalonych pniach drzew, więc są emocje na sam koniec :-) Po ok. 3 godzinach jesteśmy przy drodze. No ale nie ma nic, żadnych busów, taksówek itp. Zaczynamy więc iść. Droga do miasteczka gdzie będą busy to ok. 4 godziny. Pieszo do samego Leh to nawet 8 godzin więc byłaby masakra. Jest gorąco, droga monotonna. Po drodze mijamy jakiegoś turystę hindusa, który sobie cos zrobił w czasie treku. Jego grupa poszła dalej, a on sam kuśtyka w dół, aby dostać się do lekarza do Leh. Kolejny plus iść z grupą, co nie. Mówi, że zagadał kogoś na szlaku i wie, że za 30 min ma jechać jakiś lokals. Mamy już średnie zaufanie do takich obietnic więc ruszamy mimo wszystko pieszo. Prosimy go tylko, aby nas zgarnął po drodze, jakby rzeczywiście coś jeżdżącego udało mu się zorganizować. Po ok. godzinie drogi dotarliśmy do rzeki Indus. Robi wrażenie – duża, fajnie płynie w kanionie głębokim na kilkaset metrów.

Po kolejnych 20 min jedzie samochód, a w środku nasz znajomy hindus. Za drogę do Leh kierowca wziął po 100 rupi czyli ok. 5 zł. Pieszo w takim skwarze byśmy padli gdzieś pewnie w pół drogi, a tak jedziemy i jest super.
Po powrocie do Leh poszliśmy do naszego hotelu, ale niestety nie było wolnego naszego pokoju. Dostaliśmy inny, trochę mniej wygodny i pachnący, ale nie jest źle. Taniej. Nareszcie cywilizacja :-) Kupiliśmy sobie napój, arbuza, banany, mango, usiedliśmy w ogrodzie i jedliśmy. Potem rozpakowywanie, brudne rzeczy oddaliśmy do prania. Wszystko za 250 rupii czyli ok. 15 zł. Pranie robi nam koleżka z hotelu – taki młody hindus, który załatwia wszystko dla właścicieli. Jeżeli coś chcesz to wołają go i on to załatwia – jedzenie, picie, pranie, taksówkę. Wszystko on.
Po krótkim relaksie idziemy na miasto załatwiać od razu kolejny trekking. Chcemy teraz wybrać się nad słone jeziora Tso Kar i Tso Moriri. W między czasie zakupy jedzenia na kolejny trekking, internet, znów jemy i pijemy. Trekking udało się załatwić. Jedziemy pojutrze o 7 rano. Niestety sami więc cena 14 tyś rupii za transport czyli ok. 700 zł. Autobus jeździ tam 3 razy w miesiącu. Zostaje więc taksówka. Płaci się cenę za całą taksówkę – jedzie was 5 sztuk, cenę dzielicie na 5. Jedziesz tylko ty płacisz sam. Tak więc drogo, ale nikogo nie udało się zorganizować. Pod wieczór znów jemy w knajpie obok hoteliku – Gosma. Jem kurczaka tandroii, a dokładnie pól kurczaka :-) Iza coś czego nazwy nie wymówię, ale były tam jajka, pomidory, cebula, humus, sałatka jakaś, frytki i do tego pieczona w piecu i jeszcze ciepła pita. Ja do kurczaka wziąłem indyjskie pieczywo roti… Uwielbiamy ich pieczywo. Zawsze jest świeże i gorąco. W Maroko też było genialne, kilka dni tylko na nim żyliśmy. Tutaj też by dało radę. Super dobre. Spać w łóżku – docenia się takie wygódki po 2 tygodniach szargania się po górach… Aaaa no i pierwsza kąpiel od 12 dni. Super :-)

Dzień 15

Kolejny dzień. Dzisiaj kończymy formalności z kolejnym trekingiem, robimy zakupy na treking. Potem wycieczka do pałacu w Leh, ruiny klasztoru na Leh, platanie się po nowym Leh.

[img]https

Modyfikuj wiadomość

 

Tagged with →