Share →
taj

Bardzo zazdroszczę osobom które mogą pozwolić sobie na spokojne podróżowanie bez presji czasu poświęcając kilka tygodni lub miesięcy na chłonięcie otaczającego ich świata. Niestety nie należę do tego grona więc staram się w miarę dokładnie zaplanować co chcę zobaczyć i jaki charakter ma mieć wyjazd. Tak było i tym razem.
Po spędzeniu 9 owocnych dni nad morzem w Tonsai, o których można przeczytać tutaj: http://outdoor.org.pl/?p=1605 udaliśmy się w głąb lądu, żeby zmienić trochę otoczenie i zobaczyć coś więcej.  Jako cel podróży wybraliśmy park narodowy Khao Sok, gdzie czekała na nas przygoda w tropikalnym lesie.
Podróż na miejsce mieliśmy niezbyt specjalną z uwagi na kiepskie samopoczucie po sylwestrze.

Najpierw łodzią wydostajemy się Tonsai do Ao Nanng jakie to szczęście, że morze było spokojne tego ranka.
W Ao Nang czekamy 90 minut na busa, żona śpi na ławce a ja walczę ze snem i ogarniam plecaki i przyjeżdzające
co chwilę busy. Każdy z nich może być „nasz” Potem jeszcze jedna przesiadka , drzemka na dworcu i jedziemy do Khao Sok.

Na miejscu odbiera nas gospodarz i zabiera do zarezerwowanego wcześniej miejsca.
Krótka podróż na świeżym powietrzu i czuję się odświeżony. Kac odpuszcza.

Dojeżdzamy na miejsce…polna droga, przy drodze recepcjo-restauracja, wszędzie kurz, a po drugiej stronie
kilka bungalowów. Cisza i spokój – tego mi teraz trzeba. Raz na dwie godziny przejedzie jakieś auto, zostawiając za sobą tumany kurzu, czasem jakis motor.
Psy nawet nie podnoszą łba. Jest wczesne popołudnie więc relaksujemy się trochę w „naszej” chatce.

Późnym popołudniem przyjeżdża po nas nasz przewodnik o imieniu Pho ( pisownia jest na pewno inna ) i zabiera nas na krótką przejażkę po okolicy.
Poruszamy się 40 letnim Datsunem przerobionym pickupem z ławkami ustawionymi wzdłuż kierunku jazdy. tzw : songteow

Pho jest znawcą lokanych roślin, zwierząt i prawdziwym entuzjastą  przyrodnikiem.
Najpierw oglądamy plantację kauczukowców, gdzie kauczuk zbierany jest do połówek kokosa jak żywica w polskich lasach.
Później dowiaduję się jakim jestem ignorantem- zawsze wydawało mi się że ananasy rosną na drzewach….
Obserwujemy jeszcze przez chwilę jak mrówki splatają liście drzew tworząc sobie schronienie. Po oczywiście daje mi do spróbowania kilka mrówek.

Wieczorem mamy jeszcze jedną przygodę. Zanim położyliśmy się spać zauważyłem takie oto stworzenie na torbie która wisiała na kołku.
Przegoniłem „Teklę” za drzwi i poszliśmy spać.

Rano okazało się, że Tekla znalazła sobie miejsce na wsporniku dachu na przedsionku a po śniadaniu znowu była w środku.
No nic- przyjęliśmy do wiadomości że to ona miejszka tu na stałe a nie my…

Po śniadaniu mamy zaplanowane spełnienie marzenia mojej żony z dziecińtwa. Wskakujemy na krype i jedziemy.
Czeka nas krótka przejażdzka na słoniu…

Atrakcja dla turystów 1,5h na słoniu – no cóż, przynajmniej jesteśmy w dżunglii, a przewodnicy bez użycia przemocy któtkimi komendami kierują słoniem.
Zatrzymujemy się kilka razy gdy przewodnik wypatrzy coś ciekawego. A to jaszczurka, a to kolowowy ptak….
Kilka razy mamy okazję zobaczyć jak delikatnie słoń stawia nogi. Podejścia i  zejścia nieźle nami trzęsą.
Na zakończenie spaceru wychodzimy na punkt widokowy z którego widać panoramę parku. Na zakończenie karmimy słonia trzciną cukrową.

Od południa mamy trochę czasu dla siebie więc postanawiamy rozejrzeć się po okolicy i udajemy się na krótki spacer po okolicy.

Późnym popołudniem jedziemy na krótki spływ kajakowy.  Jaskinią dostajemy się z parkinku nad rzekę, karmimy rybki rybki przy świątyni i ruszamy.
Jest to mój pierwszy spływ poza spływem na Dunajcu z flisakami na którym nie mam wiosła w ręku.

Po raz kolejny podziwiam spostrzegawczość przewodnika. Potrafi wypatrzeć gdzieś żabę, śpiącego węża drzewie czy inne stworzenia, których ja
nie dostrzegłbym wogóle. Płyniemy sobie spokojnie podziwiając widoki i niezliczoną ilość dróg wspinaczkowych tylko na swoje pierwsze przejścia.
Wieczór upływa nam na pakowaniu się i czytaniu książek i wspólnie wypitym piwie.

Rano po sniadaniu zostawiamy jeden plecak w recepcji. Kilka minut później przyjeżdza mini busem Pho z kierowcą i jedziemy
w kierunku jeziora Chiew Larn, które zostało utworzone przez wybudowanie tamy i zalanie ogromych połaci lasu tropikalnego. Co za strata….
Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w miasteczku, żeby zrobić zakupy sporzywcze na najbliższe kilka dni.
W końcu przesiadamy się na łódkę i ruszamy.

Szczerze mówiąc jestem pod wielkim wrażeniem. Nawet nie wiem jak to opisać. Pionowe ściany wokół, strzeliste góry na horyzoncie ,
krystalicznie czysta woda i delikatna mgiełka unosząca się miejscami nad wodą.
Oboje chłoniemy widoki i wprost nie możemy się napatrzeć.

Po kilku godzinach przybiliśmy łodzią wprost do wejścia do jaskini, ( Diamond Cave ). Chińskie latarki których użyczył nam Pho
świeciły nadzwyczaj dobrze. Trzeba było tylko uważać czego się dotyka przeciskając się przez wąskie przejścia pomiędzy większymi komorami w jaskinii.
Byłem już w wielu jaskiniach więc nie zrobiła na mnie większego wrażenia natomiast niekwestionowaną atrakcją tej konkretnej były pająki
wielkości kobiecej dłoni. Ich oczy świeciły w świetle latarki.

Po dosyć szybkim przejściu jaskini udaliśmy się na przerwę w podróży, połączoną z kąpielą i posiłkiem w pływającej restauracji.
Miejscowe dzieciaki chyba nie bardzo umieją pływać bo wszystkie nosiły kamizelki albo taki wymóg nauczyciela…
Zdziwiło mnie to wobec powszechnej jazdy na krypie , na motorach bez kasków itp…

Ostatni przystanek przy cywilizacji w miejscu, które słuzy jako centrum logistyczne na jeziorze. ( kupiliśmy browar na wieczór )
i zapuszczamy się w mniej górskie, a tym samym mniej widokowo atrakcyjne rejony.
Jest coraz mniej łodzi wokół, bo jest dalej od przystani na tamie, ale prawdziwą dżunglę mamy na wyciągnięcie ręki.
Zaczynamy baczniej obserwować brzegi w nadziei na dostrzeżenie większych zwierząt.

Wpływamy łodzią w różne zatoczki, kluczymy – czasem wyłączamy silnik starając się wsłuchać w odgłosy dżungli i wypatrzeć większą zwierzynę.
Nie mam teleobiektywu, zoom kiepski więc aparat ląduje w plecaku.
Słyszymy mnóstwo egzotycznych odgłosów, nieznanych dźwięków – mamy świadomość, że tuż obok nas na lądzie dżungla po prostu tętni życiem.
Niestety za wyjątkiem kilku egzotycznych ptaków nie udaje nam się dostrzec żadnych większych zwierząt.

Późnym popołudniem dopływamy do miejsca naszego noclegu, gdzie zrzucamy graty, ja biorę szybką kąpiel w jeziorze i wskakujemy spowrotem do łodzi.

Tym razem ciągniemy za sobą kajaki, które umożliwią nam ciche poruszanie się po jeziorze. Sternik zostawia nas w jednej z daleko położonych zatoczek i
wraca do pływającej osady. Zostajemy w dwóch kajakach- w jednym przewodnik w drugim my. Odgłos silnika cichnie i zaczynamy słyszeć odgłosy dżungli.
Jezioro jest na prawdę spore, niezliczona ilość wysepek, zatoczek itp.
Żona trochę się niepokoi bo nagle jesteśmy prawie sami pośrodku ogromnego nieznanego jeziora w obcym , nie znanmym nam środowisku.
Kilka słów, spojrzenie na to co mamy do dyspozycji i przypomnienie sobie jak gorące są tu noce i niepokój żony mija zupełnie.
Chyba musiałem mieć podobne myśli bo wcześniej coś mnie tknęło i zapisałem pozycję gps miejsca gdzie śpimy.

Widzimy sporo śladów na brzegu, sprawdzamy coraz to nowe miejsca, korzystamy z lornetek, ale nie mamy dzisiaj szcześcia.
Nawet to nam nie przeszkadza zbytnio bo wczuwamy się w to swoiste safari.

Przed wieczorem nadciągają gęste chmury i zaczyna lać. Zciągamy koszulki które głównie chroniły nas przed słońcem i płyniemy dalej.
Pho odwraca się w pewnym momencie i mówi „Welcome to the rainforest” – wybuchamy gromkim śmiechem ,leje po prostu jak z cebra …
Nie jest to specjalnie zimny deszcz a woda w jeziorze jest cieplejsza niż powietrze. Po 30 minutach przestaje padać tak samo nagle jak zaczęło.

Słyszymy silnik- nasz sternik postanowił sprawdzić czy wszystko ok i czy nie chcemy już wracać.
Dziękujemy za fatygę, ale postanawiamy jeszcze popływać kajakiem. Sternik odpływa.

Coś dudni w nieopdal. Przywołuję gestem Pho i pytam co to – bo brzmi jak słoń… Ten z rozbrajającym uśmiechem mówi, że tutejsze trzymając się przednimi łapkami
drzewa kopią tylnymi

Zapada zmrok i wyciągamy czołówki. Co jakiś czas błyśnie jakaś para oczu w ciemnościach, panuje niesamowity klimat. Mniej widzimy a coraz więcej słyszymy.
W końcu docieramy do bazy na zasłużoną kolację.

W chatkach na jeziorze nie ma moskitiery, ale też z jakiegoś powodu nie ma komarów. Myjemy się w jeziorze – dostaliśmy mydełko ekologiczne i idziemy
spać. Oprócz nas są tu jeszcze kilka osób. 3 wędkarzy z Kanady, ich przewodnik, nasz przewodnik i nasz sternik oraz rodzina zamieszkująca tą pływającą osadę.
Klimatycznie.

Rano wstajemy około 6:00, żeby zwiększyć swoje szanse na zobaczenie dzikich zwierząt i wyruszamy na jezioro.
Już od rana słyszymy odgłosy gibonów. Drą się w niebogłosy nawołując się nawzajem co jakiś czas.
Nie potrafię opisać tego odgłosu – ale brzmi to mniej więcej tak: http://www.youtube.com/watch?v=R-n4PU-CvYk

Tego poranka udało nam się zobaczyć kilka gibonów, stada czarnych małp przeskakujących po drzewach, dzioborożca wielkiego http://pl.wikipedia.org/wiki/Dzioboro%C5%BCec_wielki
oraz małego dzika, króry akurat przeprawiał się na inną wyspę. Wróciliśmy około 10:00 na śniadanie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej.

Dopłynęliśmy łodzią na początek szlaku. Sternik odbierze nas z drugiej strony góry za jakoś czas.
Teraz czekał nas około 3 godzinny trekking do jednej z jaskiń w okolicy i zejście do
Za proadą Pho smarujemy się repelentem na owady, poza tym mamy szczęście po jest pora sucha i pijawki są rzadkością o tej porze roku.
Niestety z uwagi na małą ilość światła w dżungli nie  mam zbyt wielu udanych zdjęć z tego spaceru.

W dżunglii jest jak w saunie. Orzeźwiający powiew z nad jeziora pozostał tylko wspomnienienm. Pocę się ponad miarę, a szlak wiedzie ostro pod górę.
Teraz wiem czemu Pho idzie bez koszulki :)

Po 1,5 marszu – a może mniej docieramy do jaskini. Przyjemnie wieje chłodem. Przewodnik upewnia się, że nie straszne nam nietoperze i insekty.
Moja żona decyduje się poczekać na zewnątrz. Wchodzimy do środka – Na pająki już nie zwracam uwagi, ale po kilku metrach widzę jak Pho majstruje
coś kijem i mówi „I’m sorry I’m sorry”
już po chwili trzyma ogromnego 3 m węża za ogon. Nie starcza mi refleksu żeby wyciągnąć aparat. Patrzę jak ten młody chłopak obchodzi się z wężem.
I szczerze mówiąc czuję się nieswojo- nie przepadam za wężami. Indiana Jones też niezbyt lubił węże :)
Pho daje mi jasną komendę żebym zgasił latarkę bo wąż stara się iść do światła. Wypuszcza węża kierując świtło swojej czołówki w jakiś kąt.
Wąż posłusznie pełza w tamtym kierunku- Pho składa ręce jak do modlitwy i żegna się z wężem.

Idziemy dalej w głąb jaskini. Czuję jakieś smyranie po nogach ( jestem w krótkich spodenkach ). Szybkie spojrzenie na nogi i widzę, że całe dno jaskinii jest
pokryte niezliczoną ilością skaczących owadów. Kiedy idziemy przed siebie próbują uciekać na boki ale czasem lądują na nogach.
W tym momencie zaczyna straszie smierdzieć. Pho daje mi znak żeby od tego czasu być cicho. Idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów i insekty na nogach przestają
mi przeszkadzać bo smród staje się nieznośny. Patrzymy w górę – cały strop jaskini pokryty jest nietoperzami. Staramy się ich nie niepokoić i wycofujemy się
powoli.

W drodze powrotnej widzimy kilka ścieżek słoni – trudno nie rozpoznać tropu kilkutonowego zwierzęcia.
Na drzewach natomiast są widoczne inne ślady. Nasz przewodnik staje się mocno czujny i stara się przeniknąć wzrokiem zieloną ścianę dżunglii.
Idziemy w mileczniu nasłuchując. Kilka instrukcji co robimy na wypadek spotkania z niedziwiedziem…

Na szczęscie niedziwiedzia nie spotkaliśmy. Na wybrzeżu czeka na nas sternik i z uczuciem ulgi wskakujemy na łódkę. Teraz zasłużony obiad w łódce, kąpiel
i kończymy przygody tego dnia.

Następnego dnia rano po odebraniu plecaka z depozytu, łapiemy minibusa do Krabi, skąd mamy zarezerwowany lot do Bangkoku- miejskiej dżunglii.

CDN…


Do dyskusji zapraszamy na forum: [Tajlandia] Dwie dżungle – Khao Sok i Bangkok [cygnus]

 

http://www.forum.outdoor.org.pl/podroze-po-calym-swiecie/(tajlandia)-dwie-dzungle-khao-sok-i-bangkok-18158/msg285424/?topicseen#msg285424

Tagged with →