Share →
image033

Relacja z zeszłorocznej wycieczki, no ale lepiej późno jak wcale. Może się komuś przyda.
Pomysł takiej podróży chodził mi po głowie od wielu, wielu lat. Jako że w zeszłym roku mój 7-letni syn rewelacyjnie spisał się w Tatrach na kilkunastogodzinnych wędrówkach, to pomyślałem, że jeśli w tym roku praca pozwoli, to ruszamy na ferraty. Po zakupie brakujących rzeczy i ubezpieczeń, 16 lipca ruszyliśmy w pierwszy etap podróży z Gdańska do Wrocławia. Po noclegu u brata i jego żony, wcześnie rano rozpoczęliśmy jazdę w kierunku Cortina d’Ampezzo. Przez całą drogę towarzyszyła nam słoneczna pogoda … którą diabli wzięli kilkanaście kilometrów przed celem! Jako nowicjusze w tych rejonach, nie wiedzieliśmy jeszcze, że pora popołudniowa i wieczorna kończy się tutaj w ten sposób w 90% przypadków. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, lało już bez skrępowania. Dopiero w Cortinie zadecydowaliśmy, któremu z kempingów damy zarobić. Padło na Olimpię. Później okazało się, że był to, prawdopodobnie, najlepszy wybór w stosunku cena-jakość. Tak przynajmniej wynikało z opinii licznych Polaków, którzy tam przebywali (w ogóle mam wrażenie, że był to kemping polsko-czesko-włoski). No i zaczęło się rozstawianie namiotu w zapadającym zmierzchu i lejącym deszczu:

Cała trudność polegała na tym, że namiot był nówka, typu, z którym wcześniej nie miałem doświadczenia (tunelowy z raczej niespotykanymi patentami), tylko raz rozłożony na ograniczonej przestrzeni w mieszkaniu. Nie było on taki idiotoodporny jak poprzednia Salewa typu igloo. W ładną pogodę i przy świetle dziennym nie sprawiłby żadnych problemów. Poszło nieźle, ale trochę mnie postresował. Następny dzień miał być przeznaczony na odpoczynek, zapoznanie się z miastem i znalezienie wypożyczalni sprzętu na via ferraty (niestety, krajowy sklep, w którym zamówiłem ekwipunek, dał dupy – sprawę opisuję w innym wątku). Rano obudziliśmy się dość późno, przekonani, że przecież ta wczorajsza ulewa nie może się ot tak po prostu skończyć. Oczywiście, okazało się, że jest piękna pogoda. Ruszyliśmy na poszukiwania wypożyczalni, zdecydowaliśmy się na K2 Sport. Z powodu późnej pory, poprosiłem obsługę o pokazanie na mapie jakichś prostych ferrat takich dla 8-latka. Zaznaczyli mi na mapie, a i owszem. Szybki powrót na kamping, buty, sprzęt i po 11.00 w drogę.

Około 13.00 dotarliśmy na przełęcz Posporcora, na której to właśnie doszło, do niezrozumiałej dla mnie do dzisiaj pomyłki. Cóż, tak naprawdę, to można ją bardzo łatwo wytłumaczyć: brak umiejętności czytania mapy. Wstyd! No nic, koniec końców, ruszyliśmy zgodnie z drogowskazem na ferratę, jak się później okazało, o nazwie Ettore Bovero na Col Rosa.

Wpięlim się w stalówki i poszlim na całość

Po jakichś 45 minutach zaczął się tradycyjny, mało przyjemny deszcz i jeszcze mniej przyjemne grzmoty w oddali. W „obozie” towarzyszy wybuchła panika i tak oto wyprawa na ten dzień została zakończona.

Następny dzień poświęciliśmy, zgodnie z sugestią dolomickich bywalców, na wycieczkę tunelem Galleria del Piccolo Lagazuoi. Do widocznego na szczycie schroniska Rifugio Lagazuoi, można dostać się wyciągiem, ale oczywiście dużo ciekawsza jest wycieczka piesza. Miała ona podobno zawierać w sobie również via ferratę, ale tak po prawdzie, to nie spełniła według nas tego kryterium. Warto wziąć kask, jakiś polar i latarki. A to dlatego, że szlak wiedzie przez kilometrowy, wykuty w masywie, w czasie I wojny, tunel. Na zdjęciu widoczne są piargi. No i tutaj dostałem ostrzeżenie, że mimo sielskiego wyglądu, przy wrodzonym albo nabytym pechu, można skończyć w szpitalu a w porywach, to i w kostnicy. Ścieżka w niewidocznej na zdjęciu części, prowadzi zakosami po piargach, nic nie sprawia wrażenia, że może nam tu grozić jakieś niebezpieczeństwo. Tymczasem potrącony gdzieś u góry kamień, nabiera tu olbrzymiej prędkości. W ten właśnie sposób oberwałem kawałkiem skały wielkości główki kilkumiesięcznego dziecka, ważyła pewnie ze 2-3 kg. Szczęście moje polegało na tym, że uderzyła mnie w kostkę obutą w solidne trepy. Nic by to nie pomogło, gdyby nie to, że chwilę wcześniej się zatrzymałem i właśnie ruszyłem do przodu, mając stopę dopiero ledwo co postawioną na ziemi, nie zdążyłem jeszcze całkowicie przenieść na nią ciężaru ciała, nogę odbiło mi w bok. Ułamek sekundy później – kostka połamana, 10 cm wyżej – co najmniej otwarte złamanie piszczela, dostać takim czymś w głowę – przechodzi się do historii. I tak miałem opuchniętą kostkę i mimo butów, jakieś niewielkie ranki. A, i dostałem „syndrom oczu dookoła głowy”.

Śnieg, ileż to radości może sprawić.

Widoki!!!

Wyłamując się z utartych konwenansów, największy z kamieni wcale nie został podstawą tej piramidki.

Tam na dole, przy serpentynach, jest parking z którego wyruszyliśmy.

Droga powrotna z Lagazuoi.

Hmm, a to jest miejsce, które pozbawiło mnie snu przez pół nocy. Do tego mostku, prowadzi niedługi fragment wąskiej, wykutej w skale ścieżki. Idąc nią, po lewej ręce ma się kawałek przepaści. Potknięcie się tutaj skończyć by się mogło katastrofą. No i widok mojego syna, plus wyobraźnia, lekko mnie rozstroiły.

A to już dzień restowy, kiedy nie miało być żadnych „ciężkozbrojnych” ataków, czyli spacer dookoła Tri Cime Di Lavaredo. Nie wiedzieć dlaczego, jest mi on wypominany do dzisiaj. Może przyczyną było to, że trwał 4 czy 5 godzin?

W końcu nadszedł dzień na wyrównanie starych porachunków z Col Rossą. Nie dawało nam (hmm, mi?) spokoju, że zmuszeni zostaliśmy przez pogodę do odwrotu. Mając już świadomość, że ferrata ma wycenę jako trudna, mimo wszystko zdecydowaliśmy się na ponowną próbę. Przeważył fakt, że poprzednim razem dotarliśmy, według naszej oceny, do połowy ściany (w rzeczywistości było to jakieś 1/4 może 1/3 wysokości) i nie napotkaliśmy żadnych większych trudności. Oto widok na przeciwnika

Ruszyliśmy znaną już sobie trasą.

Na dole, w prawo od rzeki, mieści się kamping Olimpia.

I się udało! Najfajniejsze jest to, że synek przeszedł wszystko bez żadnej pomocy, nie licząc krótkiego, kilkumetrowego trawersiku gdzie był po prostu za niski, żeby się czegokolwiek złapać. Wziąłem go między nogi, oparł się o mnie plecami i tak pokonaliśmy ten kawałek.

Jeszcze tylko wpis do książki szczytowej i … jak sądziliśmy szybki powrót do namiotu. He he, zejście stamtąd to mordęga. Droga jest długa, przez jakieś kosówki i piargi. Generalnie, umęczyła nas duuużo bardziej niż wspinaczka.

A to wycieczka na ferratę, która miała być tą pierwotną, gdyby nie moja pomyłka z mapą. Zdecydowanie dla początkujących.

Tak zakończyliśmy etap dolomicki. Niestety rodzinka nie dała się już namówić na zrobienie jeszcze jednej ferraty  (Strobel), która też ma wycenę „trudna”, ale podobno jest łatwiejsza niż Ettore Bovero. Okazało się, że moja pomyłka wyszła nam na dobre, bo nigdy świadomie, jako początkujący, nie zdecydowalibyśmy się na zaatakowanie ferraty o takiej wycenie.
To nie był jeszcze koniec „przygód” z górami (z krótką przerwą na zwiedzenie Włoch, a szczególnie Toskanii). Generalnie, była to taka moja wymarzona objazdówka, mająca na celu zobaczenie słynnych szczytów o których tyle czytałem. „Zaliczyliśmy” jeszcze Chamonix z atrakcjami turystycznymi, Zermatt z Matterhornem i Grindewald z Eigerem. I tylko tak sobie myślę, że pewnie, gdybym wiele lat temu zdecydował się na podróż autostopem razem z kumplem, który jechał do Chamonix, to pewnie nie robiłbym tego, co robię teraz, a uprawiałbym inny zawód i pewnie byłby związany z górami. No, ale to już po następnej reinkarnacji.

Jeszcze krótkie migawki z dalszej podróży

Dworzec w Chamonix.

Kolejka na Aquile Du Midi.

Mont Blanc z Aquile du Midi.

Chamonix z Aquile Du Midi.

Stacja pośrednia kolejki.

Matterhorn.

Polski akcent na dworcu w Zermatt.

Atrakcja w drodze do Grindelwaldu.

Eiger.

Spacer pod północną ścianę.

„Riders of the storm”

„Bydlaki” i ich dzwoneczki, które nie dawały nam zasnąć na polu namiotowym.


* Zapraszamy do dyskusji na forum: Rodzinne via ferraty.

Tagged with →