Share →
5991172731_154df62f60_z

Kiedy zaczęliśmy interesować się tematem Roraimy, początkowe informacje nas zniechęciły – ludzie, którzy tam byli lub wybierali się, twierdzili, że jedyną opcją jest zorganizowany trekking z jedną z agencji. Wertując internet odnajdywaliśmy niemalże wyłącznie identyczne relacje, jednakże było też światełko w tunelu – część z nich wskazywała, że jednak da się inaczej, bardziej „po swojemu”. Postanowiliśmy więc spróbować i ostatnie dni w Wenezueli poświęcić na Roraimę.

Kiedy zaczęliśmy interesować się tematem Roraimy, początkowe informacje nas zniechęciły – ludzie, którzy tam byli lub wybierali się, twierdzili, że jedyną opcją jest zorganizowany trekking z jedną z agencji. Wertując internet odnajdywaliśmy niemalże wyłącznie identyczne relacje, jednakże było też światełko w tunelu – część z nich wskazywała, że jednak da się inaczej, bardziej „po swojemu”. Postanowiliśmy więc spróbować i ostatnie dni w Wenezueli poświęcić na Roraimę.

Zdjęcie lotnicze Roraimy, widok od Guajany (źródło: http://www.flickr.com/photos/martingysler/5991172731/)

Po wielkiej walce kolejkowej udało nam się w końcu kupić bilet na autobus relacji Puerto Ordaz – Santa Elena de Uairen. W Wenezueli można kupić bilety dopiero w dniu odjazdu autobusu i jeszcze przed otwarciem terminalu utworzyły się kolejki i rozpoczęły się zapisy na listy „kolejkowe” tudzież „społeczne” (pewnie jeszcze wielu z Was pamięta te wynalazki za czasów jedynej słusznej partii). Wszyscy zdeterminowani, żeby kupić bilety, bo jak się okazało, chociaż to dopiero 28 grudnia, to wieczorem odjeżdżają ostatnie autobusy w tym roku. Takie cuda tylko w Wenezueli… Nam pomogło 5-godzinne wystawanie na dworcu i łapówka dla pani kasjerki (nazwała to opłatą za rezerwację biletu). Cóż, ważne, że o ósmej wieczorem pakujemy tyłki w fotele i zmierzamy w stronę Santa Elena.

Tylko w Wenezueli – 28.12, brak autobusów do przyszłego roku (kij wi kiedy dokładnie)

Pozostały czas spędzamy na szukaniu potrzebnych rzeczy i jedzenia na trekking – to też jest wyzwanie, bo brakuje wielu, nawet podstawowych, produktów (mąka, mleko, cukier itd.), a o jakiś fikuśnych rzeczach „trekingowych” to można co najwyżej pomarzyć. Gaz w kartuszach to też rarytas ale my na szczęście gotujemy na benzynie, więc trzeba „tylko” przekonać pana na stacji, że to na użytek własny, a nie na handel i tworzenie kontrabandy. W strefach przygranicznych taki numer nie przejdzie w ogóle, bo stacji pilnuje gwardia narodowa, sprzedaż jest reglamentowana i „do butelki” nalać się nie da (na szczęście wszędzie można też znaleźć normalnych ludzi i zawsze znajdzie się pomocna dłoń, która spuści paliwo z baku swojego samochodu, w miejscu gdzie nie zagląda czujne oko prezydenta Maduro). Kupujemy więc rzeczoną benzynę, a do jedzenia makaron, sosy w proszku, orzeszki ziemne, czekoladę, coś w rodzaju chałwy, suszone śliwki i owsiankę w ilości na 6 dni.

Mapa Gran Sabany – Roraima w wschodniej części (źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Gran_Sabana)

Pierwotnie planowaliśmy wysiąść po drodze w San Francisco de Yuruani, ale mamy braki w gotówce i musimy sprzedać euro. W Wenezueli to jedyna rozsądna opcja, bo korzystając z kart wszystko przeliczane jest po kursie oficjalnym, który jest około 10 razy niższy od czarnorynkowego. Taka to kolejna socjalistyczna rzeczywistość.
Po 10 godzinach i kilku kontrolach wojskowych w końcu docieramy do Santa Elena. Długo szukamy cinkciarza, który kupi euro po rozsądnym kursie – to miasto miało być jednym z najlepszych miejsc w kraju na sprzedaż waluty, ale przez wahnięcie brazylijskiego reala miejscowi zaczęli obniżać kursy. W końcu się udaje i zaopatrzeni w bolivary obieramy kurs powrotny na San Francisco.
Przez to zamieszanie i fakt, że jest niedziela, nie udaje się nam już załapać na „gminny” autobus, którym możemy dojechać do San Francisco. Innej opcji, poza taksówkami, już nie ma, więc idziemy spróbować złapać stopa – co nam w końcu szkodzi. O dziwo idzie nieźle i po półgodzinie pędzimy fiestą, w międzynarodowym towarzystwie, w przeciwną stronę niż jeszcze parę godzin temu. W San Francisco rozpytujemy o przewodnika (obowiązkowy) i o ile ten podaje rozsądną cenę, to niestety musielibyśmy zapłacić za jeepa do Paraitepui de Roraima (wioski z której rozpoczyna się treking). Normalnie zabiera do 10 osób, ale więcej chętnych nie ma. Cena jest zabójcza, więc ponownie idziemy spróbować szczęścia na polnej drodze, odbijającej niedaleko od wioski. W ciągu dwóch godzin przejeżdża jeden jeep, kompletnie załadowany turystami, zapada zmrok, a my zaczynamy rozbijać namiot.

W oczekiwaniu na stopa; droga do Paraitepui

Nagle w naszym kierunku skręcają 2 podwójne światła – Marzena wyskakuje na drogę, a ja w pośpiechu pakuję manatki „na wszelki wypadek” – 2 jeepy, obydwa puściutkie, zatrzymują się przy nas, a kierowca jednego z nich bez chwili wahania zabiera nas z sobą. Za darmo, co w Am. Płd (z wyjątkiem Chile i Argentyny) nie jest regułą, szczególnie w tak turystycznym miejscu. Ufff, drugi raz dzisiaj mamy szczęście na drodze! W końcu docieramy na miejsce, a po niedługim czasie przychodzi jeden z przewodników zaproponować swoje usługi. Jest tak pijany (jak i całe towarzystwo), że nie idzie się z nim kompletnie dogadać. Rezygnujemy i idziemy pod siedzibę straży parkowej, gdzie ponoć można rozbić namiot. Na miejscu poznajemy parę Wenezuelczyków, którzy również chcą wyjść jutro – mają już swojego przewodnika, też wstawionego, ale delikatnie i wyglądającego całkiem sensownie. Po krótkim czasie zjawia się kolejny delikwent – ten bardziej podobny do pierwszego napotkanego przez nas przewodnika, ale jakoś się ugadujemy. Cena jest ok i ma zjawić się o 6.30 rano. Chce jeszcze zaliczkę, ale domyślając się na co, odmawiamy. Nie wierzymy mu kompletnie…

Nocleg w siedzibie strażników Inparques

O dziwo rano pojawia się zgodnie z umową i to w dodatku całkiem rześko wyglądający. Chcę mu dać zaliczkę, ale upiera się na całość – że ponoć jesteśmy obcokrajowcami, mogą być potem kłopoty i takie tam pierdoły. Bierzemy Wenezuelczyków na świadków i płacimy wszystko „z góry”. Wiemy, że to nierozsądne, ale chcemy mieć sprawę załatwioną i wyruszyć jak najszybciej. Gdy jesteśmy gotowi zjawia się Franek (jak pieszczotliwie ochrzciliśmy naszego przewodnika imieniem Francisco) i oświadcza, że mamy zacząć iść sami, a on nas dogoni bo musi się przebrać (chłopie, coś tyś robił przez godzinę…!). Ponoć droga jest jedna i nie ma problemu. Ruszamy się i oczywiście po kilkunastu minutach na rozdrożu nie wiemy co począć. Chwile czekamy, wypatrując głowy Franka wynurzającej się zza wzgórza, aż w końcu zniecierpliwiona Marzena wraca do wioski go odszukać. W domu go nie ma ponoć, ale inny przewodnik nas uspokaja, że wielu tak robi, bo nie chce im się iść powoli z wlekącymi się turystami. Ok, czaimy, tylko po co ta ściema…

Początek treku
Pierwszy rzut oka na Roraimę ;)

Napotkani ludzie wskazują nam właściwy kierunek, a potem rzeczywiście już nie ma problemu z orientacją – ścieżka jest szeroka i wydeptana tak, że szlak na Giewont mógłby się zawstydzić.

Trasa czasami przypomina drogę dla samochodów
Nieśmiało odsłaniający swoje wdzięki sąsiad Roraimy – tepuy Kukenán

Po kilku godzinach docieramy do Rio Ték (lub Tök w zależności od źródeł) – rzeki nad którą standardowo obozują pierwszej nocy turyści maszerujący z agencją.
Przeprawiamy się przez nią w bród i po pół godzinie docieramy do następnej – Rio Kukenán – już znacznie szerszej i głębszej. Nie obywa się bez zmoczenia plecaków, bo w najgłębszym miejscu rzeka sięga piersi. Ja balansuję jak durny przytrzymując się jedną ręką powieszonej dla pomocy liny (niestety beznadziejnie luźnej i raniącej ręce), bo zupełnie zlekceważyłem rzekę i wszedłem z aparatem na szyi… udaje się jednak przeprawić bez szwanku i możemy dreptać dalej.

Przeprawa przez Rio Kukenán – jeden z tragarzy

Za rzeką znajduje się drugie obozowisko, które też często wykorzystywane jest na miejsce pierwszego noclegu, szczególnie przez niezależnych przewodników (co wg nas jest dużo rozsądniejsze niż zostawanie w „jedynce”, po 3-4 godz. marszu). My jednak zamierzany dojść do „Base” – obozowiska u ścian Roraimy. Po około 6 godz. dogania nas Franek – już myśleliśmy, że nas wykołował, ale pewnie tylko odsypiał wczorajszą noc. Straszny z niego dziwak – idzie cały czas 100-200 m za nami słuchając muzyki. Trochę się wściekamy, bo robi się późno (a opóźnieni jesteśmy przez to, że szukaliśmy najpierw drogi, a potem jego), a nieraz przez bagniska widzie kilka ścieżek i dopiero kiedy je przechodzimy, widzimy jak Franek wybiera inną, lepszą dróżkę. Przewodnik z niego jak z koziej dupy trąbka. W końcu zapada zmrok i droga robi się nieprzyjemna – błotniście, dużo sporych kamieni, a my z jedną czołówką… jakoś tam wydeptujemy te ostatnie metry i w końcu docieramy do „Base”. Przemoczeni odnajdujemy kawałek miejsca pod zadaszeniem i gotujemy makaron, wsłuchując się pijackie rozmowy turystów (oczywiście obowiązuje zakaz wnoszenia alkoholu do parku, ale jak na wytłumaczył jeden przewodnik, straż parkowa rewiduje tylko turystów, a nie ich… zresztą w czasie naszego wymarszu ani dzień przed strażników nie było w ogóle), obsługiwanych przez przewodników i tragarzy. Alkohol się leje, krąży żarcie (mają tego sporo, bo na grupę 6 klientów przypada zazwyczaj 1 przewodnik i 3 tragarzy), a my zasypiamy rozmyślając o jutrzejszym dniu…

Błotnista „Base”
Majestatyczne, niemalże kilometrowe, ściany Roraimy, widziane z „Base”

Rano wypełzamy z namiotu i zaraz pojawia się Franek. Oświadcza nam, że na górze w ogóle nie ma miejsc w hotelach – jak miejscowi nazywają okapy skalne pod którymi można rozłożyć namioty. Możemy się rozbić na zewnątrz, ale ponoć na skałach i jak będzie padać, a pada codziennie, to z nich spłyniemy z namiotem (jak się potem okazało, wizja Franka była mocno przesadzona, choć rzeczywiście spanie poza hotelami może być nieprzyjemne). Franek proponuje nam, żeby zostawić namiot tutaj, wejść na lekko, zobaczyć co się da i pod wieczór zejść z powrotem. Nam ta idea nie odpowiada kompletnie – zamiast tego postanawiamy przeczekać jeden dzień w bazie i wejść na górę dopiero 1-go stycznia. Mamy spokojnie dzień w zapasie, a nawet dwa (standard to 6 dni), a dzięki tej decyzji, unikniemy tłumów na górze. Data też nas nie podnieca strasznie i spokojnie możemy przywitać nowy rok tutaj, na dole. Franek trochę był niepocieszony, bo pewnie żywił się wizją powrotu w 3 dni i skasowania stawki za 5, ale szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Korzystając z wolnego zrobił na rzecz jednej z agencji kurs z ładunkiem na górę i śmieciami na dół. Trzeba przyznać, że miejscowi mają moc w nogach… tak młodzi jak i starzy. Z ładunkami chodzą zarówno nastolatki w zwykłych pantofelkach, jak nie przymierzając na niedzielny wypad do hipermarketu, jak i staruszkowie w japonkach rodem z karaibskich plaży. Taka jest prawda o trudach tej góry i „ekspedycjach” na nią organizowanych. Widzieliśmy też przykładowo, jak przewodnik taszczył dwa plecaki, bo do swojego sznurem przywiązał drugi, a właścicielka bagażu zasuwała przodem „na pusto”, paplając z koleżanką. Cóż, kto co lubi. Z drugiej strony miejscowi nie narzekają, bo prawie 100% populacji pracuje przy trekach i już od młodego przyuczają się do „zawodu” – chłopaki poniżej 10-go roku życia targają takie mniejsze, 50-60 litrowe plecaki (dorośli mają specjalne wiklinowe „kosze”, w które idzie naładować pół metra powyżej głowy).

Nastoletnia tragarka

My korzystając z wolnego suszymy nasze przemoczone rzeczy i rozkoszujemy się widokami na odsłaniający się, czasami kompletnie, Kukenán i wyłaniające się nieśmiało zza mgły ściany Roraimy. Idziemy spać bardzo wcześnie, bo planujemy wstać o 5 rano, żeby jako pierwsi wyruszyć do góry i znaleźć miejsce w hotelu.

Korzystając z wolnego dnia próbujemy uchwycić tepuy Kukenán
Kiepskie paliwo powoduje, że wężyk kuchenki nieustannie się zatyka

O północy budzą nas wystrzały sztucznych ogni, ale wszystko milknie szybko, bo imprezowicze zostają przywróceni do ładu przez kogoś, kto ich opieprza, wykrzykując, że to niedozwolone. Resztę nocy przesypiamy więc całkiem spokojnie.

Ściana Roraimy z doskonale widoczną „rampą”, po której można bezproblemowo wejść na szczyt (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Roraima_(g%C3%B3ra))

Rano uwijamy się zgodnie z planem i na 6 jesteśmy gotowi do marszu. Niestety naszą wczorajszą rozmowę podsłuchał jeden z przewodników innej grupy i najwyraźniej dała mu do myślenia. Kiedy ich turyści jeszcze śpią, oni wysyłają o 5.30 dwóch tragarzy z poleceniem zajęcia miejsc w jakimś hotelu. Na szczęście to tylko jedna 6-osobowa grupa. Wyruszamy jeszcze przed Frankiem i zaczynamy piąć się w górę.

Pod ścianą

Na początku strome zbocze z wyrytymi schodami – mieszanina piasku i gliny. Potem czasami płasko, w trasie dwa obniżenia, ale generalnie wyraźnie do góry. Niestety cały czas w deszczu, ale na szczęście jest ciepło. Domakamy kompletnie przechodząc przez strugi spadającego z góry wodospadu – w butach hula spory prąd oceaniczny;). Po niecałych 3 godz. docieramy do szczytu i wszelkie utyskiwania pryskają jak szczury spod nóg. Jest naprawdę pięknie.

Po wejściu na górę uśmiech nie schodzi z ust!

Mimo ciągle padającego deszczu, formacje skalne, rzeki, kaniony robią ogromne wrażenie. Drepczemy jeszcze do najbardziej oddalonego hotelu Guacharo (nazwanego tak od wejścia do jaskini Guacharo, będącej częścią jaskini Ojo de Cristal, która w połączeniu z jaskinią Los Pemónes tworzy ogromny dziesięciokilometrowy kompleks). To największy hotel, może pomieścić 20-30 namiotów i ponoć opuściła go dzisiaj duża grupa.

Bonnetia roraimae- jak większość fauny i flory na szczycie, endemiczna
Szczyt przecinają liczne rzeki – opady przekraczają 4000 mm rocznie, a opadające wody zlewają się do trzech różnych systemów rzecznych, w tym Amazonki i Orinoko. . Nazwa Roraima oznacza więc nie bez powodu „Matka wszystkich wód”
Krajobraz Roraimy
Krajobraz Roraimy
Krajobraz Roraimy
Krajobraz Roraimy
Krajobraz Roraimy
Jeden z cudów Roraimy – czarna żabka, żyjąca na tepues i … w Afryce. Większość zwierząt żyjących tutaj przybiera kolor czarny (melanizm), chroni je to przed promieniowaniem UV, utratą wody i kamufluje

Po pół godz. docieramy na miejsce, a na wejściu zastajemy miejscowych przy skale zasłanej różnymi puszkami itd. Jest tego tak dużo, że w pierwszej chwili Marzena dopytuje się ich czy to sklep i czy rzeczy są na sprzedaż. Nie byłoby to nic, a nic dziwne, bo Los Pemones niejedno wymyślić mogą. Niestety to wyżerka grupy która ma wspiąć się dzisiaj, więc przechodzimy dalej wąskim przejściem i znajdujemy fajne miejsce na namiot, gdzie smętnie rozkładamy swoje makarony i zupki w proszku ;).

Wyżerka, niestety nie nasza ;(

Po godzinie pojawia się słońce, szybko rozwieszamy co mokre i ruszamy z Frankiem na obchód. Pierwszy cel to „La Ventana”, skąd widać dżunglę dobijającą do Roraimy z przeciwnej strony.

W hotelu
„Hotel”  Guacharo, największy na Roraimie (mieści ponoć do 30 namiotów)

Franek mknie labiryntami jakby na oślep i ma się wrażenie, że bez niego nie dałoby rady się tutaj odnaleźć, ale już po chwili widać, że prowadzi nas utartymi ścieżkami, doskonale widocznymi, bo skały wytarte tysiącami stóp są wyraźnie białe. Po drodze pogoda zaczyna się ponownie psuć i do „La Ventana” docieramy penetrowani na wskroś przez deszcz. Widok: gruba warstwa mgły i nic więcej.

„La Ventana”

Następnie baseny kwarcowe i jacuzzi – cały czas w deszczu, ale mijane widoki i tak wynagradzają wszystko. Po 4 godz. i jakiś 13-15 km trasy wracamy do obozowiska.

Baseny kwarcowe
Baseny kwarcowe
Krajobraz Roraimy
Kryształowa rzeka
Skarb Roraimy

U nas dla odmiany dalej świeci słońce, bo jesteśmy na zawietrznej i chmury nie docierają do nas. Mamy też z hotelu dosłownie 3 min drogi do urwiska ścian Roraimy, ale te niestety cały czas są pogrążone w chmurach, mimo iż sprawdzamy regularnie.

Krawędź ściany
Krawędź ściany
„Wieczne” chmury
Nawet w słoneczną pogodę ściany zazwyczaj spowijają chmury – Roraima łapie wszystko

Po krótkiej przerwie ruszamy jeszcze zobaczyć kawalątek jaskini Guacharo. Ta malusia jej część robi naprawdę wrażenie i pozwala sobie wyobrażać co mogą oglądać speleolodzy, penetrujący jej wnętrze.

Jaskinia Guacharo
Jaskinia Guacharo

Oglądamy niezwykłe szczotki krystaliczne, a Franek na pytanie co to jest odpowiada: „takie coś co turyści przychodzą tutaj fotografować”. Zresztą próbujemy trochę wiedzę Franka. I tak dowiadujemy się, że ripplemarki to „taka skała, co tu jest”, a Roraima „ma dużo, dużo lat”. Informacja od nas, że właśnie napotkaliśmy owadożerne rośliny, endemiczne dla tepuyes, powoduje zaledwie drgnięcie kilku mięśni twarzy i chwilę ciszy. Fajnie jest mieć przewodnika… Na dzisiaj to już wszystko.

„taka skała, co tu jest” ;)
Niebezpieczeństwo czyhające na skrzydlatych mieszkańców Roraimy

W drodze powrotnej dostrzegamy, dzięki bystrości Franka, ostronosa – jednego z trzech spotykanych tutaj ssaków. Umawiamy się, że jak rano będzie pogoda, to idziemy jeszcze raz na „La Ventana” oraz na najwyższy punkt Roraimy (chociaż mapa dostępna w Inparques, wyjaśnia w opisie, że najprawdopodobniej istnieję inne wyższe punkty. Roraima nie została jeszcze totalnie pomierzona i przebadana, a ten punkt wpasowuje się w trasy turystyczne na szczycie). Spać idziemy niedługo po zmroku, a noc przesypiamy spokojnie – straszono nas bardzo niskimi temperaturami, ale jest całkiem ciepło, mimo że dysponujemy 800-gramowymi, wyświechtanymi syntetykami.

Krajobraz Roraimy
Krajobraz Roraimy – żółw
Krajobraz Roraimy
Kolory Roraimy
Niektóre „kaniony” osiągają sporą głębokość
Krajobraz Roraimy

Rano wita nas zlewa – jest gorzej niż wczoraj. Nie ma więc sensu iść gdziekolwiek i zmierzamy w stronę „Rampy” (czyli trasy wejścia/zejścia). Chcieliśmy zostać jedną noc więcej ale Franek nie był zapalony do tego pomysłu, a Marzenie wdała się infekcja w ranę po oparzeniu (którą niestety początkowo zaniedbaliśmy) i śpieszno nam odwiedzić lekarza.

Niefortunna oparzelina

Powrót to męczące wymijanie grup, które tworzą korki na każdym nieco trudniejszym odcinku i obniżanie się „potokami” – widać, że sporo padało, bo wody jest dużo więcej i płynie ścieżkami w wielu miejscach. Po 2,5 godz. docieramy do „Base”, a stamtąd po kolejnych czterech do obozowiska nad Rio Ték. Choć na Roraimie mokro, to tutaj spokojnie – nawet Rio Kukenán nie dostarczyło żadnych emocji, bo woda sięgała zaledwie pasa. Pogoda bardzo przyjemna i całe popołudnie oraz wieczór spędzamy na gotowaniu i oglądaniu tepuy Kukenán i ścian Roraimy.

W obozowisku  Rio Ték
Roraima potrafi dać w kość ;)

Na miejscu można kupić wszystko co powinno zaspokoić znużonych zdobywców: piwko, napoje, gorące arepy. Pytamy o cenę coli, ale sześciokrotnie wyższa niż w mieście skutecznie gasi nasze pragnienie rozpuszczonego cukru.

Poranek wita nas przecudowną pogodą. Nad Roraimą i Kukenán ani chmurki. Zaczynamy żałować, że nie mogliśmy zostać, bo widoki ma górze muszą być cudne. Tak to już bywa – pogody przewidzieć nie idzie.

W takich chwilach buzuje tylko jedna myśl- czemu nas tam nie ma?!
Ostatnie spojrzenie na tepues Roraima (z prawej) i Kukenán
Roraima w pełnej rozciągłośći
Kukenán o poranku

Robimy zdjęcia, jemy śniadania i nie spiesząc się pakujemy się – wychodzimy chyba ostatni. Koło południa docieramy do Paraiterui, a tam ku naszemu zaskoczeniu urzędują strażnicy z Inparques i Gwardia Narodowa. Idziemy na kontrolę bagażu (choć spokojnie można to ominąć, bo nawet nie trzeba koło nich przechodzić), która jest po prostu groteskowa i służy temu, żeby być. Obowiązuje nakaz znoszenia wszystkich śmieci i odchodów (tzw. „pupu”;) ) ale i tak nikt nie wie czy to wszystko masz ty, czy twój przewodnik lub tragarz (grupy wracają w bezładzie, każdy osobnik jak mu się podoba). Tak a propos, to co najmniej część tragarzy i przewodników na Roraimie, za przeproszeniem, sra gdzie popadnie. Chyba, że znikają za skałami na kilka minut w celu podumania o czymś… tylko czemu „w tamtą stronę” biegiem, a z powrotem jakoś tak spokojniej…?
Po kontroli i pożegnaniu z Frankiem (który sobie poszedł na… kolejny sześciodniowy trek)  idziemy na stopa i po kilkunastu minutach mkniemy z przesympatycznymi Wenezuelczykami. Obyci, wykształceni, jedna z nich wykłada geografię na uniwersytecie. Podróż mija niezwykle miło i dowiadujemy się ciekawych rzeczy. W San Francisco idziemy na pobocze drogi i nim zdążamy się ogarnąć zatrzymuje się ciężarówka, a kierowca ruchem ręki wskazuje „na wprost” i każe wskakiwać na tył. Buda ciężarówki nie ma drzwi, a w środku cała ekipa – część w rozwieszonych hamakach, część na materacach – w 11 osób podróżują po Wenezueli. Znowu czas nam mija szybko i tuż przed zapadnięciem zmroku docieramy do Santa Elena. W czasie jazdy stan Marzeny szybko się pogarsza – puchnie i boli ją ręka oraz dostaje wysokiej gorączki. Okazuje się, że jednak dobrze, że zeszliśmy po pierwszej nocy. Idziemy prosto do szpitala. Obsługa bez zarzutu – czyszczą, dezynfekują, smarują, dają receptę na antybiotyk oraz zapas opatrunków i maści. Wszystko za darmo. W aptece kupujemy leki i dodatkową maść i w spokoju możemy iść szukać noclegu…

Santa Elena i okolice:

W „Casa del Gladys” – bardzo tanio (poniżej dolara za osobę) ale równie odrażająco (a spaliśmy w wielu przeróżnych miejscach i do wybrednych nie należymy)
Quebrada de Jaspe
Quebrada de Jaspe
Quebrada de Jaspe
Quebrada de Jaspe – przy odrobinie wyobraźni można zobaczyć mapy nieistniejących kontynentów :)
Quebrada de Jaspe
Quebrada de Jaspe – kolory jaspisu
Quebrada de Jaspe
Tradycyjna zabudowa
Wracamy do Santa Elena z Quebrada de Jaspe – tym razem trafił się autobus pijanych Wenezuelczyków, którzy zmuszają nas do tańczenia samby w przejściu pomiędzy siedzeniami :D

Inf. praktyczne.
– ceny podajemy w VEF (bolivary), kurs czarnorynkowy w tamtym czasie to 1 USD ≈ 60 VEF (choć w Santa Elena większość cinkciarzy oferowała 50-52, bo mocna spadł czarnorynkowy kurs reala)  1 EUR ≈ 80 VEF. Jeżeli ktoś ma możliwość, to najlepsze kursy są w kolumbijskim przygranicznym mieście Cúcuta ( 1 USD ≈ 64 VEF,  1 EUR ≈ 84 VEF),
– oficjalne ceny minimalne za pracę przewodników to 1000 VEF/dzień, tragarzy 600 VEF/dzień. Nasz sam zaproponował 4500 VEF za 5 dni (nie targowaliśmy się). Przewodnik bierze maks. 6 osób, tragarz maks 15 kg (bo jeszcze swoje rzeczy musi targać),
– jeep San Francisco – Paraitepui zabierający maks. 10 osób to koszt 2000-4000 VEF (w dwie strony, odbierają w umówionym dniu),
– podsumowując powyższe w San Francisco de Yuruani zorganizujecie przewodnika i transport za 10000 VEF na całą grupę (maks. 6 osób ) w pół godz., bez żadnego targowania – jak macie sprzęt i jedzenie to nic więcej nie trzeba. Jeżeli będziecie przykładowo w dwójkę, to powinni zaproponować cenę w okolicy 7-8 tyś VEF za oboje., 

– do San Francisco z Santa Elena można dotrzeć lokalnym autobusem (50 VEF w jedną stronę) – wyjeżdża rano koło 7-8, potem koło 11-12 i czasami jeszcze po 15 z Plaza Bolivar – po drodze zatrzymuje się jeszcze przy kilku sklepach alkoholowych, żeby lokalsi przed powrotem do domu mogli uzupełnić zapasy (serio!),
– trasę Santa Elena →San Francisco → Paraitepui i z powrotem zrobiliśmy bez najmniejszych problemów autostopem, nie mamy jednak pojęcia, czy jest to regułą (chociaż w dalszych dniach też się udało), ale jeździ tu dużo turystów, miejscowych i zagranicznych, co ułatwia sprawę,
– w San Francisco i Paraitepui możliwe jest wypożyczenie karimat/śpiworów/kuchenek/namiotów itd. – przewodnik zorganizuje wszystko w razie potrzeby,
– w Santa Elena nie kupić benzyny ani gazu w kartuszach. Za to powszechnie dostępna jest nafta (kserosen) w butelkach,
– w San Francisco i Paraitepui są sklepy z podstawowymi art. żywnościowymi, ale większe zakupy lepiej robić w Santa Elena, a jak chcecie mieć jakikolwiek wybór, to w jakimś dużym mieście (np. Ciudad Bolivar czy Ciudad Guayana), no i ceny w Santa Elena wyższe niż w innych częściach kraju,
– jedzenie na 6 dni kosztowało nas poniżej 1000 VEF,
– sumarycznie, w naszym przypadku, bezpośredni koszt treku to około 5500 VEF na dwie osoby, łącznie z wyżywieniem i transportem Santa Elena – Paraitepui i z powrotem (autostop),

– w sezonie spokojnie można przemknąć bez przewodnika – na 5 dni Franek de facto był z nami 1,5 dnia i ani razu nikt nas nie zapytał czemu szlajamy się sami (nie wiemy jakby było na szczycie, ale sądzę, że identycznie),
– jeżeli zależy Wam na porządnych przewodnikach, znających prawdziwie Roraimę (z florą, fauną, geologią i historią oraz legendami) i nie ograniczają Was finanse, to szukajcie takowych w Santa Elena (ponoć ci topowi śpiewają około 4000 VEF/dzień),
– mapę Roraimy można kupić w biurze agencji Backpacker (Santa Elena) oraz w siedzibie Inparques (Paraitepui),
– czas trekingu: moim zdaniem optymalnie 5 dni. Bez wyrzeczeń i z zapasem czasu na niepogodę. Pierwszy dzień to podejście pod ścianę Roraimy (7-8 h, 21-22 km, deniwelacja ~ 900 m, teren pagórkowaty). Drugi to wejście (2,5-3 h, deniwelacja ~ 900 m, prawie cały czas „pod górę”) i zwiedzanie szczytu. Trzeci dzień tylko wycieczki. Przedostatni to zejście do Rio Ték lub rano zwiedzanie i tylko zejście do „Base”. Dzień piąty – powrót. Jak ktoś nie ma czasu, spokojnie można to rozplanować na 4 dni. Da się też wrócić w jeden dzień ze szczytu do Paraitepui, ale wieczorem nie ma transportu publicznego.

Inne:
– najtańszy nocleg w Santa Elena to „La Casa de Gladys” (calle Urdaneta) – 50 VEF za osobę w swoim hamaku lub na materacu lub w swoim namiocie (dostęp do kuchenki gazowej i prysznic typu „ile se naniesiesz w wiadrze tyle masz”). Niestety czystość tego miejsca powodowała, że przez większość czasu hamowałem wymioty. Godna uwagi posada to „Posada Michelle” – 360 VEF za dwójkę z łazienką oraz z dostępem do skromnej kuchni i internetu przez WiFi. Tańsza opcja to hospedaje przy pobliskim placu, ale było zamknięte „na okres wakacji” (co w Wenezueli niczym dziwnym nie jest). Generalnie w tym okresie był duży problem z znalezieniem wolnego pokoju – prawie wszystkie hotele miały obłożenie 100% przez cały czas,
– jeżeli planujecie jechać do El Paují, to przywołany wcześnie autobus gminny z Plaza Bolivar jedzie też na lotnisko, a to dobre miejsce na łapanie stopa. Inna opcja to jeep odjeżdżający codziennie około 7 rano z calle Icabaru (cena nieznana),
– po drodze do San Francisco autobus mija „Quebrada de Jaspe”. Bardzo ciekawe, święte miejsce Pemón – dno rzeki i mała kaskada zbudowane są z czerwonego jaspisu. Łatwo dostępne autobusem, wstęp 10 VEF/osoba,
– teoretycznie z San Francisco i Quebrada de Jaspe można wrócić ostatnim autobusem około 17-stej. Jednak kierowcy nas poinformowali, że jedzie jeżeli jedzie, no i nam dwa razy nie pojechał ;),

P.S.
Wszystkie zdjęcia obce użyte w tekście (3), posiadały klauzulę „do darmowego użytku”.


* Zapraszamy do dyskusji na forum: [Wenezuela, Gran Sabana] Sylwester po Roraimą