Share →

To miał być epizod, rozgrzewka i przystawka do dania głównego, słowem krótki i intensywny wypad na otwarcie alpejskiego sezonu. Zaczęło się niewinnie i spontanicznie. Ot, któregoś pięknego majowego dnia, kiedy na dobre dogrzewało już słoneczko wpadłem na pomysł by pojechać na szybko na Mont Blanc. Mówiąc brutalnie chciałem go w końcu zaliczyć jako, że góra z zasady winna znaleźć się kalendarzu wypraw każdego alpejskiego górołaza. Paradoksalnie jednak w ogóle mnie tam nie ciągnęło. Ot, śnieżna i wedle mojego poczucia estetyki brzydka góra, jakaś taka bez wyrazu, bez charakteru, przereklamowana i zadeptywana przez tłumy…ale jest i w dodatku dzierży palmę pierwszeństwa wśród alpejskich gigantów jeśli chodzi o wysokość. I to chyba był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się tam jechać gdyż w innym przypadku pewnie bym nawet o niej nie pomyślał. Słowo jednak się rzekło, kumpel plan zaakceptował więc sprawy nabrały dalszego biegu. Tym razem jednak się zagalopowałem, rychło okazało się, że mój plan „ni z gruchy, ni z pietruchy” nie jest wart złamanego grosza gdyż przeciągająca się ponad miarę zima , zalegające masy śniegu w Alpach oraz docierające sygnały o niepowodzeniu kilku wypraw stanowiły wystarczający kubeł zimnej wody na moją głowę. Może i dobrze się stało bo nagłe problemy natury logistycznej a zarazem personalnej zaczęły się spiętrzać a awaria samochodu dopełniła reszty. Mój hurraoptymizm zgasł jak płomień świecy a cierpliwość została wystawiona na próbę. Plany trzeba było zrewidować i zaplanować wszystko od początku.  Przede wszystkim po przeczytaniu wielu relacji postanowiliśmy zrezygnować z normalnej drogi wejścia i zdecydowaliśmy się pójść tzw. drogą 3M jako bardziej atrakcyjną i wymagającą. Innym powodem wyboru tej opcji był fakt, że mieliśmy zamiar ze względu na koszty nocować w namiocie a biwakowanie w okolicy schronu Gouter jest zabronione. Z kolei biwak na lodowcu Col du Midi skąd zamierzaliśmy startować na Blanca ma tę zaletę, iż dojście do niego z górnej stacji kolejki na Aiguille du Midi nie nastręcza problemów i trwa ok. pół godziny co przy taszczeniu ze sobą śpiwora i namiotu nie jest bez znaczenia. Sama droga 3M to z kolei wariant wejścia na Blanca który wiedzie poprzez śnieżne stoki Mont Blanc du Tacul oraz Mont Maudit i kończy się rzecz jasna na szczycie Mont Blanc. Siłą rzeczy, droga wymaga sporego wysiłku i kondycji toteż dobrze jest popracować nad swoją formą i odpowiednio się zaaklimatyzować. Tyle teorii a życie jak to zwykle bywa pisze własne scenariusze ale po kolei…
Wyjazd przesunął się o dobry miesiąc w trakcie, którego chcieliśmy skoptować kogoś do naszej dwójki co by taniej wyszło ale niestety z różnych względów nie udało się nikogo zwerbować choć byłem pewien, że ktoś w końcu zdecyduje się z nami jechać. Mimo to zdeterminowani i zmobilizowani nie byliśmy już w stanie zatrzymać tej machiny, która pchała nas ku realizacji planu i wciągnęła nas w swój wir. Sprawy zaszły zbyt daleko by zrezygnować z wyjazdu, wszak mentalnie i w myślach już ‘’tam’’ jesteśmy  :). Czas mamy ograniczony do końca lipca więc zostaje nam praktycznie do dyspozycji ostatnia dekada miesiąca. Jedyne czego się bardzo obawiam to bardzo niestabilna pogoda w Alpach i warunki śniegowe, które do końca pozostają dla nas zagadką. Kamerki internetowe dają tylko ogólny pogląd na to co się dzieje w terenie natomiast prognozy non stop niemal zapowiadają okresowe choć niewielkie opady śniegu. Realnie mamy 4 dni w środku tygodnia przeznaczone na całą akcje i z tego co obserwuje tylko na czwartek zapowiadają okno pogodowe, które zamierzamy wykorzystać. W rezerwie pozostaje piątek i to jest ostatnia szansa by spróbować wejść na szczyt. Wygląda na to, że po raz pierwszy będziemy musieli zaryzykować powodzenie wyprawy jeśli chodzi o pogodę.
Ruszamy w poniedziałek późnym wieczorem przy czym już na starcie cały wyjazd mógł zakończyć się dla mnie całkowitą klapą gdyż siedząc już w aucie coś mnie tknęło i  postanowiłem nieoczekiwanie wrócić do domu sprawdzić czy czegoś nie zapomniałem co w zasadzie nigdy mi się nie zdarza. Ze zgrozą ale i ulgą zobaczyłem w przedpokoju buty, które zapomniałem zabrać…

Wtorek
Po długiej i męczącej podróży dojeżdżamy do Chamonix tuż po południu gdzie udaje nam się znaleźć ustronny parking i w spokoju przebrać. Jest piekielnie ciepło a na niebie praktycznie lazur. Pogoda idealna wręcz na szczytowanie ale w naszym wypadku jeszcze do tego daleko. Nie tracąc czasu idziemy do stacji kolejki Aiguille du Midi gdzie nabywamy bilecik w dwie strony po czym w chwilę później cieszymy wzrok pięknymi widokami z wagonika. Surowy górski krajobraz potęguje wrażenie.

Kolejka wyjeżdża na Aiguille dość szybko toteż, wkrótce znajdujemy się w zupełnie innym świecie tak dalekim od tego na dole. Jest pięknie po prostu. Wychodzimy z kolejki i tuż przed granią wiążemy się lina i kierujemy w dół w stronę lodowca gdzie dochodzimy szybko do miejsca gdzie rozbitych jest kilkanaście namiotów. Rozbijamy i okopujemy swój co czynimy w coraz większym pośpiechu z racji nadciągającej burzy i bliskich grzmotów i błyskawic po czym zmęczeni podróżą ucinamy sobie krótką drzemkę. Przed tym jednak wdajemy się w rozmowę z naszymi rodakami, którzy tuż obok zwijają obóz i wracają do kraju. Wypytujemy o wszystko a zwłaszcza o szczegóły drogi na Blanca, z której właśnie wrócili. Jak nam powiedzieli mimo treningów, biegania maratonów itp. weszli z wielkim trudem i wysiłkiem. Indagujemy też o namioty i ewentualne kontrole ale chłopaki nas uspakajają, żadnych problemów do tej pory nie było więc i teraz być nie powinno. W kontekście panującej kapryśnej pogody radzą też by ruszyć w drogę bez wahania jeśli tylko w  nocy niebo będzie czyste.

Tuż po wyjściu z kolejki

Schodzimy na lodowiec

Mont Blanc du Tacul widoczny w oddali

Są też i namioty rozbite na lodowcu

Schronisko Cosmique

Aiguille du Midi

Pod wieczór postanawiamy zaaklimatyzować się piwkiem w pobliskim schronie Cosmiques. Do tej pory nie odczuwam w ogóle wysokości co jest o tyle dziwne, że zwykle w pierwszy dzień mam lekki ból głowy a tym razem czaszka cała i umysł trzeźwy ;). Niestety jak tylko wypiłem piwo nieoczekiwanie zaczęła mnie dyńka boleć ale na szczęście ibuprom okazał się niezawodny. Mamy jednak niemały dylemat bo jedynie w czwartek ma być w miarę stabilna pogoda więc zostaje tradycyjnie już zresztą tylko jeden dzień na nazwijmy to w cudzysłowiu  aklimatyzację. W związku z tym wypadałoby w środę wejść choćby na Tacula i zejść ale z kolei obawiam się, iż w perspektywie wczesnego, nocnego wyjścia i długiej drogi 3M na Blanca okres czasu na odpoczynek między wejściem aklimatyzacyjnym a głównym atakiem będzie zbyt krótki i nie zdołamy odpowiednio się zregenerować. Nie chcąc ryzykować utraty sił postanawiamy zrobić sobie jutro totalną labę i nigdzie się nie ruszać. W nocy zaczyna sypać intensywnie śnieg.

Widok ze schronu na lodowiec i masyw Grandes Jorasses

Pogoda cały czas kaprysi

Pogoda bardzo niestabilna

Jeszcze pogodnie

Środa
Rano mimo obaw okazuje się, że opad nie był na szczęście duży czyli jak to mówią- z dużej chmury mały deszcz. Wylegujemy się leniwie w namiocie mając przed sobą wspaniały widok na Grandes Jorasses i pobliski masyw alpejski. W sumie cały dzień tylko żremy, topimy śnieg, pijemy na potęgę płyny bezalkoholowe i zawieramy nowe znajomości a raczej z nami zawierają :). Poznajemy bardzo szykowną i kompetentną w sprawach górskich parkę z Nowego Targu a więc niemal po sąsiedzku. Oni też na jutro planują wejście na Blanca a jako, że nasze plany są zbieżne więc umawiamy się w nocy, że się zgadamy co do dalszych poczynań w zależności do panujących warunków pogodowych. Wstępnie planujemy wyjście po godz. 1 w nocy. Pogoda jednak nadal kaprysi przy czym zauważamy pewną prawidłowość, rano i w południe w miarę ładna i słoneczna pogoda a po południu wszystko zaczyna się kisić w chmurach. Z tym większym więc niepokojem czekam co będzie wieczorem. Kładziemy się wcześniej spać a ja nastawiam budzenie w komórce na 22 co by móc niebo zlustrować tudzież porobić jakieś nocne fotki. Na razie, żadne znaki na niebie i ziemi nie zwiastują wyraźnej poprawy pogody dlatego kiedy budzę się o 22 i wychylam łeb z namiotu to czuję się oczarowany i zachwycony tym co widzę.  Rozgwieżdżone niebo jest czyste i czarne jak smoła czyli takie jakie tygryski lubią najbardziej ;) Prognozy zaczynają się sprawdzać co niesamowicie podnosi nasze morale i mobilizuje psychicznie do działania. Jestem spokojny więc bez emocji nastawiam budzenie na 00.50 i walę się do śpiwora.

Czwartek- dzień „D” ;)
Przed pierwszą natrętne dzwonienie wyrywa mnie z objęć Morfeusza. Czym prędzej wychylam się na zewnątrz i lustruje niebo oraz okolice. To co widzę a właściwie to czego nie widzę przyprawia mnie o czarną rozpacz, wokół same chmury a widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów. Nie, to nie może być prawda, nie mogę uwierzyć w to co widzę. Nie widać nawet skrawka czystego nieba i żadnego ruchu wokół namiotów obok. Wszystko pogrążone jak we śnie zimowym. Nie ma sensu nawet iść budzić rodaków więc zrezygnowany kładę się z powrotem spać. Przedtem jednak jakby wiedziony jakimś przeczuciem a być może nadzieją- w końcu u licha miała być jutro piękna pogoda, nastawiam budzenie na 2 w nocy. Tym razem widzę, że coś ożywa na lodowcu i widać jakieś ruchy a  przede wszystkim poprawiła się widoczność przez co moja uwaga skupia się na schronisku, przy którym trwa ożywiony ruch. W kilku namiotach  palą się światełka latarek więc wygląda na to, że będzie jakaś akcja :). Krzątanina jest ale ruchu żadnego więc czekam jeszcze jakiś czas i obserwuje co dalej będzie się działo bo póki co nikt nie kwapi się do wyjścia. Chmury mimo, iż są na wyższym pułapie nadal przewalają się przez lodowiec skutecznie kryjąc przed ciekawskimi oczami górskie otoczenie. Wreszcie ze schroniska wysypują się mrówki i świetlisty wąż spływa powoli w dół na lodowiec. Budzę Pawła i gorączkowo myślę, co tu robić ? co tu robić ? Waham się chwile, różne myśli mi przelatują po głowie ale w końcu dochodzę do wniosku, że przewodnicy muszą zdaje się mieć pewniejsze prognozy i przecież na pałę by nie szli z klientami. Chwilę jeszcze obserwuję jak świetlny wężyk znika powoli w chmurze zasłaniającej Mont Blanc du Tacul po czym stwierdzam, że nie ma na co czekać i zaryzykujemy. Teraz albo nigdy. Na wszelki wypadek ustalamy, iż w razie pogorszenia warunków   wyjdziemy najwyżej na Tacula i zejdziemy z powrotem. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się ryzykować wyjścia w taką pogodę ale czasem w życiu tak trzeba. Wysyłam sms-a do sąsiadów, że wychodzimy za moment by po chwili otrzymać zwrotną informacje, że oni też idą ale  dopiero za jakąś godzinkę . Zbieramy się szybko, przy tym wszystkim nawet nic nie jedząc przed drogą co jak  miało się okazać nie pozostało bez wpływu na dalszy przebieg naszej drogi. Punktualnie o 2.30 ruszamy w drogę, która początkowo prowadzi przez lodowiec. Idziemy spokojnie, specjalnie się nie spiesząc i dozując tempo stosownie do naszych możliwości. Czołówki węża świetlnego zniknęły gdzieś we mgle więc idziemy samotnie po dobrze widocznych śladach. Powoli zaczynamy wspinać się zboczem Tacula co jakiś czas obserwując pojawiające się od czasu do czasu światełka ludzi przed nami. Nie są tak daleko od nas jak się okazuje. Teren stopniowo staje dęba ale trudno rozeznać w nocy i we mgle jak wygląda otoczenie. Przekraczamy jakieś szczeliny, trawersujemy momentami zbocza Tacula ale co najistotniejsze zdobywamy dosyć sprawnie wysokość a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. W pewnym momencie zauważam, że ktoś uparcie się trzyma naszego ogona toteż stajemy na chwile by przepuścić uprzejmie starszego jegomościa ale podobnie jak my i on się zatrzymuje. Ani mu w głowie nas wyprzedzać więc cierpliwie czeka aż ruszymy dalej. Nie lubię co prawda takiej „presji” na tyłach ale cóż było robić ? W miarę jak osiągamy ramię Tacula chmury się przecierają przez co momentami ku naszej uciesze widać światła Chamonix. To rozbudza na nowo nadzieje na dobrą pogodę. Chwilę przystajemy by łyknąć wody ale znowu nic nie jemy tylko z rozpędu ruszamy dalej tym bardziej, że teren staje się połogi i przyjemny. Rozwidnia się już na dobre a chmury niemal definitywnie spływają gdzieś w doliny. Niestety wbrew prognozom zrywa się nieprzyjemny lodowaty wiatr. Przed nami widać tłum z przewodnikami, który pnie się mozolnie, w kierunku osławionej już ściany pod Mont Maudit. Zbocza tej góry napawają niemal grozą. Wydaje się, że wystarczy moment by te ogromne masy śniegu podcięte szczelinami i  wspierane przez ogromne seraki runęły na śmiałków ośmielających się naruszyć tą naturalną scenerię. W tej sytuacji sprzęt lawinowy wydaje się wręcz zbędnym gadżetem, swoistym placebo wobec tej potęgi którą podziwiamy a wobec której jesteśmy tylko nędznym pyłem. Przed nami jakaś szczelina , przy której tworzy się zator gdyż jej obejście wiąże się z wejściem na dość strome i eksponowane zbocze.

Obchodzimy szczelinę

W stronę lodowej ścianki

Czekając spokojnie na swoją kolejkę łapczywie ciągnę wodę z camelbaga ale  miast wody zasysam jakieś resztki i koniec. Niemożliwe bym wszystko wcześniej wypił więc próbuję dalej. Bezskutecznie. Pod wpływem lodowatego wiatru woda w rurce zamarzła ale na szczęście został jeszcze termos. Nie chce nam się jeść, czujemy się dobrze więc człapiemy dalej w kierunku największej trudności tej trasy czyli lodowej ścianki. Tam już na nas czeka kolejna kolejka, tym razem proporcjonalnie dłuższa w stosunku do występujących tam trudności. Na moje oko ściana ma jakieś sześćdziesiąt parę metrów długości i podobny stopień nachylenia przy czym jest podcięta szczeliną więc ewentualny upadek skończyłby się niechybnie w lodowej otchłani. Na szczęście jednak nie jest to „niemal pion „ jak straszyli nas poznani na początku Polacy. Ludzi jak w kolejce na Everest. Dosłownie. Widać walkę na ścianie a reszta obserwuje te zmagania i czeka na swoją kolej. Czekamy i my a w między czasie doszlusowuje do nas znajoma para z Polski. Stoimy tak już chyba z 15 minut po czym decydujemy, że nie ma co tracić czasu i postanawiamy wspiąć się równolegle do całej reszty. Omijamy korek i wchodzimy w ścianę. Idę pierwszy, od razu wczepiając się czekanami w lodową powierzchnie. Byle dojść jakoś do skał pośrodku ściany i tam założyć jakiś punkt asekuracyjny. Tylko to mi zaprząta myśli. Początkowo idzie nam sprawnie i mijamy stopniowo ludzi z przewodnikami ale czuję coraz bardziej zmęczenie w nogach. W pewnym momencie zmuszony jestem odpocząć opierając się kolanami o ścianę. Zdaję sobie sprawę, że to niebezpieczne ale muszę, po prostu musze, choć na moment.  Zupełnie przy tym zapominam, że przecież w szpejarce mam śruby lodowe, z których należałoby zrobić użytek. W końcu jednak zmęczony dopadam zbawczych skałek gdzie chwilę odpoczywam po czym pomagam Pawłowi. Został ostatni skok na przełęcz ale tym razem odcinek od skałek do pokonania jest zdecydowanie krótszy niż poprzedni i mierzy jakieś 30 metrów. Ten ostatni etap pokonujemy we mgle, która nieoczekiwanie ogarnęła cały masyw Mont Maudit. Wreszcie z ulgą stajemy na przełęczy.

Skąd wzieły się te tłumy ?

Ramię Tacula w oddali, chyba ćwierć drogi za nami  :)

Podejście pod ściankę

Wedle niektórych to ”niemal pion” ;)

Za nami Mont Blanc du Tacul

Walka i oblężenie na ścianie  ;D

Czy takie kolejki są też pod Everestem ?

Podejście od strony Tacula pod ścianę

Ostatnie metry ściany już we mgle

I widok na cel główny tego dnia

Przed nami wyłania się wreszcie Mont Blanc, który wydaje się blisko, niemal na wyciągniecie ręki ale wiem, że to złudzenie. Po drodze widać, że będzie się trzeba jeszcze wspiąć na próg skalny tuż przed kopułą Blanca i dopiero potem zmierzać prosto na szczyt. Jak by tego było mało na przekór prognozom lodowaty wiatr staje się nieznośny i dokuczliwy. Zmuszony jestem pod kask ubrać kominiarkę, czapkę i gogle by nie zmarznąć. Wsuwam może pół batona i żel energetyczny, którego działania o dziwo w ogóle nie odczuwam. Ot, wlał- wylał. Trzeba było wcześniej się posilać a nie teraz kiedy ubytek sił i zmęczenie powoduje totalny brak apetytu. Szczęściem oddycha mi się bardzo dobrze i nie czuje zatykania więc po chwilowym postoju ruszamy w kierunku naszego celu. Wpierw idziemy długim i dość przyjemnym trawersem, którym podchodzimy pod skalno śnieżny próg wyprowadzający na kopułę szczytową Mont Blanc. W tym czasie mimo silnego wiatru daje się już  odczuć operujące coraz wyżej słoneczko.

Ruszamy w stronę skalnego progu

Jakby mało było jeszcze górek po drodze  ;)

Zmieniamy się na prowadzeniu, teraz Paweł ciągnie a ja dreptam za nim pod górę. Idzie mi się coraz ciężej i czuje po prostu, że zaczyna mi brakować sił w nogach. Coraz częściej stopuje Pawła i odpoczywam. Kilkanaście kroków pod górę i odpoczynek. Mimo, że oddycha mi się dobrze i w miarę spokojnie to jednak staram się łapać więcej powietrza głębokimi oddechami by dotlenić organizm. To już nawet walka nie tyle z górą co z samym sobą i własną niemocą. Daje się we znaki wysokość i brak aklimatyzacji, długość drogi i niemal brak posiłków też pewnie robi swoje. Podejście na próg wydaje się trwać całą wieczność, mam wrażenie, że Paweł zachował więcej sił,  przynajmniej tak mi się wydaje. Czuje się cholernie słaby ale wiem jednocześnie, że tak niewiele brakuje nam do celu i wiem, że go osiągniemy w końcu. Tak czuje. Nieoczekiwanie w pewnym momencie kumpel się zatrzymuje, odwraca i ni stąd ni zowąd mówi:
-wiesz Aro ale my tak naprawdę na siłę nie musimy tam wchodzić…jeszcze musimy zachować siły na powrót. Wiem, że mówi rozsądnie ale i tak jest to dla mnie zaskoczenie.
Patrzę na niego z niedowierzaniem i myślę – zbiesił się czy co ? ;) W głowie mam już konsekwencje takiej decyzji i widmo jazdy powrotnej samochodem, w trakcie której w głowie będzie się kołatać myśl, że może jednak zbyt pochopnie zrezygnowaliśmy a potem żal i ogromny niedosyt, że przecież tak było blisko, że taki wysiłek na nic… Chwilę się  zatrzymuję i myślę, czas mamy niezły, jest dopiero coś koło 8, wody i jedzenia mamy w opór, pogoda się utrzymuje choć nadal tęgo wieje. Mówię wreszcie:
-choćbyśmy mieli drapać się tam jeszcze dwie godziny to tam wejdziemy.
Paweł już nic nie mówi , odwraca się i rusza powoli dalej.
Przezornie na drogę wzięliśmy ze sobą łopatę lawinową więc uzgadniamy jeszcze, iż w razie gdybyśmy nie mieli sił na zejście to zakopiemy się gdzieś w jamie i przekiblujemy ale to ostateczność. Tak naprawdę każdy z nas ma głowie potencjalne trudności podczas zejścia ścianką pod Mauditem co w kontekście postępującego zmęczenia rodziło w nas nie lada obawy. Z mozołem wychodzimy na skalny występ gdzie robimy dłuższy postój przed ostatnim skokiem na wierzchołek. Nie chce mi się nic jeść więc tylko na siłę wsuwam  jakieś ciastko i popijam płynem. Wreszcie ruszamy, idzie się nam zdecydowanie lepiej choć nadal niezwykle ciężko. Jakaś ekipa schodząca ze szczytu nas dopinguje a my krok po kroku co chwilę odpoczywając zbliżamy się do szczytu. Kilka minut po godzinie 9 osiągamy w końcu  upragniony wierzchołek.

Za naszymi plecami

Mont Maudit

Wreszcie na szczycie Mont Blanc

Rozglądam się dookoła, jest kilka osób, które podeszły drogą klasyczną, poza tym w miarę luźno. Widok ze szczytu  niby rozległy ale absolutnie nie powala mnie na kolana, tak samo jak sam wierzchołek. Widoczne pasma alpejskie są dość oddalone co rzutuje na ogólny obraz. Nie mówię, że jest brzydki ale widziało się ładniejsze. Z jednej strony czuje satysfakcję, że w końcu doszliśmy celu a z drugiej niedosyt, brakuje jakiegoś wyraźnego zwieńczenia sukcesu, mocnego punktu, nie wiem jak to określić ale paradoksalnie przychodzi mi na myśl szczyt Babiej Góry, który też jest jakiś taki płaski i wejście na niego rodzi w głowie pytanie – to już ? tak szybko ? Skala oczywiście jest nieporównywalna ale odczucie podobne. Po prostu potwierdza się, to co słyszałem, że ta góra nie ma klimatu. Jest w tym wiele racji. Wiać nie przestaje ani na chwilę za to słońce grzeje już na dobre. Z ulgą zrzucam plecak i mimo potwornego zmęczenia idę kawałek  w stronę grani, która wiedzie w kierunku schronu Gouter  by zobaczyć jak wygląda podejście z tamtej strony. Chyba jednak ze mną nie jest jeszcze tak tragicznie skoro jeszcze mi się  chciało tam zerknąć. Wracam jednak szybko i stwierdzam, że jeszcze nigdy nie byłem tak wyczerpany, niemal wycieńczony jak dziś. Chwila na robienie wspólnych zdjęć i filmików, chwila dość płytkiej kontemplacji otaczającego świata i pora wracać.

Końcówka grani drogi klasycznej

Widok w stronę Maudita i Tacula

W oddali na dole Chamonix

Aiguille du Midi, to stamtąd nas przywiało ;)

Zbliżenie na Valota i fragment drogi klasycznej

Dobrze widoczny ślad spod ścianki

W oddali grań drogi klasycznej

Przyznam się, że jeszcze nigdy nie brakowało mi sił na powrót a przecież nie po raz pierwszy pokonuje podobny dystans. Tym razem niemal zataczam się jak pijany schodząc w dół, dosłownie słaniam się na nogach i omal  nie przewracam się o nie. Jestem tym trochę zaskoczony. Pełen zobojętnienia schodzę w dół cały czas w tym cholernym i zimnym wietrze, którego działanie osłabia silne operowanie promieni słońca. Dochodzimy ponownie do skalnego progu gdzie postanawiamy odpocząć. Zrzucam plecak na ziemie i kładę się na niego wystawiając twarz w kierunku ciepłych słonecznych promieni. Robi się całkiem przyjemnie i błogo. Sekundę później dosłownie odlatuje…słyszę przez sen jak Paweł do mnie woła- Aro, nie śpij ! Słyszę dokładnie każde słowo, nawet umysł analizuje to co słyszę a mimo to śpię :). W tym śnie na jawie bo chyba tak można to nazwać w końcu uzmysławiam sobie, że przecież nie mogę tu tak leżeć w nieskończoność i mimo tego, że tak mi tu dobrze musimy schodzić dalej. Otrząsam w końcu resztki snu, zbieram się w sobie i ruszamy dalej. Mam uzasadnione obawy czy aby w takim stanie będziemy zdolni do bezpiecznego pokonania w drodze powrotnej tej przeklętej ściany pod Mauditem. Paweł chyba ma podobne obawy i nawet nie muszę go o to pytać, jestem przekonany, że przeżywa podobne rozterki. Ostatecznie nie ma się co spinać i w razie czego przekiblujemy na przełęczy ale ani ja ani kumpel głośno o tym nie mówimy. Kolejny odpoczynek robimy na siodełku, tuż przed trawersem biegnącym prosto na ścianę. Wsuwam w końcu jakieś orzeszki i czuję dopiero po tym przypływ energii.  Nie jest to co prawda jakiś atom ale różnica jest diametralna. Posuwamy się co prawda wolno ale rzadziej przystajemy na odpoczynek a kolejne pokonywane metry terenu zostają za nami. Klnę w myślach  siebie za taką lekkomyślność i zaniedbanie co do posiłków ale nauka się przyda jak i lekcja pokory.

Blanc już za nami

Zmęczenie daje się we znaki

Dochodzimy do ścianki przy której akurat mamy okazje zaobserwować jak radzi sobie z zejściem dwójka ludzi, którzy nie wiadomo skąd nagle się tam wzięli. Uważnie obserwuję ich poczynania, ich atutem jest długa lina z czego oczywiście korzystają i zjeżdżają jak najniżej się da. Przy okazji odkrywamy punkt asekuracyjny na samej górze ścianki, którego rano nie widzieliśmy z racji obejścia, którego dokonaliśmy. Zaaferowani trudnościami zapominamy o całym zmęczeniu i koncentrujemy cała uwagę na bezpiecznym zejściu. Schodzę pierwszy jak daleko się da, do samych skał gdzieś po środku gdzie zakładam punkt i ściągam kumpla. Na razie jest dobrze ale przed nami najtrudniejszy odcinek gdzie niestety naszej liny brakuje. Paweł asekuruje mnie z góry a ja powoli znów schodzę po drodze wkręcając śruby i zakładając punkty gdzie było to możliwe. Niestety w dolnej partii ściany śruba za cholerę nie chce trzymać, powierzchnia jakoś rozmięka i próbuje bezradnie raz za razem  ją wkręcić ale nic z tego nie wychodzi. W końcu ostatecznie wykorzystuję jeden z czekanów jako punkt i schodzę jak najniżej i czekam na Pawła. Ten zalicza mały poślizg ale ostatecznie schodzi bez większych problemów. Ostatnie metry żywcujemy po czym z ulgą u podnóża ściany wraz z jakimiś Francuzami odpoczywamy. Wyraźnie schodzi z nas napięcie, znikają obawy i wraca dobre samopoczucie. Główna trudność pokonana i reszta drogi wydaje się już tylko czystą formalnością. Jesteśmy pewni, że na wieczór będziemy w namiocie. Robi się wręcz sielsko bo silny wiatr nagle ustaje a przynajmniej nie odczuwamy tutaj jego działania a do tego przyświeca mocno słońce więc pełni animuszu kontynuujemy marsz nie spiesząc się zbytnio i sporo czasu poświęcając na sesje zdjęciowe.

Para przed na ścianie pod Mont Maudit

I jak to tam wygląda ?

Z daleka z niemałym podziwem obserwuję kilku ludzi rozbijających namiot tuż za Mont Blanc du Tacul. Że też im się chciało taskać do góry ten cały majdan ? Z jednej strony fajna baza do wypadów a z drugiej ?? Na wypadek załamania pogody mogą znaleźć się w pułapce bez wyjścia. Cóż, nie mój interes i nie moja bajka. Dochodzimy powoli do ramienia Tacula i zaczynamy zejście. Dopiero teraz w świetle dnia widać przez co przechodziliśmy nocą. Mijamy jakieś szczeliny, kilka groźnych seraków a także przechodzimy przez całkiem świeże lawiniska. Robi się jakoś nieciekawie i nieswojo. Stok jest nagrzany od słońca i wydaje się, że za chwilę to wszystko poleci w dół. Zwiększamy odstępy i czujność i pełni napięcia schodzimy coraz niżej. W pewnym momencie rusza całkiem niedaleko nas niewielkich rozmiarów lawinka, którą udaje się uwiecznić na filmiku. Ostrożnie i najszybciej jak tylko to możliwe pokonujemy najbardziej newralgiczne  i niebezpieczne odcinki zbocza aż w końcu z ulgą osiągamy podstawy lodowca Col du Midi. Jest nadal pięknie, świeci słoneczko a my wielce ukontentowani dzisiejszym dniem dopadamy namiotu i walimy się w koje na zasłużony odpoczynek ;).

Seraki na zboczach Mont Blanc du Tacul

Tagged with →