Share →

Wyjazd na Kahn Tengri to właściwie pół roku przygotowań każdego  z naszej czwórki – mój, Marcina, Janka i Janusza. Na głębszą jego genezę trudno by się tutaj silić. Większość zostało już wszak napisane czy opowiedziane podczas przygotowań, a co drobniejsze szczegóły pozostaną w naszych głowach i nie warto ich przytaczać.

Faktem natomiast  jest, że w wyprawę „We Khan do it” każdy z nas zaangażował się całym sercem i już na kilka miesięcy przed dawał z siebie ile mógł. W założeniu wszystko można było załatwić  łatwiej czy szybciej,  kupić pakiet i po sprawie. Problemem jest, że na takie rozwiązanie nie mieliśmy ani pieniędzy ani chęci. Jak często powtarzam „droga jest celem”, więc nie warto bawić się w szukanie ścieżek na skróty, ale z łatwizny poczynić sobie swego rodzaju wyzwanie.
Właśnie takim tokiem działania poszliśmy postanawiając wyjazd nasz uczynić jak najtańszym i już po raz drugi obyć się bez zakupu pakietów agencyjnych. Z tego powodu przygotowania kosztowały dużo czasu i wytrwałości, jednak z upływem dni i miesięcy koła zębate zaczynały na siebie nachodzić, a tryby pracować tworząc lepiej lub gorzej działającą całość.


Nasze przygotowanie również mogły okazać się płonne  również bez pomocy z zewnątrz. Poprzez poczynione staranie udało nam się pozyskać sponsora. Dzięki firmie Reall, która pełniła tą funkcję wyprawa osiągnęła płynność finansową, a za udzielone wsparcie mogliśmy uzupełnić nasze zapasy  sprzętowe w brakujące a potrzebne elementy.  Kilka dni przed wyjazdem zrealizowaliśmy również nasz projekt na polak potrafi.pl tym samym zapewniając sobie jeszcze trochę grosza. Nie bez znaczenia dla powodzenia wyprawy pozostała również pomoc osób dobrej woli nie wyrażona w pieniądzu – pożyczanie sprzętu, udzielanie porad, konsultacje i wsparcie duchowe szerokiego grona sympatyków.
Widząc tak przychylne nastawienie do naszej, skądinąd szalonej, inicjatywy sami również staraliśmy się dać z siebie po sto dziesięć procent. Przed wyjazdem w góry każdy mocno trenował i wylewał pot na poczet wspólnej idei.
Od połowy czerwca nikt już nie myślał o niczym innym. Cytując Becka „wszystkie sprawy i zagadnienie zeszły na plan dalszy”, a idealnie piramidalny kształt Kahn Tengri popsuł normalne postrzeganie rzeczywistości czwórce zwykłych ludzi. Mieszane uczucia to chyba najlepsze co można powiedzieć o myślach, jakie kołatały się po głowie każdego z członków wyprawy. Z jednej strony radość i podekscytowanie, z drugiej obawa o zdrowie, życie i powodzenie wyjazdu.
Przed wyruszeniem nieraz przeklinałem bezlitosny czynnik obiektywny, jaki ciążył na południowej drodze na Kahn Tengri, którą obraliśmy – kuluar Siemionowa i nieprzewidywalne lawiny, w obliczu których człowiek staje się bezradny i słaby.  Godzinami myślałem, jak wyeliminować albo ograniczyć zagrożenie jakie wiąże się z tym miejscem. Mówiąc krótko, pochłonęło mnie to do reszty, a jedyne co osiągnąłem to świadomość, że co by nie robić to gra w ruletkę o mniejszej lub większej ilości nabojów w komorach.
Ostatnie tygodnie przed wyjazdem upłynęły na domykaniu spraw odstawionych i zakupach. Dodatkowy bagaż do samolotu, rozszerzenie ubezpieczenia, załatwianie ostatnich kwestii, które już dawno powinny być załatwione.
Lipiec i ostatnie dni przed wyprawą nie były dla mnie najszczęśliwszym okresem, a wszystko kręciło się wokół kontuzji, której wtedy się nabawiłem. Z pozoru niegroźne opuchnięcie kolana po treningu, na USG okazało się pęknięciem łąkotki, wymagającym leczenia operacyjnego. Pchanie się z takim urazem w góry wysokie, z dala od cywilizacji pozostawało kwestią otwartą, a na pewno nie oczywistą i rozsądną. Zastanawiałem się nad tą kwestią, choć niezbyt długo, powiadomiłem chłopaków o fakcie i rozwiałem obawy stwierdzeniem, że jednak jadę. Miesięcy przygotowań, włożonego trudu i pieniędzy nie można odpuścić po prostu od tak.
Choć wiedziałem, że moje szanse wejścia na szczyt zmniejszyły się diametralnie już przed startem, to jednak byłem świadomy, że moja obecność na wyprawie okaże się dodatkowym atutem, a przy odrobinie szczęście nawet nie będzie przeszkadzać ;). Jakby nie było zawsze, no może nie przesadzajmy – do pewnego momentu, będę mógł zrezygnować czy wycofać się.
Przez cały lipiec zarzuciłem więc treningi, zastępując je okładami z lodu, maściami i wylegiwaniem. Do połowy miesiąca opuchlizna zeszła, choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko przejściowa poprawa.
Poza moim dolegliwościami chłopaki również nie mieli lekko. Janusz na tydzień przed startem wyprawy złapał zapalenie oskrzeli i do Kirgistanu został wyposażony w antybiotyk i naręcze leków. Janek natomiast przy pomocy badań zdał sobie sprawę, że jest bezglutenowcem i rozważał zmianę całego wyprawowego jadłospisu. Tylko Marcin nie zgłaszał poważniejszych dolegliwości.

Z mojej perspektywy wyjazd zaczął rozkręcać się 18 lipca, kiedy wyjechałem busem do Lublina. Już dużo wcześniej umówiliśmy się z Jankiem, że to jego mieszkanie stanie się punktem zbornym przed wyprawą i tam przepakujemy się, sprawdzimy ekwipunek i zaczniemy wyprawę. Gdy dojechałem do Lublina Janusz i Janek już na mnie czekali. Marcin jako miejscowy musiał przejść kilkaset metrów piechotą, aby znaleźć się w naszym centrum zarządzania wyprawą.
Trzeba przyznać, że przepakowywanie miało rozmach. Mieszkanie zostało prawie w całości zarzucone gratami wszelakiej maści i kilkuset kilogramami rzeczy dziwnego pochodzenia i przeznaczenia. Co zaś tyczy się samego tempa pracy – było ono leniwe i bezproduktywne, bardziej przypominając studencką schadzkę na piwo niż realne przygotowania na dzień przed wyprawą w serce Azji. Impreza z popołudnia przeniosła się na wieczór, a dopiero po północy osiągnęliśmy około dziewięćdziesięciu procent gotowości. Nieprzygotwani, niespakowani ale za to zadowoleni i zmotywowani po północy położyliśmy się spać.

Teraz czas przenieść się w ten radosny moment, a narrację przerzucić na barki pierwszej osoby.

19 lipca
Budząc się przed 8:00 po raz pierwszy uświadamiam sobie, że coś zwane „tym dniem” właśnie się zaczęło. Choć za kilka godzin wyjeżdżamy, do ogarnięcia zostało jeszcze kilka ważnych spraw. Po śniadaniu wraz z Jankiem zmierzam do lekarza. To mieszkający niedaleko ortopeda umówiony po znajomości, który ma spojrzeć na moje felerne kolano. Konsultacja na kilka godzin przed wyjazdem wypada stosunkowo pomyślnie – więzadła całe, a łąkotka podczas wyjazdu nie powinna bardziej się zużyć.
– Najwyżej spuchnie i będzie boleć – pada werdykt.
I choć dla innych, w sytuacji wyjazdu „na koniec świata” mógłby wydawać się wyrokiem, mnie uspokaja i wskazuje poważnie zaopatrzyć się w środki przeciwbólowe.
Na mieszkanie wracamy przed południem by wpaść w wir pakowania, sprawdzania i porządkowania. Ostatnie czynności wykonujemy niespiesznie, bardziej skupieni na pamięciowym zbieraniu bagażu w swoich myślach. Jeśli nawet nie uniknąć, to przynajmniej do minimum należy ograniczyć liczbę rzeczy, których mogliśmy zapomnieć.
Niecałą godzinę później, wraz z Januszem i Jankiem zmierzamy już w kierunku PKSu, gdzie wkrótce podjedzie nasz transport. We trójkę zjawiamy się długo przed czasem, a Marcin przychodzi kilkanaście minut przed 14:00. Ostatnie wolne chwile wykorzystuję na zakup zapasowej baterii do smartfona w przypływie świadomości, że może się jednak przydać.

Bezpośrednio przed odjazdem Polskiego Busa odprawia nas kilka osób – są rodzice Janka i Marcin który ma być podczas wyprawy naszym pośrednikiem w łączności z Polską. Ostatnie pożegnania, trudne rozłąki i po chwili oglądamy Lublin zza szyby, dziękując przewoźnikowi za klimatyzację, tak przyjemną w tym gorącym dniu.
Do Warszawy dojeżdżamy o 17:00 ze świadomością, nadmiaru czasu i baraku perspektyw na jego wykorzystanie. Niewiele myśląc, na początku musimy przejechać przez miasto. Poruszanie się z kilkudziesięcioma kilogramami bagażu stanowi nieliche wyzwanie toteż jesteśmy wdzięczni za stacje metra, znajdującą się kilkaset metrów dalej. Tym środkiem transportu przejeżdżamy dokładnie na ostatnią stację i rozkładamy się na pierwszej lepszej ławce położonej nieopodal. Czas jaki pozostał do północy poświęcamy na ostatnie zakupy, jedzenie i kręcenie się w kółko wokół kupy bagażu.
Trzeba wykonać ostatnie telefony jeszcze na polskiej ziemi – tak na wszelki wypadek, gdyż w podróży nic nie wiadomo…

Gdy nastaje zmrok, wraz z całym dobytkiem instalujemy się w poczekalni dworca. Kwadrans przed północą przyjeżdża nasz środek transportu. Na szczęście miejsca na bagaż nie brakuje i bez problemów całość sprzętu pakujemy do luku. Około godziny zero wyjeżdżamy z nocnej stolicy na zachód.

20 lipca
Noc w autokarze mija nadspodziewanie szybko i przyjemnie. Miejsca nie brakuje, ludzi relatywnie mało i korzystając z okazji możemy złapać kilka godzin przerywanego snu. Budzimy się właściwie dopiero u celu, a zaspane oczy wyłapujące napis „Berlin Schönelfeld” tylko nas w tym utwierdzają.

Niewiele po 7:00 rano opuszczamy Polskiego Busa i niezdarnie z plątaniną toreb i plecków kierujemy się na terminale. Nie ma pośpiechu, samolot wylatuje dopiero o 14:00, więc co najmniej do południa mamy wolną rękę. Czas ten spędzamy bardzo leniwie, rozkładając się na ławkach i odsypiając ostatnią noc w  autobusie. Komuś udaje się zjeść, innym podładować telefon i jakoś godziny mijają. Przed odprawą nasze leniwe ruchy trochę się zagęszczają – foliujemy bagaże i ważymy cały dobytek dokonując niezbędnego przepakowania. Okazuje się, że z wykupionym nadbagażem dysponujemy w sumie 132 kg ładunku. W limit wagowy udaje się wcisnąć również buty, co cieszy nas niezmiernie w kwestii wygody podczas lotu.

Odprawa przebiega sprawnie, szybko oddajemy bagaż i czekamy na wejście na pokład. Samolot spóźnia się trochę, choć dla nas nie ma to znaczenia, a nawet oznacza krótsze oczekiwania na przesiadkę. Do Istambułu dolatujemy wieczorem i czekamy na kolejny lot. Przed wejściem na pokład spotykamy trójkę Czechów, wybierających się na Khana od północy. Jeden z nich opowiada o swoim zeszłorocznym trekkingu lodowcem i nie nastawia nas optymistycznie. Kolejny temat przechodzi na lawiny i niebawem trzeba powiedzieć sobie „Cześć” i życzyć wzajemnie powodzenia, aby całkowicie się nie demotywować.
Na rozmyślania na szczęście nie ma czasu, gdyż niebawem wchodzimy na pokład. Liczymy na jakiekolwiek jedzenie lub wodę, ale tanie linie Pegasus nie dostarczają nam takich luksusów. Bez przyjemności siedzimy kilkanaście godzin o suchym gardle, odwracając uwagę słabym i niewygodnym snem. Sam próbują jeszcze przy świetle lampki przeczytać kawałek książki – prawie 400 stron „Wojny Iwana” zmieszczonych na 38  stronach A4 drukiem „maczkowym”.

21 lipca
Przed północą odpływam, a do stanu świadomości przywraca mnie po kilku godzinach stewardesa i nierówna płyta lotniska w Biszkeku. Zupełnie jak rok temu – przychodzi mi na myśl. Kirgistan wita.
Przylatujemy kilka minut przed 5:00 czasu lokalnego, co jest efektem blisko godzinnego opóźnienia. Dla nas to nawet lepiej – mniej czekana na marszrutkę. Na wydanie bagaży czekamy prawie pół godziny, ale na szczęście wszystkie są. Ładujemy je na rozklekotany wózek i za takim taranem przebijamy się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy.

Na lotnisku ponownie się przepakowujemy, wymieniamy parę groszy i kupujemy pierwszą od kilkunastu godzin wodę, którą pochłaniamy w kilka chwil. Janek zostaje mianowanym „Cash-keeperem” a Janusz ma mu pomagać w rozliczeniach. Na pierwsze koszty robimy szybką zrzutkę po 50 dolarów. Wszystko wydaje się iść sprawnie, gdy w pewnym momencie Janek uświadamia sobie, że nie ma swoich butów. Chwila konsternacji, po czym wraz z Januszem idzie do administracji lotniska. Proceder walki z biurokracją zajmuje chłopakom prawie godzinę, choć kończy się sukcesem. Janek wraca z butami, które jak się okazuje zostawił przy odbieraniu bagażu.
Spokojniejsi udajemy się na przystanek marsz rutek i po chwili oczekiwania jedziemy do centrum stolicy. Po drodze dogaduję się z kierowcą, że za 300som podwiezie nas bezpośrednio na dworzec zachodni. Cena jak za cztery osoby śmieszna, a żeby busik zamienić w taksówkę wystarczy schować tabliczkę. Elastyczność Kirgizów jest niepojęta w naszym rozumieniu, ale skoro można to czemu nie skorzystać.
Na dworcu zachodnim dokonujemy szybkiego podziału zadań. Janek wraz z Marcinem zostają bagażami i wypytują o transport do Karakol, ja wraz z Januszem wychodzimy na miasto. Wraz z mapą i zeszłorocznymi wspomnieniami przechodzimy znajome już miejsca. Poranne miasto powoli zapełnia się ludźmi, a słońce stopniowo daje się we znaki. Ponad godzinę zajmuje nam dotarcie do sklepu Red Fox, gdzie kupujemy gaz. 14 kartuszy za 140 dolców – ceny poszły w górę.  Z racji później pory wracamy już marszrutką. Szczególnie szybko pokonujemy okolice Osz Bazaru, mając w pamięci dawne urazy i ściskając pochowane, świeżo wymienione somy.
Gdy wracamy do chłopaków, okazuje się że pomimo naszej wcześniejszej umowy nie mogli się powstrzymać i zamówili jakieś lokalne jedzenie. Nic dziwnego, że nietrudno się powstrzymać, a cena zachęca. Pozostaje poczekać na reakcje żołądków.

Kilka minut po południu wyjeżdżamy marszrutką w kierunku Karakolu, spławiając po drodze tabuny rozjuszonych taksówkarzy. Transport kosztuje niewiele – 350 som, a w busiku spędzamy następne siedem godzin, gapiąc się za szybę i oglądając tandetne programy telewizji  miejscowej serwowane na przymus.
Do Karakolu docieramy na 19:00, wysiadając na dworcu autobusowym. Otoczenie nie pretenduje do miana kilkudziesięciu tysięcznego miasta, a wkrótce okazuje się, że centrum jest kilka kilometrów dalej. Opinie co do położenia centrum są jednak sprzeczne. Taksówkarze mówią jedno, sklepikarze drugie. Co gorsze – nikt nie wie, gdzie znajdziemy pole namiotowe opisywane w sieci. W międzyczasie pojawia się kolejny kłopot z odbiorem naszych pozwoleń przygranicznych od znajomej Kirgizki. Okazuje się, że w tym momencie są one w Biszkeku i mają przyjechać dopiero jutro rano. Dziewczyna twierdzi również, że w okolicy miasta Enlichek (tam się wybieramy) panuje epidemia dżumy i będziemy musieli się zaszczepić.
Nie wiedząc zbytnio co robić, po pierwsze spławiamy taksówkarzy. Korzystając z GPS kierujemy się bez żadnego  celu w kierunku większego zgrupowania ulic. Dźwiganie całych 130kg bagażu daje się nam ostro we znaki, męczy i zajmuje dużo czasu. Gdy dochodzimy do jednej z głównych ulic trzy kilometry dalej zapada zmrok, a my zostajemy bez perspektyw, z „rękami w nocnikach”.

Pierwszy rekonesans robi Marcin, ale znajduje tylko jakiś guesthouse, który zostawiamy sobie jako furtkę rezerwową. Kolejne rozpoznanie robię wraz z Jankiem. Tym razem trafiamy w dobre miejsce – Turkestan Yurtcamp. Chociaż wszystkie jurty są zajęte, to jednak gospodarz z racji później pory lokuje nas w pokojach po 300 som od głowy.
Nasza sytuacja się powoli gruntuje. Około północy mamy dach nad głową, wi-fi, prysznic i co najważniejsze – perspektywy. Pogłoski o rzeczonej dżumie zostają szybko obalone, a ponad to pojawiają się nadzieje na szybki transport. Zdecydowanie promieniujemy od dobrych informacji. W nagrodę po północy urządzamy sobie spóźnioną kolację i osuszamy połówkę lokalnej wódki. Zdrowotnie, na żołądek oczywiście. Po przyjęciu tak wysublimowanego medykamentu jeszcze weselsi idziemy spać.

22 lipca
Poranki w Karakolu są piękne, a przynajmniej podczas naszego wyjazdu tylko takie się zdarzają. Lokalny klimat jest natomiast odmienny od reszty kraju i to w pozytywnym znaczeniu. Noce i poranki są chłodne i rześkie, odpowiednie dla dobrego snu. Nie sposób porównać ich z okolicami Oszu, gdzie w nocy temperatura nie spada poniżej 25 stopni, a śpi się właściwie z rozsądku. Podobnie ma się sprawa z temperaturą w ciągu dnia. Chociaż słońce pali, to jednak po kilku chwilach w cieniu szybko się ochładzamy i wypoczywamy. Co więcej, klimat staje się bardziej kontynentalny i jest zdecydowanie bardziej pogodny niż „morska” aura nad Issyk Kulem, którą można zaobserwować kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Taki też piękny poranek wita nas drugiego dnia w Kirgistanie. Wstaję wcześnie, chcąc jak najwięcej uchwycić z klimatu nowego miejsca. Wraz z Januszem idziemy na zakupy, aby zrobić prowizoryczne zaopatrzenie i popatrzeć trochę na kirgiskie życie o poranku. Przede wszystkim szukamy chleba, choć okazuje się że nie wszędzie można go dostać. Nie ma go na przykład w sklepie nieopodal, gdzie na słowo „chlieb” niespełna piętnastoletnia ekspedientka przecząco kręci głową. Decydujemy się  jednak na dalsze poszukiwania, które przynoszą efekty. Z zakupów wracamy obładowani frykasami uważając aby przez nieuwagę nie zintegrować się z nawierzchnią drogi wpadając w otwartą studzienkę ściekową, czy przewracając o kamień sterczący z klepiska, któremu nie przysługuje zaszczytne miano chodnika.
Około 9:00 robimy śniadanie i delektujemy się internacjonalnym klimatem Yurtcampu. Niedługo potem bez zapowiedzi pojawia się opcja transportu za 8000 som. Cena wydaje się do przeżycia, więc umawiamy się na 12:30. Czas jaki nam pozostaje wykorzystujemy na niedbale i szybko wykonywane czynności – kolejne przepakowania, obszerniejsze zakupy i wysyłanie kartek pocztowych do znajomych i rodziny. Janek i Marcin przemierzają jeszcze miasto w poszukiwaniu zaspanego kierowcy i naszego pozwolenia przygranicznego, co zajmuje im ponad godzinę.

W południe pojawia się transport i zaczyna się rytuał upychania bagażu. Na szczęście maszyna jest duża i wszystko mieści się bez problemów. O zaplanowanym czasie ruszamy. Kierowcą jest Andriej, którego pradziadek sprowadził się tu z Krymu jeszcze w spokojnych carskich czasach. Turystów wozi wraz ze swoim synem, który siedzi razem z nami w samochodzie. Z rozmowy daje się poznać jako przyjazny człowiek i szybko nawiązujemy kontakt. Droga upływa bardzo szybko i jeszcze szybciej pogarsza się stan nawierzchni. Początkowo przemierzamy zielone doliny, przekraczamy rwące potoki i omijamy dziury na drogach pokroju żółtego sera. Okolica jest wprost piękna i zdecydowanie odmienna od południowej części kraju. W okolicach Osz turysta mija spalone słońcem pola i żółto-szare przestrzenie ciągnące się po horyzont. No może to generalizowanie, ale tak je zapamiętałem. Tymczasem otoczenie Karakolu po prostu kłuje w oczy zielenią i świeżością. Soczysty kolor pól, liści i drzew oraz stosunkowo dużo płynącej wody. Od razu przypomina mi się „rajska kraina” Jacka Hugo-Badera. „Zielska” skądinąd brak…

Początkowo jedziemy wzdłuż osiedli ludzkich, bo niebawem skręcić w górską dolinę i wzdłuż potoku systematycznie zdobywać wysokość. Okolica staje się wyludniona, a zieleń przechodzi wkrótce w brąz skał i kamieni. Osiągamy przełęcz, z której widoczna jest dalsza część drogi. Kierowca wspomina, że zimą przywozie się tu turystów na narty, a okolica mimo iż zimna nie należy do zaśnieżonych. Droga natomiast, pomimo słabego stanu i szutrowej nawierzchni jest podobno cały rok przejezdna i odśnieżana zimową porą.
Z przełęczy zjeżdżamy do górskiego wąwozu, który wiedzie kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą wzdłuż rzeki i pionowych ścian skalnych. Co jakiś czas mijamy odłamy skalne, które zadomowiły się na drodze po pokonaniu kilkudziesięciu metrów lotem „koszącym”.
Przed 16:00 odległy widnokrąg zapowiada koniec doliny. Zatrzymujemy się na zakręcie drogi, przed zjazdem ze wzgórza. Przed nami rozpościera się przepiękny widok na dolinę i wyludnione miasto – Enlichek. Jak powiada Andriej – za czasów związku radzieckiego były tu kopalnie i kwitł przemysł. Teraz Kirgiski rząd nie widzi sensu inwestowania w to miejsce. Zamieszkuje tu niewiele ponad dwadzieścia rodzin, choć żądnego tubylca nie widzimy po drodze.

Po zjeździe ze wzgórza docieramy do mostu, gdzie przebiega symboliczna granica. Drogę zastawia nam anachroniczny szlaban, a z kontenera obok wychodzi młody żołnierz. W tym punkcie poświęcamy kilka chwil na formalności „mundurowe”, po czym ruszamy dalej. Przejazd przez „miasto duchów” trwa tylko kilka chwil, choć i tak łapiemy jego aurę a Janek i Janusz odgrażają się, że po akcji górskiej chcieliby pochodzić po opustoszałych blokach i silosach.

Ostatni odcinek wiedzie polodowcową, szeroką doliną. Daleki horyzont, teren płaski jak naleśnik, a wkoło pustki. Dawną bazę wojskową widzimy w oddali, a docieramy do niej po kilkunastu minutach. Z naszym kierowcą żegnamy się o 17:00 i na odchodne dostajemy parę ciekawych wskazówek. Z baraków obok  mają podobno przyjść żołnierze do kolejnej kontroli, choć to podobno w ich interesie.  Mayda Adir jest teraz wyjątkowo tłoczna. W bazie koczuje już kilka ekip, które czekają od kilku dni na popsuty śmigłowiec.
Gdy kierujemy się do obiektu z naprzeciwka wychodzi naczelnik bazy. Widać, że to twardy górski człowiek. Gdy dowiaduje się, że nie podróżujemy z agencjami tylko na własną rękę wrogo mierzy nas wzrokiem i wskazuje miejsca na namioty.
Niezbyt ciepłe przyjęcie nie zniechęca nas, gdyż mamy ważniejsze sprawy na głowie. Rozbijamy obozowisko i zabieramy się do podziału bagażu. Po ogarnięciu najważniejszych spraw nagle odczuwam, że moje kolano ma się nie najlepiej, a co więcej – solidnie spuchło. Z racji, że czeka nas pięć dni marszu z ciężkimi plecakami, ten fakt nie napawa mnie optymizmem. Zaczyna się dyskusja z chłopakami, co robić. Janek i Janusz nakłaniają mnie abym raczej poczekał w bazie na śmigłowiec i poleciał do Base Campu. Ja zaś z uporem zostaję przy swoim, że jakoś dojdę i mimo wszystko tak będzie lepiej dla nas wszystkim. Chłopaki niełatwo się przekonują i w końcu zostaje na tym, że odciążą mnie trochę z bagażem i jakoś będę człapał.

Aż do zapadnięcia zmroku dzielimy bagaż. W bazie chcemy zostawić pierwszy depozyt i oddać część bagażu do śmigłowca. Czynności te idą nam bardzo wolno i w końcu w plecakach zostawiamy ok. dwudziestu kilogramów wraz z jedzeniem na siedem dni (w razie czego) a resztę pakujemy do wspólnej torby.
Wieczór spędzamy w budynkach bazowych, pijąc zdrowotne co nieco z dwójką poznanych przed kilkoma godzinami Polaków. Oni jak cała reszta międzynarodowego towarzystwa czekają na śmigłowiec, a oczywiście atakują od północy. Dobijające to trochę, że jeszcze nie spotykamy nikogo, kto wybierałby się drogą pierwszych zdobywców od południa, jak my.

23 lipca
Budzik dzwoni o 7:00 rano. Niezbyt sprawnie, ale i bez ociągania próbujemy wkomponować się w nową rzeczywistość, która będzie towarzyszyć nam przez kolejne kilkanaście dni. Rzeczywistość gór, skał i wielkich, odludnych przestrzeni. Jak zwykle wszystko robimy na ostatnią chwilę i dziś uwijamy się jak w ukropie. Niedokończone przepakowania i kontrola ekwipunku, decyzje co zabrać a co zostawić szczegółowe aż do absurdu i zwykłe kosmetyczne czynności, które zajmują najwięcej czasu. Ostatecznie zostawiamy ok. 10 kg depozytu w bazie, oddajemy na śmigłowiec 46 kg sprzętu (po 2 euro za kg), a resztę bierzemy. Naczelnik, który przywitał nas wczoraj niezbyt przychylnie okazuje się twardym, ale przyjaznym i uczynnym człowiekiem. Z niczym nie robi problemów i zapewnia, że postara się wysłać nasz ładunek jak najwcześniej, jednak może to być 24 lipca, czy 29, a gwarancji też nie może udzielić bo wszystko zależy od zapełnienia śmigłowca i jego stanu.
Naczelnik próbuje również zniechęcić nas do marszu doliną. Ku mającej budzić strach przestrodze podaje przykład Polaka, który ostatnio całą trasę pokonał w 10 dni!

W Mayda Adir korzystamy z telefonu satelitarnego (2,5 euro/minuta) i nadajemy szyfrogram do Marcina, aby opisał naszą bieżącą sytuację. Przy pakowaniu Janek i Janusz zgodnie z obietnicą odciążają mnie zabierając namiot, szpej i część jedzenia. W tym momencie mój plecak wazy kilkanaście kilogramów, choć z tego powodu nie jestem szczęśliwy. Lewe kolano ciągle jest spuchnięte i co jakiś czas łypię na niego kontrolnie, sprawdzając jak wypełnia opaskę uciskową.

Około 11:00 ostatecznie wychodzimy z bazy, zaczynając trekking na wschód. Pogoda póki co jest piękna. Słońce pali niemiłosiernie, a wiatru niestety próżno szukać. Przed nami rozpościera się szeroka dolina polodowcowa i ciągnie droga szutrowa. Na końcu doliny majaczą już ośnieżone szczyty, choć nie mogą dać nam żadnego pojęcia o odległości. Pozostaje iść przed siebie i być dobrej myśli. Tak też robimy, gnąc się pod ciężarem bagażu, robiąc regularne postoje i konsumując skromne posiłki. Dziś po raz pierwszy przestawiamy się na naszą „postną” dietę ok. 2400kcal. W ekspedycyjnych butach górskich nogi szybko się pocą i po wyciągnięciu z nich stóp, wyglądają one jak po kąpieli. Moje nawet gorzej niż reszty towarzystwa. Już od pierwszych kilometrów czuję, że buty bardzo mnie obcierają, a za kilka godzin mam na piętach solidne pęcherze. Kleję plastry, owijam bandażami i idę dalej, jednak marsz z przyjemnego przeradza się w walkę z samym sobą już na początku przygody. Po 15:00 pogoda zaczyna się psuć. Niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i niewiadomo skąd pojawia się wiatr. Nie upływa pół godziny i  na głowy zaczynają kapać krople deszczu. Do obozu już jednak niedaleko. Właściwie w oddali majaczą namioty i drewniane zabudowania.

O godzinie 17:00 dochodzimy do rzeczonych budynków. Okolica wydaje się opustoszała i w tej aurze lekko przygnębia. Cena 300 som za rozbicie namiotu zniechęca jeszcze bardziej. Osobiście jestem za przejściem dziś  jeszcze kilku kilometrów w kierunku rzeki i namawiam do tego chłopaków.

Opinie są podzielone, a w czasie namysłu na miejscu chcemy załatwić dwie sprawy. Po pierwsze znaleźć wodę, gdyż słońce w pierwszej fazie marszu wpłynęło na pragnienie i z zapasów niewiele zostało. Po drugie wypytujemy o pewnego człowieka – Rosjanina Walerego, który jest lokalnym przewodnikiem i przebywa tu razem z grupą niemieckich trekkerów. Poszukiwania nie trwają długo, bo Walery wkrótce sam nawija nam się przed nos. Okazuje się, że Rosjanin w dolinie Enlichka spędził służbę wojskową w czasach związku radzieckiego i tak mus się tutaj spodobało, że po upadku czerwonego kolosa wrócił w te tereny oprowadzać klientów do Base Camp pod Khan Tengri. Walery to typ człowieka ikony, którego polubi chyba każdy i to po pierwszej rozmowie. Około 50 lat na karku, pokaźny brzuszek, gęsta broda i szeroki uśmiech. Przewodnik jest bardzo rozmowny i pomocny. Mamy wiele pytań o dalsza drogę przez lodowiec, a on na każde odpowiada i udziela wielu cennych wskazówek. Walery prognozuje, że trekking zajmie nam około 5 dni marszu jeśli utrzymamy dobre tempo. Bogatsi o nowe wiadomości decydujemy nocować nad rzeką, którą musimy przekroczyć wczesnym rankiem z powodu niskiego stanu wody. Żegnamy się więc i po nabraniu wody w naczynia idziemy w dalszą drogę.
Rzeka jest niedaleko. Po pół godziny marszu zatrzymujemy się około stu metrów od jej brzegów i szumiącego głośno nurtu. Rozbijamy biwak, po czym zajmujemy się zwykłymi obozowymi czynnościami. Chłopaki oglądają jeszcze brzeg rzeki, zastanawiając się, gdzie wiedzie właściwy bród. Potok wydaje się być jednak wszędzie jednakowo rwący i decyzję co do wyboru miejsca przekroczenia go odkładamy na rano.

Dziś do wykonania zostały już tylko przyjemności. Zdjęcie ciężkich butów, legnięcie na karimacie i oddanie

się rytuałowi jedzenia liofila zanim wieczorny chłód wgania nas do ciepłych śpiworów.

24 lipca
6:00 rano i pierwsze wstające słońce wita nas już przebudzonych. Choć mamy dużą motywację do wyjścia to ogarnianie biwaku nie jest jeszcze zsynchronizowane i nie należy do najszybszych. W pierwszych dniach wyprawy to normalne. Trzeba przestawić się z trybu cywilizacyjnego na wyprawowy i dobrze poznać swój ekwipunek. Po kilku dniach gdy miejsce każdego drobiazgu w plecaku jest znane wszystko przychodzi automatycznie. Teraz jest jeszcze ciężko, przez to i zbieramy się długo. Około 8:00 pakujemy namioty, gdy w okolicy pojawia się znajoma postać. To Walery wraz ze swoja grupką idzie przekraczać rzekę. W tym momencie dalszy pospiech traci sens. Skoro idzie przed nami i zna teren to nie ma co silić się na wyścigi czy udawanie znawców. Niespiesznie więc zbieramy nasz bagaż i idziemy na grupką Niemców i Rosjaninem.
Pomimo wczesnej pory rzeka jest bardzo rwąca. Chyba każdy z nas słysząc o niższym poziomie wody ranną porą nie spodziewał się aż tak wartkiego nurtu. Walery również jakoś nie może zdecydować się na przechodzenie i długo idzie wzdłuż brzegu. Sprawa wydaje się być poważniejsza niż myśleliśmy. Przewodnik wyciąga linę i wiąże się w pasie. Tak asekurowany przez dwóch Niemców przechodzi przez kipiel. Oczywiście po skosie, niwelując opór wody. Mimo to przejście nie idzie mu ławo, a szara beja sięga po pas. Po przejściu na drugą stronę Walery łapie koniec liny i tworzy poręczówkę nad nurtem rzeki. Przewodnik woła nas z drugiego brzegu a my skrupulatnie pomoc wykorzystujemy. Z wyjątkiem Marcina idącego w „adidasach”, rzekę przechodzimy gołymi stopami, w przysłowiowych gaciach. Staramy się nie korzystać z rozstawionej liny, choć nurt jest tak silny, że każdy chwieje się i przynajmniej na chwilę podtrzymuje sznurek. Gdy przychodzi mi zmierzyć się z wodą nie jest to łatwe. Nurt jest bardzo wartki, kamienie przesuwają się pod nogami i stanie w jednym miejscu wymaga nie lada wysiłku. Woda jest lodowata. Już po kilku krokach nie czuję stóp tylko dwa sztywne twory, którymi drepczę po kamieniach.  Po przejściu wszyscy dziękujemy zrządzeniu losu za linę i przewodnika ze swoja grupą. Bez pomocy przejście tutaj stanowiłoby nieliche wyzwanie.

Gdy wszyscy jesteśmy już na drugim brzegu pomagamy Waleremu w asekuracji pozostałych Niemców. Widać, że nie zdają oni sobie sprawy z zagrożenia jakie stwarza rzeka i ślepo wierzą przewodnikowi. Jedna z turystek podczas przechodzenia potyka się i wpada w kipiel kurczowo trzymając się liny. Mimo iż wciąga ją nurt, a postawienie na nogi kosztuje dużo nerwów i czasu, petentka jest zadowolona i uśmiechnięta. Z pewnością nawet nie uświadamia sobie, że taki wypadek mógł skończyć się obrażeniami czy śmiercią, gdyby tylko puściła sznurek.
Po przejściu przez rzekę musimy opatrzyć nogi. Każdy ma mniej lub bardziej pokaleczone stopy od bosego stąpania po kamieniach. Moje odciski na piętach a tym etapie porozdzierały się niwecząc szanse na jakiekolwiek szybkie wygojenie.
Mimo wszystko jesteśmy jednak szczęśliwi i z zapałem prześcigamy się w opowieściach kto jak szedł i jak blisko był upadku do wody. Ponowne ubranie się zajmuje sporo czasu i wychodząc grupę Walerego widzimy już tylko na horyzoncie.
Po dwóch godzinach uśmiechy schodzą z naszych twarzy. Przed nami rozpościera się szeroki widok i dwie kolejne rzeki lodowcowe do przejścia. Znowu musimy się przepakowywać i krok po kroku wdrażać procedurę przekraczania rwących strumieni. Pierwszy z nich pokonujemy z łatwością i mamy nadzieję, że gorzej już nie będzie. Jak na złość okazuje się, że kolejna przeszkoda jest gorsza do sforsowania, a na pomoc nie możemy liczyć. Pierwszy przechodzi Marcin, który choć nie bez problemów, sprawnie przeprawia się na drugi brzeg. Janek i Janusz decydują się iść w innym miejscu, choć decyzja ta kosztuje ich spoko wysiłku, nerwów i strachu. Po przejściu każdy z nich przyznaje się, że tylko przysłowiowy włos dzielił go od porwania przez rwący nurt. Ja wracam w miejsce, gdzie przechodził Marcin i tam mierzę się z potokiem. Idzie się ciężko, choć znośnie. Powoli pokonuję kolejne metry, a od drugiego brzegu naprzeciw wychodzi mi Marcin, który pomaga w przeprawie. Ten fragment okazuje się bardziej emocjonujący od osławionej rzeki i na brzegu siedzimy dłuższą chwilę. Każdy musi dać chwilę ulgi kołatającemu sercu i trzęsącym się rękom. Przeszliśmy, ale na samą myśl o powrocie włosy jeżą się na głowie. O samotnym przekraczaniu tego miejsca nawet nie warto myśleć.

Na przechodzeniu przez rzeki tracimy dużo czasu, a pogoda już powoli się psuje. Znaczy to, że już minęło południe. Podczas trekkingu codziennie doświadczamy tej prawidłowości. Rankiem niebo jest czyściutkie, a słońce mocno grzeje, zaś po godzinie 12:00 wszystko zasnuwa się chmurami, by ustąpić miejsca wieczornemu deszczowi.
Przez większość dnia kontynuujemy marsz przez pustkowie. Zdecydowanie skończyły się już drzewa, a trawę można znaleźć tylko w nielicznych zagłębieniach i polanach. Ziemię, a raczej kamienie po których stąpamy pokrywają za to wytrwałe badyle i niskie krzewy o twardych i kolczastych łodygach. Większe odludzie wprost trudno sobie wyobrazić, a klimatu miejscu dodają spotykane co jakiś czas fragmenty poroża.

Większość dnia idziemy przez ten rozległy i niekończący się padół. Około 15:00 przed nami wyłaniają się namioty obozu. To ostatni lagier przed lodowcem, a na miejscu spotykamy znajomą personę. Dziś właśnie tutaj nocuje Walery razem ze swoja grupą. Przewodnik wita nas z entuzjazmem po raz kolejny i proponuje spędzenie tu nocy. Nasze plany są jednak ambitniejsze i chcąc wykorzystać wczesną porę decydujemy się na dalszy marsz. Przewodnik życzy nam powodzenia i na „odchodne”  rzuca kilkoma cennymi radami. Wspomina o jeziorze Merzbahera, które nieregularnie wylewa początkiem sierpnia zalewając lodowiec i moreny na dobrych kilka dni. Zaleca aby unikać miejsc nisko położonych, gdyż taki biwak może zakończyć się nieszczęściem.

Przewodnikowi dziękujemy za pomocne rady i po kilku minutach odpoczynku kierujemy kroki dalej na wschód. Gdy dochodzimy do samego czoła lodowca zaczyna padać. Chowamy się dokładnie pod ostatnią skarlałą wierzbą, która stoi tu nie wiadomo jakim prawem. Dziś mamy szczęście – po pół godziny deszcz powoli przestaje siąpić, a my możemy zagłębić się w koryto wyschłej rzeki lodowcowej. Stabilny grunt pod nogami kończy się do odwołania – zastępuje go ruchomy gruz, piach i lód.

Ścieżka, choć niewyraźna daje się odróżnić z szarawo-brązowego krajobrazu. Dodatkowo ciągle idziemy za oznaczeniami – kopczykami z ustawionych na sobie kamieni, niekiedy malowanych w rażące kolory.  Teren jest bardzo urozmaicony. Początkowo wdrapujemy się na morenę czołową, później przechodzimy na boczną. Na niestabilnym podłożu musimy uważnie stawiać kroki, gdyż nieuwaga może zakończyć się zsunięciem kilkadziesiąt metrów razem z toną kamieni.

Po 17:00 znajdujemy odpowiedni miejsce na biwak – niedaleko rzeki i z namiastkami trawy wystającej spomiędzy kamieni. Dziś już dostatecznie wyeksploatowaliśmy swoje nogi czas odpocząć.
Dzielimy się zadaniami – ja wraz z Marcinem rozbijamy namioty, a Janek i Janusz idą po wodę. To co przynoszą nie przedstawia sobą najlepszej jakości – woda lodowcowa jest tak mętna, że osad gromadzi się gruba warstwą na dnie. Nie mamy jednak wyboru – chwilę się odstoi i trzeba używać. Do specyficznego posmaku i zgrzytu pyłu w zębach można przywyknąć, a bez wody daleko byśmy nie zaszli.

25 lipca
O 6:00 rano poza dzwonkiem budzika, ze snu wyrywa nas pełne słońce. Wieczorne chmury rozpłynęły się, a nad lodowcem wstaje nowy, piękny dzień. Z racji iż wczorajsze pakowanie do szybkich nie należało, dziś postanawiamy nie dać się wyprzedzić Waleremu i jego grupie. Jemy śniadanie, zwijamy namioty i za niecałe dwie godziny ruszamy.

Po drodze nabieramy wody z rzeki lodowcowej. Rankiem okazuje się dużo bardziej czysta niż wczorajszą porą i nawet zdatna do picia wprost z potoku. Droga wiedzie dalej moreną boczną przez mniejsze i większe rumowiska skalne. Ciągle trzeba uważać, gdzie stawia się stopy, gdyż podłoże jest po prostu ruchome. Po kilku godzinach musimy przekroczyć boczny lodowiec, który swoją odnogą łączy się z Enlichkiem. Tam droga jest zmienna niemal z dnia na dzień. Początkowo idziemy za znakami, a po chwili spotykamy rosyjską kilkuosobową ekipę, z którą wymieniamy spostrzeżenia. Moment nieuwagi i konsekwencji nie wiemy gdzie kierować kroki. Kluczymy więc pomiędzy głazami, lodowymi zboczami i przeskakujemy przez strumienia lodowcowe. Wkrótce udaje się znaleźć drogę i stromym stokiem wyjść z powrotem na morenę. Po kilkudziesięciu minutach marszu docieramy do kolejnego komercyjnego obozu. Zatrzymujemy się tu tylko na suszenie przepoconych stóp i posiłek.

Od rana dotkliwie doskwierają mi obtarcia na piętach. Rankiem mam mocne postanowienie, że będę regularnie suszył stopy lecz w trakcie dnia jakoś chęć odchodzi. Procedura ściągnięcia dwóch warstw butów, skarpet, rozwinięcia bandaży, odklejenia plastrów i założenia wszystkiego na nowo zajmuje prawie pół godziny. Lenistwo i brak konsekwencji sprawia, że nie robie tego za często, a w trakcie dnia stopy już nie bolą. Marcin natomiast już trzeci dzień idzie w „adidasach”. Przed lodowcem miał w nich nad nami przewagę, ale na morenie zostaje z tyłu. Kilkukrotnie wspomina, że wkrótce założy wysokie buty, ale konsekwentnie udaje mu się od tego wymigać.

Od południa pogoda jak zwykle staje się coraz gorsza. Gdy dreptamy po morenie pełne słońce pali niemiłosiernie, ale z godziny na godzinę jest coraz chłodniej. Głównie za sprawą chmur, które przesłaniają stopniowo cały nieboskłon.  Odmianą dla moreny są kolejne lodowce boczne, których przechodzenie nie jest najprzyjemniejszą rzeczą, a i zapowiedzią warunków przyszłego marszu.
Około 16:00 przed nami ukazuje się Polana Merzbahera, z oddali wyglądająca niczym usłana kartonowymi pudełkami zielona enklawa. To kontenery pracowników stacji meteorologicznej i namioty agencji turystycznych.

Widok niedalekiego celu motywuje nas do wytężone marszu. Nie bez znaczenia pozostają również burzowe chmury za naszymi plecami i wizja rychłego przemoknięcia.
Po około pół godziny wysiłku meldujemy się na polanie i witamy z młodym naczelnikiem. Skrzętnie korzystamy z możliwości darmowego rozbicia namiotów na ostatnim trawiastym terenie, wszak od jutra nie zaznamy już tej przyjemności.
Gdy zrzucamy na ziemię plecaki przychodzi burza. Namioty trzepoczą w rękach, a deszcz nie ułatwia zadania które wykonujemy już rutynowo. Z powodu silnego wichru mocno kotwiczymy je do ziemi, aby nie pofrunęły z naszym dobytkiem w środku. Wykonawszy zadanie idziemy do namiotu kuchennego, gdzie przygotowujemy kolację. Kilka dni siedzenia na ziemi i kamieniach sprawiają, że człowiek naprawdę docenia ławkę i pomieszczenie nieco większe niż dwuosobowy namiot.

W „kuchni” siedzimy aż do nocy delektując się wygodami miejsca. Gotujemy litry wody, rozmawiamy i staramy się wykonać czynności na przyszłość.  Przed wieczorem wychodzimy jeszcze na morenę, aby podziwiać niesamowity spektakl koloru i światłą jaki funduje nam kapryśna pogoda Tien Shanu. Jest po prostu pięknie i tylko wieczorny ziąb wgania nas do namiotów.

Wieczór na Polanie Merzbahera ma dla nas duże znaczenie motywacyjne. Zażywamy trochę wygody, regenerujemy siły dłuższym odpoczynkiem i napawamy się widokami, które wprost zachęcają do kontynuowania marszu bez względu na przeciwności.


Noc na Polanie Merzbahera uświadamia nas gdzie jesteśmy. W nocy temperatura spada prawie do zera, a pobudka przed świtem idzie bardzo mozolnie. Jak wskazuje GPS przed nami jeszcze 23 kilometry marszu i choć taką odległość bez problemu pokonuje się do popołudnia, tutaj przeczuwamy że najgorsze przed nami i lodowiec niełatwo odda każdy metr.

Pomimo szczerych chęci odrobina  luksusu spowalnia bardzo nasze pakowanie. Można skorzystać z kuchni czy toalety, jest trochę wygodniej niż zwykle i automatycznie człowiek przestaje się spieszyć.
Ja poświęcam dużo czasu na opatrywanie stóp. Wczorajsze niedopilnowanie suszenia doskonale widoczne jest na moich piętach. Na jednych, niewygojonych obtarciach porobiły się kolejne i teraz jakiekolwiek założenie buta sprawia problemy. Z braku lepszych środków próbuję zamieniać się z Marcinem za botki, czy buty ale eksperymenty nie wychodzą. Na stopy zaczyna również narzekać Janek, który dziś również je bandażuje przed założeniem skarpet. Marcin natomiast  po raz pierwszy zakłada swoje wysokie Zamberlany, które z definicji nie należą do najwygodniejszych.

W konsekwencji lenistwa i braku motywacji wychodzimy późno, bo prawie przed 9:00. Początkowo trasa wiedzie trudniejszym odcinkiem moreny bocznej, następnie schodzi na lodowiec. Przed opuszczeniem moreny długo zastanawiamy się, gdzie skierować kroki – znaki z kamieni kończą się, a jakakolwiek ścieżka zaciera.  Po dokładnym prześledzeniu mapy schodzimy prosto na lodowiec, chcąc osiągną pas czarnej moreny, który ciągnie się wstęgą po horyzont, na około ¼ jego szerokości. Dotarcie do celu, który majaczy niespełna kilkaset metrów dalej przysparza nam nie lada przygód. Kluczenie po lodowcu jest bardzo męczące. Z pozoru płaska nawierzchnia w rzeczywistości okazuje się pasem kilkunastometrowych wzgórz pokrytych ruchoma nawierzchnią. Trzeba niezwykle uważać na sypkie kamienie i lodowe zbocza pokryte skalnymi łupkami. Błądzimy, sugerując się tylko ogólnym kierunkiem północno wschodnim, prowadzącym do środka lodowca.
Droga bardzo się dłuży, a świadomość kroczenia po tak niepewnym terenie ciąży każdemu na psychice. W pewnym momencie idąc w awangardzie wchodzę na duże głazy, które momentalnie uciekają mi spod nóg. Kątem oka dostrzegam, że wpadają one w szczelinę, którą zasłaniały. Momentalnie padam na bok i rozbijam kolano tym razem prawe kolano  o głaz leżący nieopodal. Pod sobą ciągle czuje ruchome kamienia nad szczeliną. Na szczęście zaraz za mną jest Janusz, który podaje mi dłoń i wyciąga na w miarę stabilny grunt. Mogło być groźnie ale skończyło się tylko na powierzchownym zranieniu.

Niebawem po tym incydencie docieramy wreszcie do rzeczonej moreny i momentalnie dostrzegamy kopczyki znaczące drogę. Choć straciliśmy dużo nerwów i czasu jesteśmy już spokojniejsi wiedząc że zmierzamy właściwą trasą. Dalsza część dnia upływa na szukaniu drogi i trzymaniu się brązowych skał moreny. Nie jest to trudne, bo oddalać się lekko w innym kierunku od razu trafia się na teren z którego szybko trzeba uciekać.
Dziś już konsekwentnie podchodząc do problemu stóp regularnie poddaję je długiemu procesowi suszenia. Podczas jednego z takich postojów dociera do nas samotny Czech. Jak się okazuje również idzie sobie pod Khan Tengri od południa, tylko że ma wykupione zakwaterowanie w obozach agencyjnych. Przy tym nie wydaje się być zbyt rozmowny i wylewny, toteż po wymianie paru zdań i uśmiechów rozdzielamy się. Jeszcze nieraz przyjdzie nam spotkać się w drodze do Base Camp.

Zgodnie  z przewidywaniami po południu pogoda się psuje. Dziś jednak chyba na poważnie. Choć przed nami ośnieżone szyty widoczne są na tle błękitu, to od strony zachodniej lodowiec posępnieje. Zbliża się do nas pas ciemnych chmur i jakby mgła, która najprawdopodobniej jest deszczem. Gdy zachodzi słońce momentalnie robi się chłodno i zaczynamy doceniać, że dziś pierwszy raz założyliśmy nieprzemakalne, długie spodnie.
Przeczuwając nadciągającą zawieruchę staramy się zwiększyć tempo. Mijamy kolejne lodowe wzniesienia przekraczamy potoki, w nieskończoność. Na szczęście burzowy front porusza się wolno i mamy jeszcze trochę czasu. Obóz Komsomoł, jak głosi napis na drewnianej desce, wyłania się niespodziewanie wśród lodu około godziny 16:00. Przed nami widzimy Czecha, który po dotarciu na miejsce od razu zaszywa się w agencyjne namioty.

Nasza czwórka nie ma tyle szczęścia co słowiański kolega i swoje apartamenty musi dopiero rozłożyć. Dziś zajmuje to trochę czasu bo zanim zaczniemy bawić się z namiotami musimy wyłożyć „podłogi” z płaskich kamieni. Od lodu ciągnie zimnem, a zbierająca się z deszczu woda mogłaby nas podtopić od podłogi. W biwakowych czynnościach prześcigamy się z naturą. Niebawem przychodzi wiatr i grzmoty. Zaczyna padać akurat gdy kończymy rozkładać namioty. Już w deszczu wraz z Januszem biegniemy po wodę, a potem zaszywamy się w naszych poliestrowych domkach.
Niedługo potem burza szaleje na całego, a wiatr łopocze płótnem namiotu jak szmatą. Nieraz obawiamy się, czy mocowanie wytrzyma, ale ostatecznie konstrukcja pozostaje nienaruszona. W takiej aurze kiblujemy do wieczora, wykonując wszystkie obozowe czynności w namiotach. Nie przestaje lać, więc o jakimkolwiek wyjściu nawet nie ma mowy. Wszystko to możliwe odkładamy na jutrzejszy poranek, po czym idziemy spać.

27 lipca

Rankiem pogoda się stabilizuje, lecz nie jest już tak słoneczna jak co dzień. Jest za to zimno i wieje, choć z pewnością mogło być gorzej. Bez motywacji budzimy się więc  i załatwiamy wszystko w czym przeszkodził wczorajszy deszcz. Pakowanie znowu się przeciąga i planowane wyjście o 8:00 trzeba trochę przełożyć. Namioty muszą podeschnąć, nogi trzeba starannie zawinąć w bandaże, a po drodze wykonać jeszcze kilka dziwnych czynności.
Ostatecznie wychodzimy przed 9:00 i próbujemy znaleźć właściwą drogę. Najgorszy zawsze jest początek i wyjście z obozu. Na początku musimy zmienić morenę, gdyż ta którą zmierzaliśmy do tej pory urywa się i przechodzi w lodowiec boczny. Od tej położonej głębiej dzieli nas za to strefa bielutkiego lodu w postaci pasa niewielkich wzgórz. Początkowo  nie trafiamy na ścieżkę, ale idziemy po swojemu, lepiej lub gorzej wybierając szlak. Po około pół godziny kluczenia wśród lodu, docieramy wreszcie do brunatnej moreny, gdzie widnieją już kamienne kopczyki. Za nimi kierujemy się dalej na wschód, drogą monotonną jak flaki z olejem, wśród monotonnego krajobrazu. Wkrótce dogania nas i Czech, choć on widocznie ze swoimi problemami i własnym tempem nie chce wchodzić z nami w komitywę.

Smętne humory nieco poprawiają się, gdy wychodzi słońce, a chmury trochę rozrzedzają. Niebawem podczas obserwacji okolicznych szczytów, na południu dostrzegam znajomy ze zdjęć kształt. Tak, to on – Pik Pabiedy z charakterystyczną długą granią zakończoną kopułą szczytową. Komunikuję odkrycie chłopakom, którzy jednak nie przejawiają entuzjazmu. Mi natomiast sam widok przynosi dużo satysfakcji i kształtuje przeświadczenie, że już prawie jesteśmy na miejscu. Choć kolana bolą, właśnie dziś czuje przypływ energii. Widzę natomiast, że chłopaki poza Januszem nie są już pierwszej świeżości, a Janek co chwilę zatrzymuje się na odpoczynek. Proponuję mu zamianę plecaków, ale on jest konsekwentny i nie daje się przekonać. Wkrótce okaże się, że zachowanie statusu quo było dla mojego zdrowia wskazane…

Około południa długo zastanawiamy się, czy zbaczać ze ścieżki i odwiedzać przedostatni komercyjny obóz na trasie – tzw. Diki. Widzimy, że w jego kierunku poszedł już Czech i tam również prowadzą znaki. Decydujemy się iść do obozu, choć niebawem przyjdzie nam żałować tego wyboru. Dopiero po pół godziny widzimy namioty położone, około kilometr od głównej ścieżki. Upragnionego odpoczynku w obozie nie będzie, za to pojawia się złość i pretensje do własnej naiwności. Trzeba było jednak iść dalej moreną, teraz pozostaje zacisnąć zęby i szukać drogi na skróty w trudnym terenie. Choć zazwyczaj takie eksperymenty nie popłacają, tym razem mamy szczęście. Choć nie bez problemów i nie bez kluczenia, to jednak w miarę gładko przechodzimy pasy moren i lodu, by wreszcie wgramolić się na tą właściwą. Dalej staramy się iść za znakami i nie kombinować. Idąc według mapy, teraz ponownie musimy zmienić morenę na równoległą. Po chwili z oddali wyłania się również znajoma postać Czecha, który od tego momentu widocznie postanawia tłuc się razem z nami.

Idzie więc w piątkę wyszukując kopczyków i spoglądając na zbawczy wschód. Według GPSu do bazy pozostało już niewiele – bagatela trzy czy cztery kilometry w linii prostej. W normalnym terenie taki dystans pokonuje się w czterdzieści- pięćdziesiąt minut, Jednak zdecydowanie nie tutaj. Przechodzimy kilkaset metrów i ponownie gubimy rzadkie znaki. Postanawiamy więc kierować się bezpośrednio na morenę, widoczną w oddali. Aby do niej dotrzeć musimy pokonać szeroki pas szczerego lodu, który bieli się pofalowanymi wzgórzami. Początkowo nie jest to skomplikowane, gdyż jak to w życiu bywa – łatwiej w trudny teren wejść, niż znaleźć z niego wyjście. Tak jest i tym razem. Wchodzimy na jedno lodowe wzgórze, schodzimy z niego, okrążamy kolejne, przeskakujemy strumień i nagle wyrasta przed nami uskok a pod nim wije się wstęga lodowcowej rzeki. Jednym słowem droga zamknięta. Obejście tego miejsca zdaje się niemożliwe, a kluczenie i wyszukiwanie niewiele pomaga. Nasza sytuacja z przyzwoitej przeistacza się w niezbyt kolorową. Dodatkowo niebo szarzeje i zaczyna kropić deszcz, co na lodowym podłożu oznacza ostrą jazdę. Teoretycznie mamy raki, ale nie chcę ubierać ich z dwóch powodów. Po pierwsze Janek przez pomyłkę wrzucił swoje do depozytu na śmigłowiec, po drugie rzeczony Czech drepcze wesoło w adidasach. Póki nie jest zbyt niebezpiecznie nie ma sensu chłopaków stresować.

Aby wyjść z niekomfortowej sytuacji decydujemy, że trzeba zawrócić, znaleźć znaki i iść właściwą drogą. Już zaczynam zawracać, gdy nagle dostrzegam, że wesoły Czech wybrał jednak drogę na skróty. Sam, w adidasach i krótkich spodniach. Chwilę zastanawiam się co robić, ale zaciskam zęby i zawracam. Chłopaki się zgadzają, że szkoda by było gdyby sobie biedak coś zrobił.

Wybieramy więc ciężką drogę na skróty. Wchodzimy na kolejne wzniesienia, schodzimy stromymi lodowymi zboczami i zaliczamy małe poślizgnięcia. Co jakiś czas ktoś pojedzie kawałek, ale nic poważnego się nie dzieje. Od moreny dzieli nas już około stu metrów, gdy trafiamy na barierę nie do pokonania. Wartka lodowcowa rzeka i strome zejście oznaczające drogę w jedną stronę ruchem przyspieszonym z twardym lądowaniem.  Po raz kolejny musimy szukać obejścia, choć i tym razem nie widzimy nic bezpiecznego. Wprawdzie pojawiają się wątpiące głosy i propozycje rozbijania tu biwaku, poza pomysłodawcą chyba nikt nie bierze idei poważnie. Decydujemy się działać i braku lepszej opcji wybieramy ryzykowne przejście wątłym lodowym mostem, który tworzy nad lodowcową rzeką coś w rodzaju szczeliny. Prowadzi Janek wraz z Czechem, ostrożnie badając drogę. Po przejściu na drugą stronę radośnie krzyczą, że stamtąd bezpiecznie da się zejść na morenę. Możemy więc odetchnąć na chwilę, by całkowite wytchnienie znaleźć dopiero po wejściu na jakże przeklinane kiedyś i upragnione teraz – szare kamienie.
W bezpiecznym terenie adrenalina spada i możemy odpocząć. Jesteśmy już na morenie i do obozu mamy „prostą” drogę. Niestety minęła godzina 17:00 a więc czas kiedy zazwyczaj już rozbijaliśmy biwak. Całodzienny marsz piątego dnia trekkingu daje o sobie znać i pomimo zadowolenia wszyscy są mniej lub bardziej zmęczeni.

Niewiele ponad dwa kilometry jakie pozostały nam do bazy ciągną się w nieskończoność. Wypiliśmy już całą wodę i zjedliśmy jedzenie przeznaczone na marsz. Nie mamy lepszego wyjścia niż utrzymywać wolne ale stabilne tempo i liczyć, że za kolejnym brunatnym wzgórzem ukażą się namioty. Po niespełna dwóch godzinach marszu nisko nad nami przelatuje śmigłowiec, który potwierdza że baza jest już niedaleko. I faktycznie – osiągając jeden z wyższych punktów zauważamy namioty przebiegające się wśród złomisk moreny wypłowiałą żółcią. Na długiej tyczce powiewa zaś radosna czerwona flaga – aby w międzynarodowym motłochu nie było wątpliwości co do przynależności państwowej tego terenu.
Na widok obozu wszystkim wracają siły. We trzech trzymamy się jakoś razem, za to Marcin widocznie opadł z sił i snuje się raz kilkadziesiąt, a czasem i kilkaset metrów z tyłu. Pewnie jak i my radośnie przyjął wieść o rychłym końcu wędrówki.

Czech który w  niepewnym terenie szedł z nami, teraz wystrzelił bez słowa do przodu i tyle zostało nam z jego towarzystwa. Do bazy dochodzimy zaraz za nim i witamy się z międzynarodowym towarzystwem. Baza wygląda nader komercyjnie, nawet bardziej niż się spodziewałem. Wszystkie namioty jednakowe, a alpiniści błyszczą sprzętem z najwyższych półek. Nie wysilam się w długi konwersację i z takowej wyrywam Janka, gdyż chcę jak najszybciej zrzucić plecak i lec w namiocie. Idziemy do naczelnika obozu, za wskazaniami któregoś z alpinistów. Spotykamy go w centralnym obozie okraszonym wysoką anteną, a rozmowa przebiega raczej niczym poselstwo wśród wrogów.

– Dzień dobry, idziemy na Khana i chcieliśmy przenocować u was – mówię zdecydowanie
– A wy z jakiej agencji?
– Bez żadnej agencji, sami idziemy – odpowiadam z nutką dumy w głosie
– To tam jest Khan, i możecie sobie iść! – wskazuje lekceważąco ręką ku górze zbijając mnie z tropu. Starszy, żylasty Rosjanin nie sili się na uprzejmości. Mierząc go wzrokiem pytam jeszcze o nasz bagaż i dowiaduję się, że musiał zapewne trafić do sąsiedniej bazy.
– Tutaj jest jakaś druga baza?
– No jest. Tutaj Ak Sai, a tam Tien Shan Travel – odpowiada Rosjanin machając paluchem w tym samym kierunku co poprzednio.
– A jak długo się tam idzie?
– Po ścieżce będzie z pół godziny.
Ostatnie zdanie jakie wypowiada naczelnik ostatecznie pogrzebuje nasze szanse na szybki odpoczynek. Nie ma czasu do stracenia – musimy iść aby zdążyć przed zmrokiem. Nie pokonujemy jednak nawet kilku kroków, gdy z tyłu odzywa się wątpiący głos. Marcin oświadcza że jest strasznie zmęczony i nie da rady iść dalej. Teraz nie możemy jednak zbyt wiele dyskutować i wiemy, iż musimy jakoś temu zaradzić, najlepiej terapią namawiająco-odciążeniową Każdy z naszej trójki bierze od Marcina część najcięższych rzeczy i pakuje do swojego plecaka. Następnie Janusz ma za zadanie powoli iść wraz z nim, a ja z Jankiem szybko staramy się dotrzeć do Bazy Tien Shan i przygotować nocleg. Do szybkiego marszu ostatecznie zachęca nas mocne tąpnięcie lodowca pod naszymi stopami oznajmiająca potęgę matki natury u której jesteśmy teraz gośćmi.

Ostatni odcinek mierzy dwa kilometry i zajmuje nam faktycznie około pół godziny. Po drodze przechodzimy obok charakterystycznego, powykręcanego wraku śmigłowca i mijamy pozostałości baz z poprzednich lat, które walają się po morenie.
W bazie Tien Shan Travel panuje inny nastrój. Ludzi mniej, spokojnie i kierownictwo młode. Z oddali widzimy grupkę zarośniętych facetów, witamy się ze wszystkimi i zaczynamy rozmowę z około trzydziestoletnim naczelnikiem – Saszą.
– Dzień dobry. My z Polski, na Chan przyszliśmy. Ile kosztuje u was namiot bazowy?
– 5 euro za osobę – nasze oczy zabłysły równocześnie.
– A gdzie woda
– Tam. W beczkach.
– Gdzie kibel?
– Tam
– Nasz bagaż przyleciał do was z Mayda Adir
– Tak, jest w namiocie.
– To bierzemy namioty na cztery osoby. Do widzenia.
I rozmowa zakończona. Nie mamy siły i ochoty na dalsze pogawędki. Jeden z Rosjan wskazuje nam depozyt, kolejny zaś prowadzi do dwóch przestronnych namiotów, które co najważniejsze posiadają prawdziwą cieplutką podłogę z desek.
Kilkanaście minut później przychodzi Marcin z Januszem, a my w międzyczasie poznajemy dwóch Polaków, którzy pomieszkują sobie w obozie. Około pięćdziesięcioletni Irek to człowiek nie do przegadania. Pomimo iż ze stabilizatorem na kolanie, doszedł do obozu drugiego i tyle wystarczyło mu aby osiągnąć cel pokonania swoich słabości. Mariusz zaś po raz kolejny wybiera się na Pik Pabiedy chcąc uprzednio aklimatyzacyjnie zdobyć Khana od południa. Z towarzystwem nie wdajemy się jednak w dłuższe dyskusje, gdyż priorytetem jest ogarnięcie biwaku.
W Base Camp dowiadujemy się przede wszystkim, że dziś miał miejsce wypadek. Około 8:00 rano w kuluarze Siemionowa zeszła lawina, czego efektem była śmierć jednego i poturbowanie kilku alpinistów. Wieść ta jeży nam włosy na ciele i wzbudza niepokój. Póki co chcemy o nie zapomnieć. Świadomość, że za dwa czy trzy dni będziemy przechodzić przez miejsce gdzie dziś zginął człowiek jest dzisiaj zbyt przygniatająca. Lepiej nie myśleć i dać upust zmęczeniu organizmu.
Na miejscu szybko robię miejsce Marcinowi i z nim zajmuję duży, zielony namiot, gdzie upychamy również depozyt. Janek wraz z Januszem kierują się do drugiego.  Wieczorem gotując wodę i przygotowując liofile wspólnie debatujemy nad dalszymi planami. Po chwilowym odpoczynku, przyjęciu ciepłego płynu i żywności, w Marcina wraca życie. Postanawiamy, iż następny dzień przeznaczamy na Rest , a kolejnego wyjdziemy założyć Camp 1. Pomimo zmęczenia nastroje są bardzo dobre. Cieszymy się, że wreszcie znaleźliśmy się na właściwym miejscu i siedzimy w ciepłych śpiworach wśród ludzi naszego pokroju. Z optymizmem na ustach i głowami pełnymi planów idziemy spać przed północą.

Tomasz Duda

Ciąg dalszy niebawem…


Po więcej zapraszamy na forum: We Khan do it, relacja z wyprawy na Khan Tengri 2014 – część I (Pierwsze dni w Kirgistanie i trekking do Base Camp) [to17071990]

Tagged with →