Share →

Tatry. Zimą. Raz poproszę!

Mijam schronisko pod Kondracką Kopą i wkrótce otwiera się przed mną majestatyczny widok na Długi Żleb i podejście na przełęcz. Wokół biała pustka, a ja czuję się jak Dawid tuż przed walką z Goliatem. Moja broń to czekan i buty z nakładkami antypoślizgowymi (raki zostawiłem w domu). Majestat gór jest przytłaczający, a ja pcham się w samą paszczę lwa. Boje się gór zimą. O ile latem mam wrażenie, że gramy na mniej więcej równych zasadach, tak zimą zdaje się na ich łaskę i niełaskę.

***

Do końca, gdzie to możliwe próbuję jeszcze podbiegać. Na standardy turystyki górskiej nie jestem normalny. Ewidentnie mam spaczone podejście. W góry nie jeżdżę turystycznie, aby podziwiać widoki. Nasycam się wrażeniami. Nie to, że nie doceniam pięknych widoków. Nie to, że nie zachwyca mnie przyroda wokół. Bo zachwyca. Ale jara mnie jeszcze bardziej pęd powietrza przy szalonych zbiegach i krew tętniąca w skroniach wespół z przyspieszonym biciem serca na ostrych podejściach.

mi roz

No i to endorfinowe pierdolnięcie, które pochłania mnie tuż po zakończonym treningu. Wtedy wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Nie mam wysokich butów za kostkę. Spodni turystycznych, ani trzywarstwowych kurtek z gore. Co najwyżej lekkie leginsy, leciutki gore typu paclite, no i oczywiście lekkie – sprzęt biegowy musi być lekki! – buty trailowe. No i kijki. Też lekkie. Najlżejsze. Prawie nie czuję ich w rękach.

Wkrótce próby podbiegania przestają mieć sens. Jest zbyt stromo. Podchodzę środkiem żlebu i spoglądam w górę. Patrząc z oddali gubię perspektywę, wydaje się, że podejście jest bardzo strome. Dostrzegam jakichś ludzi przede mną. Oddycham z ulgą. Zdaje sobie sprawę z tego, że samotny wypad zimą w Tatry to nie jest zbyt rozsądna decyzja. Z drugiej strony przecież nie w takie góry ludzie ruszają solo…

Kijki w śniegu

Grupa kilku osób schodzi w dół. Czekam aż mnie miną i dalej podążam ich śladem. Wychodzę do końca żlebu i trawersuję go. Gdy nagle kończy się ślad, a ja nie wiem gdzie iść dalej. Wydaje mi się, że jestem już blisko przełęczy. Zerkam na mapę i próbuję się zorientować. Po lewej stronie widzę dwójkę narciarzy, która pochodzi do góry zakosami. Powyżej nich widać kontury szlaku przykrytego delikatną warstwą śniegu.

Rozglądam się wokół i zastanawiam się czy nie podejść po prostu do góry? Oblatuje mnie strach, a co jeśli wpakuje się w jakieś niebezpieczne miejsce? Polecę w dół? Cała moja pewność, której stopniowo ubywało wraz z posuwaniem się do góry, znika zupełnie…

Tuż przed przełęczą pod Kondracką Kopą

Wracam po śladach w dół i doganiam narciarzy. Mijam ich i zostaje sam. Muszę zakładać ślad. Śniegu nie ma dużo. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Momentami pod stopami wyczuwam twardą skałę. Śnieg jest sypki. Komunikat TOPRu mówił o niskim zagrożeniu lawinowym, ale gdybym się pośliznął i poleciał w dół? Czy dałbym radę wyhamować czekanem? Jest w tej niepewości coś ekscytującego, coś czego nie doświadczam w górach latem.

Ryzyko. Latem nie ma go prawie wcale. Jest zmęczenie, które można sobie dozować. Ale ryzyko? Jako takiego nie ma wcale. Zimą to co innego. Tu pojawia się realne niebezpieczeństwo. Dreszczyk emocji. Jest w tym coś fascynującego. Jednocześnie odpychającego, ale i niesamowicie przyciągającego…

tlo

Spoglądam na miejsce, gdzie zawróciłem i widzę, że podjąłem słuszną decyzję. Zamiast na przełęcz pakowałbym się bezpośrednio na Kopę Kondracką, co mogłoby być bardzo niebezpieczne. Wkrótce dochodzę pod samą przełęcz. A tam piękny widok na Słowację, czyste niebo i słońce. Na samej przełęczy mocno wieje. Zerkam w kierunku szlaku na Kasprowy i nic nie widzę – totalna pustka. Nie mam nawet pojęcia jak wejść na szlak.

Nawet nie myślę o tym, żeby iść dalej. Poszedłbym z kimś bardziej doświadczonym, ale sam? Nie ma mowy. Dużo łatwiej jest podchodzić pod przełęcz czy szczyt niż napierać zdradziecką granią przy słabej pogodzie. Próbuję jeszcze podejść pod Kondracką, ale ze względu na duży wiatr odpuszczam.

Obawiam się zejścia, ale jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie. Niemalże zbiegam w dół, momentami po prostu zjeżdżając na czterech literach. W pełni kontroluję ten ślizg. I to, co wydawało się tak niebezpieczne przy podchodzeniu staje się zupełnie bezpieczne przy zejściu. Wychodzi mój brak doświadczenia zimą w górach.

So fucking beatiful

Od schroniska droga jest w pełni przebiegiwalna – lecę w dół nie zatrzymując się nawet na chwilę. Mijam stację kolejki na Kasprowy, mijam rondo i zbiegam do Krupówek. I w zasadzie to koniec historii. Miały być jeszcze dwa dni biegania po Tatrach, ale… kolejny dzień spędziłem w łóżku. Rozłożyło mnie kompletnie. Pierogi z mięsem (albo ze szpinakiem, zamówiłem pół na pół) zapewniły mi niezapomniane atrakcje w nocy, a kolejny dzień wycięły z życiorysu.

A we wtorek okazało się, że muszę wrócić wcześniej i… w zasadzie udało mi się zrobić ten jeden trening. Bo biegania po Białce Tatrzańskiej nie liczę. Wracam (pisząc te słowa siedzę w pociągu relacji Kraków – Poznań) z uczuciem przepotężnego niedosytu. To był mój pierwszy wypad zimą w Tatry i wiem, że chcę więcej. Spodobał mi się ten dreszczyk emocji – zima w górach to przygoda, to niepewność i pokora wobec warunków, którymi goszczą góry.

Góry zimą są jak trudna miłość. Mówisz sobie, przecież tam jest tak cholernie zimno, wieje, mało co widać i jest niebezpiecznie!! Po co Ci to?! A jednak chcesz wracać.

I wracasz.


Tatry. Zimą. Raz poproszę!