Share →

Nie mając żadnego planu, doświadczenia ani ciśnienia bardzo chciałem po raz pierwszy zobaczyć Alpy z bliska. Miałem czas, który chciałem jak najlepiej wykorzystać na zdobywanie doświadczenia a mój towarzysz Sławek dodatkowo na robienie pięknych zdjęć, które możecie oglądać w tym opowiadaniu. W sierpniu się zdecydowaliśmy, że jedziemy we dwóch. Trochę nas mało, ale spośród kolegów nie wielkie było zainteresowanie. Może gdybym rzucił jakimś „Mont Blanc” albo „Grossglockner” to by się ludzie zebrali tłumnie, ale nam chodził o zabawę i zdobywanie doświadczenia. Wybór padł na Monte Rosa od strony Zermatt.
Spakowani jak na dziesięciodniową wyrypę ruszyliśmy do Szwajcarii. Wybraliśmy wariant bez autostrad. Ktoś mógłby powiedzieć, że ekonomiczny, ale jeśli uwzględnić podróż przez szwajcarskie góry, spalone paliwko i dodatkowe zmęczenie to ekonomicznie na pewno nie jest. Fakt można oszczędzić kilka złotówek na winiecie, ale wtedy nie zobaczymy tak wielu widoków, miejsc, serpentyn dróg wspinających się na przełęcze i zjeżdżających w doliny. Masa jaskiń, potoków, wodospadów i skał. Szwajcaria piękna jest również z autostrady, jednak wtedy nie mamy czasu na delektowanie się tym pięknem, dlatego polecam każdemu choć raz wybrać się mniejszymi drogami, przy których biwakują rowerzyści a także kampery z rodzinami.


jak z bajki


raj dla motocyklistów

Dojechaliśmy bardzo późno to Tasch gdzie należy zostawić auto. Rozbiliśmy szybko namiot i posnęliśmy jak susły. Nad ranem wybraliśmy parking, z którego odjeżdżały busy do Zermatt. Chyba zachęcił nas swoją nazwą TAXI FREDY. Kierowca bardzo miły i pomocny. Mogę z czystym sumieniem polecić. Korzystając z jego usługi znaleźliśmy się w Zermatt po ósmej rano. Miasteczko jeszcze zaspane, nie wiele osób krzątało się po ulicach. Odwiedziliśmy kiosk i kupiliśmy mapę. Nie pamiętam ile kosztowała, ale to było jakieś totalne zdzierstwo… Aż jej poszukam, może ma cenę… jest 15,9CHF (aktualny kurs 3,35) = 53zł Na szczęście dobra mapa w fajnej skali bez obrazków, fotek i dupereli jest jedną z tańszych. Kolorowe wersje z duperszmitami kosztują około 25-30CHF! Nie mam żydowskich korzeni, może i się za bardzo nad tym rozpisuję, ale mój szok kulturowy był ogromny. Wiedzieliśmy, że kolejka na Gornergrat (a dokładniej na stację wcześniej –  Rotenboden) kosztuje około 120zł.

Postanowiliśmy zaoszczędzić trochę grosz na piwko w schronisku i ruszyć piechotą delektując się przy okazji pięknymi widokami. W ten sposób w pięknym słońcu z załadowanymi plecakami większość dnia dawaliśmy sobie w kość. Gdy doszliśmy do stacji Rotenboden kolega zasugerował biwak. Na ciężko w tym słońcu z plecaczkiem idzie się zmęczyć. Następnym razem biorę kolejkę. Chociaż nie żałuję z racji świetnych widoków to mielibyśmy zaoszczędzony dzień pięknej pogody i taktycznie wyszłoby nam to dużo lepiej. Znaleźliśmy fajne miejsce nad stawikiem i czekaliśmy z rozstawieniem namiotu aż ostatnia kolejka zjedzie do Zermatt, dzięki czemu nie będzie wokoło tylu ludzi. Znaleźliśmy tu też zakamuflowaną, zamkniętą chatkę. Jeśli dobrze pamiętam będącą pod opieką jakiegoś koła uniwersyteckiego. Korzystając z wolnej chwili poprosiłem mojego bardziej doświadczonego partnera aby poduczył mnie w kilku technik ratownictwa. Czułem się dzięki temu pewniej mając w myśli pierwszy spacer po lodowcu.


foto z biwaku


widoczek z biwaku


zaraz za biwakiem


w drodze do schroniska


po drodze do schroniska

Kolejnego dnia wstaliśmy wcześnie rano, aby nie rzucać się w oczy i ruszyliśmy w kierunku schroniska Monte Rosa Hutte gdzie dotarliśmy po około 4-5 godzinach. Jest to dobre miejsce do wypadów na górę. Gdyby ktoś chciał wejść i zejść np. na Dufourspitze lub w okolice Margherita jest to świetna baza wypadowa. Wiedzieliśmy, że tego dnia możemy liczyć tylko na znalezienie jakiegoś biwaku powyżej schroniska, dlatego nie śpieszyliśmy się za bardzo nie szanując po raz kolejny pięknej pogody. W schronisku sprawdziliśmy pogodynkę na kolejny dzień – ma być pięknie. Poszliśmy trochę w górę, rozbiliśmy namiot i szlajaliśmy się po okolicy oglądając trasę jaką chcieliśmy następnego dnia iść wyżej. Wieczorkiem piwko w schronisku i spać.

Gdy obudziliśmy się aby ruszać dalej mnie dopadła totalna niemoc. Zero apetytu, marazm a po dziesięciu, dwudziestu krokach miałem stan przedzawałowy i musiałem odpocząć. Nie spodziewałem się tego wcale! Byłem wściekły na siebie i swój organizm. Sławek mnie jednak uspokajał, że przecież nie przyjechaliśmy tu po cyfry tylko dla zabawy. Postanowiliśmy przesiedzieć dzionek w okolicy. Czułem się jak wyciśnięta szmata jednak mój kolega postanowił zrobić kilka cyfr na pięknie przygotowanej skale, przy której biwakowaliśmy.

Następnego dnia miało nadejść pogorszenie pogody, które również postanowiliśmy przeczekać. I nadeszło. Pierw ulewa, która sprawiła, że czuliśmy się w namiocie jak na arce Noego, potem godzina bez opadów, podczas której udrożniliśmy odpływy wkoło namiotu a potem śnieżyca. Wieczorem dostałem SMS-a z Polski od kolegi, który podsyłał nam pogodę. Zwiastował on śnieg, wiatr i dupową pogodę spowodowaną jakimś frontem co nam nad głowami przechodził. Tyle więc było z naszego spaceru bo postanowiliśmy wracać następnego dnia rano. Staraliśmy się nie oceniać czy postąpiliśmy słusznie czy też nie bo bawiliśmy się świetnie i Sławkowi udało się zrobić naprawdę świetne foty. Jedna z nich wygrała roczny konkurs w Wałbrzyskim Klubie Górskim i Jaskiniowym, do którego obaj należymy.

Po drodze spotkaliśmy speleologa, który szedł dołączyć do ekipy siedzącej w jaskiniach lodowych co trochę nas nakręciło aby tam wrócić. Dodam, że na dół zjechaliśmy kolejką:D


wracamy


w dół zapłaciliśmy

Po powrocie do Zermatt umyliśmy się i ruszyliśmy od razu do Polski oczywiście przez małe, szwajcarskie wioski.


Do dyskusji, zapraszamy na forum: Zermatt okolice [fismol2]

Tagged with →