Share →
IMG_8556

Wiem, wiem,długie. Możesz wybrać sobie tylko krótsze paragrafy  ;)
Rozpisałem się niemało. Po czym doszedłem do wniosku, że nazbyt intymnie i za dużo tego. No bo komu w tych zwariowanych czasach chce się czytać. Tekst będzie więc okrojony aby nie przynudzać, zdjęcia wszystkie jakie uważam za udane…może kiedyś napiszę książkę. 
Zacznę od zimy.
Zima 2013/2014r w Północnej Ameryce jest…zimna. Nawet w południowych Appalachach sieje popłoch wśród miejscowych outdoorowców, którzy nie przywykli do śniegu i ponad dwudziestostopniowych mrozów. Jak tu nie skorzystać z takiej okazji, kiedy ktoś góry zostawia tylko tobie.

W poszukiwaniu samotności i ciszy.
Uwielbiam samotne włóczęgi, niekoniecznie w górach. Samotności i ciszy potrzebuję do życia tak samo jak chleba i wody.
Dlatego jeśli umawiam się z Łukaszem w Appalachy, lubię zarezerwować sobie dzień tylko dla siebie. Tak było też tym razem.
Appalachy Południowe, pasma Old Black, Blue Ridge leżą dokładnie w połowie drogi między Chicago i Tampą. Jedziemy więc
sprawiedliwie równy okres czasu nocą za kółkiem. Ja z północy on z południa. Jesteśmy tym samym tak samo dorypani już na starcie…
„weekend wariors”.

„Appalachian Winter Łikend Ekspedyszyn” Styczeń 2014r.

Grandfather Mountain, Północna Karolina.
Po dwunastu godzinach i 700 milach o godzinie 6 rano czasu miejscowego jestem przy zaplanowanym Trail Head.
Dobrze się jechało, tylko trzy krótkie postoje na tankowanie. Właściwie to już świta, a jeszcze trzeba się trochę przespać.
Ubrałem na siebie co miałem pod ręką…po pół godziny juz nie śpię . Zbyt dużo myśli kotłuje w głowie nie pozwalając zasnąć.
Nie znam terenu, nie mam zasięgu, gps-a, nawet nie wiem czy jestem we właściwym miejscu…kocham to. Jakaś przełęcz, kręta górska droga stanowa, totalne odludzie. W telefonie mapka PDF, kompas. W głowie jakieś strzępy opisów terenu…tu można zostawić auto, wzdłuż potoku w górę, tam już powinien być właściwy parking przy Blue Ridge Parkway (zamkniętym w zimie) i jakieś znakowania. Docieram sprawnie.

Mroźne i suche powietrze odgania zmęczenie i sen. Wybieram najszybszą drogę i zaczynam podejście.

Czuję jak marznie mi nos, robię na niego wąską opaskę z „buffa” i cisnę dalej. Droga lekko przetarta dzień wcześniej. Puszysty, zmrożony śnieg skrzypi ostro pod butami, gęsty las przepuszcza pierwsze promienie słońca. Zmarznięte rododendrony zwinęły swoje zsiniałe liście w rulony, które zwisają bezładnie. Cisza…tak, po to tu jestem. Chłonę tą ciszę wszystkimi zmysłami.

Pierwszym celem jest Calloway Peak 5946 ft/1812m npm. najwyższy wierzchołek w masywie.


Po drodze mijam Hi-Balsam Shelter, bardzo urokliwą wiatę z bali. Za wcześnie na przerwę.

Zaczynają pojawiać się już skały rozpadliska, klify…pierwsze drabinki i kable poręczowe. Bardzo przyjemne zresztą, jakoś tak naturalnie komponujące się z otoczeniem. W sezonie jest to dość oblegana góra, stąd te ułatwienia.  Nie trzeba zawsze z nich korzystać, staram się je omijać. Podświadomie tkwiąca głupia duma nie pozwala mi z nich korzystać…Przypomina mi się, ze w Tatrach mało kiedy tknąłem łańcucha, klamry… śmiję się sam z siebie.

Na grzbiecie zaczyna wiać, temperatura spada do -20C. Pod śniegiem pojawia się gruba warstwa lodu. Słońce i bezkresne góry po
horyzont łagodzą jednak wszystkie te niedogodności.


Drabinką w dół.


Na horyzoncie na wprost masyw Roan Mtn

Grzbietem poruszam się wolniej niż planowałem. Wspomniany lód jest zdradliwy, droga dziewicza, nieprzetarta, zaspy w kolano,
Znakowania niewidoczne. Grzbiet nie jest rozległy, łatwo znaleźć drogę, nawet zasypaną. Droga zwykle jest tam, gdzie krzaczory nie
wystają spod śniegu.


Robię przerwę na uzupełnienie kalorii w południe, na małej zacisznej łące Alpine Meadow. Dwa łyki Kentucky Burbon o mocy 60V na rozgrzewkę i w drogę. Dzień jest krótki.


Grzbiet jest bardzo oryginalny jak na te góry. Skalisty, odsłonięty, z niską roślinnością.

Po drodze kilka wierzchołków skalnych które dosłownie obciekają lodem. Moje tempo nie powala, ale nie o to przecież mi chodzi. Pogoda jest boska, widoki po horyzont i przede wszystkim jestem sam. Sam na tej całej górze. To wspaniałe uczucie. Stawiam pierwsze kroki na świeżym puchu, brnę w nim po kolana, szukam drogi, ześlizguję się skalno-lodowymi rynnami. W pierwszej z nich zaliczam dupozjazd po upadku.


Rozcinam dłoń o skałę, rękawicę też. No cóż, straty muszą być, oby nie większe w ludziach. Dochodzę wtedy do wniosku, ze czas założyć raki. Trochę mi ich szkoda, bo na drodze dużo skały, ale nie chcę leżeć drugi raz. W domu czeka pilnik.


Lodem obciekają nawet urokliwe drabinki.


Taka zabawa przez ostatnią godzinę


Na ostatni wierzchołek, MacRae Peak 5844 ft/ 1781m npm. wdrapuję się po drabinie jak na stryszek o godz. 1:40. Śmiesznie to wygląda.

Chłonę przestrzeń po odtańczeniu tańca zwycięstwa. Pomimo wiatru i dwudziestu kilku stopni mrozu (nie wiem dokładnie ilu, zabrakło podziałki na moim prymitywnym, ale niezawodnym termometrze), spędzam tam prawie pół godziny.

Potem odwrót tą samą drogą. Tylko ok 9 km do samochodu…nie wiem jeszcze gdzie będę spał.

Dobiegam już o zmierzchu. Po drodze upatrzyłem campsite ok 2km od auta. Przepak plecaka i cisnę dalej. Czuję już zmęczenie i senność. Po drodze tankuję dodatkowy litr wody w zamarzniętym strumyku. Rozbijam namiot. Już wzmaga się wiatr pomimo tego, że jestem w lesie na zboczu góry.


Będzie ciekawie w nocy, na jutro zapawiadają wiatr 55mph/90km/h. Gotuję coś w namiocie, tankuję termos i zasypiam  pomimo huku
wiatru i trzasku łamanych gałęzi. Budzik 5:40, spałem jak dziecko, nic nie pamiętam. Wychodzę z namiotu zobaczyć, czy „rowery stoją”. Wiatr wieje dalej, wokół namiotu pełno połamanych gałęzi. Szybkie śniadanie i zwijam się na umówione miejsce, skąd w dwójkę zaatakujemy Roana.

FILMIK

Roan Mountain, Tennessee
Plan jest bardzo ambitny jak na panujące i prognozowane warunki. Trawers masywu, bagetela 50km w dwa dni, fragment Appalachian Trail. Pogoda się spieprzyła, zaczyna padać śnieg, wieje. Parkujemy auta u gościa, który nas podwozi na przełęcz skąd startujemy. Ruszamy ok 10, późno. Nasz kierowca bał się jechać wcześniej bo na drogach w górach jest lód ?!

Idzie się dobrze, śnieg zmrożony, lekki, nie ciąży. Wydaje się nam, że decyzja o rezygnacji z rakiet śnieżnych była słuszna. Nie daje mi spokoju ten wiatr. Jak będzie to wyglądało na grzbiecie…?  Planujemy dojść do schronu za najwyższym wierzchołkie masywu. Jesteśmy jednak przygotowani na kibel po drodze. Od celu dzieli nas 15,5 mili/24km. Przewyższenia wydają się niewielkie.


Łukasz vel Abdul okraszony śniegiem


…i ja

Przerwa w shelter krótko po południu. Dobrze idzie, obliczamy marsz po ciemku jakieś góra 1.5 godz. Pasztecik z kogucikiem zamarza zaraz po otwarciu, suszący się softshell też zachowuje się bardzo sztywno. Jest przecież tylko -13C, zapomniałem o wietrze. Jaka to będzie temperatura odczuwalna przy wietrze 90km/h tam u góry ? Się zobaczy.

Docieramy o zachodzie słońca na przełęcz, z której już tylko wyrypa w górę na Wyżyny Roanu. Na przełęczy przekraczmy nawet jakąś
zasypaną drogę asfaltową, wiatr już nie pozwala trzymać pionowej postawy. Pociesza nas fakt, ze do schronu mamy 3.5 mi/5.5km…pod górę.
Wpadamy w zaspy, czasem po pas. Idziemy na oślep, bo żadnej drogi rozpoznać nie sposób. Ratuje nas fakt, ze droga prowadzi dokładnie grzbietem na sam szczyt. Trzymamy się więc grzbietu na którym wiatr urządza sobie właśnie saturday party. Czasem odnajdujemu jakieś znakowania na oblepionych śniegiem drzewach.

AT Appalachian Trail, to kultowy szlak dla thru hikers, prowadzący przez całe Appalachy, od Georgii do Maine 2,200 mil/3,500 km.
Jest znakowany…umówmy się, że jest znakowany. Białe pionowe paski na drzewach, o częstotliwości przeważnie pół kilometra. Czyli raczej niewielka pociecha zimą.

Brniemy już po ciemku przez zaspy, droga dłuży się niemiłosiernie, podejście jest ostrzejsze niż się wydawało. Coraz częściej odpoczywamy, zmieniamy się w torowaniu…trzeba było zabrać te cholerne rakiety. Przerwy na herbatkę, siły i optymizm już powoli nas opuszczaja. Kibel? Nie uśmiecha się nam w tych warunkach, spanie w bivy przy takim wietrze… Za wszelką cenę do chatki, stwierdza Przewodnik Beskidzki, który w tej chwili mianuje się samozwańczo i niedemokratycznie kierownikiem tej „ekspedycji” Mamy nadzieję, że chatka ma drzwi.
Doczołgujemy się na Roan High Knob 6,285 ft/1,916 m npm. Mała połoninka, ale ciężko ustać na nogach. Śnieg przestał sypać, ale wiatr ładuje w nas śniegiem nawiewanym ze zbocza. Zchodzimy, mamy już dość, nawet nie wiemy która godzina. Jakie to ma znaczenie, mamy dojść i koniec. Wchodzimy w zawietrzną i wpadamy w śnieg w pas. Klątwy sypią się niemiłosierne, nawet z ust pana
kierownika, który w przeciwieństwie do mnie jest bardzo opanowanym człowiekiem.
Dojście do Roan High Knob Shelter wykończyło nas doszczętnie. Byłem już bliski torsji. Klęliśmy na ten śnieg i resztkami sił śmialiśmy się z siebie na przemian. Są drzwi, będziemy spać.

Rozkładamy się, zimno, zupełny brak sił i ochoty. Patrzę na termometr, -12C wewnątrz. Jedynie ciepły śpiwór daje motywację do działania. Pompuję materac, dostaję dziwnych drgawek, których nie mogę opanować. Nie wiem czy to z zimna, zmęczenia. Uwinąłem się dość sprawnie i w opakowaniu wskakuję do śpiwora. Próbuję się opanować, pomagam jeszcze Łukaszowi założyć wentyl od worka na materac. On też nie ma siły, oj niema.  Klęczy biedny nad tym materacem zmuszając się do wysiłku. Pierwszy raz pompuje workiem.

-Przewodnik Beskidzki nie wie co to zmęczenie, nie zna słowa strach, zimno…
drwię trochę z niego chcąc dodać trochę dopingu.

Spojrzałem na zegarek, 22:00. Ładnie Roan skopał nam dupska. Gniewny jest. Zagrzaliśmy się trochę, drgawki puściły, pojawiło się pragnienie. Mamy pół litra wody. Zalewamy wrzątkiem zupkę i Gorący Kubek Pomidorowa Na Bogato.


Utopiłem śnieg na herbatę, wyszła z igliwiem, ciekawy posmak.


Nasz hotel, trochę dziurawy, ale nie wieje jak na zewnątrz.


Kierownik juz odpłynął w starym Małachu

O godzinie 6 rano zapada w naszych głowach decyzja; nie idziemy dalej. Śpiwory są takie ciepłe, śniegu na zewnątrz tak dużo, a przed nami połoniny.Nie możemy się znowu tak skatować, bo kto za nas pojedzie te 12 godzin w nocy…powrotna droga  do nienormalnego świata. Napawajmy się bezczynnością i szumem wiatru w świerkach.

Około dziewiątej wychodzę zobaczyć czy „rowery stoją”, przynoszę nawet wodę. Brnąłem po nią do żródełka w śniegu jak wczoraj. Tytanowe kubki mogą posłużyć też nieźle do rozbijania lodu.  Śniadanie. Jemy, nie, obżeramy się wszystkim co nam zostało. Dwie godziny. Nigdy nie zjadłem tyle na śniadanie. Nawet ruszyliśmy zamarznięte plasterki sera szwajcarskiego.
Koło jedenastej  zaczynają się pojawiać pierwsi narciarze, backcountry skier. Zwijamy kram i dajemy do przełęczy na której jest droga, parking, ludzie, którzy może nas podrzucą w dół…16km.

Dzień robi się piękny, temperatura szybko rośnie, wiatr słabnie. Rozwalam się na trawie już na połoninach.

Pan Kierownik ma niedosyt. Idzie w górę obadać grzbiet, ja zostaję obżerać się czekoladą. Bardzo podoba mi się ta łąka. Śnieg zwiało
z niej wczoraj, jest teraz po drugiej stronie. Teraz jego resztki topią się w słońcu.


Dwie godziny bytu w niebycie…na trawie pod zamarzniętym rododendronem. Nie chcę wracać…

So long Roan.

Tagged with →