Share →
DSC05333

Pierwsza krótka foto-relacja z naszej (mojej i użytkownika yerv) wrześniowej podróży do Norwegii – jak się później okazało – na Lofoty.

Plan: jak najtaniej (czyli namiot, autostop, jedzenie z polski) i gdzieś na północ Norwegii, reszta wyjdzie w praniu.

Podróż:

28.08 PKP: Kraków –> Gdańsk (nocna podróż do Gdańska skąd rano mieliśmy odlecieć do Norwegii)

29.08 Wizzair: Gdańsk  –> Trondheim

Ostatecznie zrezygnowaliśmy z podróży do centrum Trondheim, jako że nasz pociąg, który miał odjechać w kierunku Bodo późnym wieczorem przejeżdżał przez lotnisko. Tak więc leniuchowaliśmy w miasteczku o wdzięcznej nazwie HELL tuż obok lotniska. Tutaj też znaleźliśmy sklep Intersport gdzie zaopatrzyliśmy się w butle z gazem.


„Skałki” nieopodal miasteczka HELL.


„Skałki” nieopodal miasteczka HELL.


Gotujemy!

29.08 NSB: Trondheim Airport  –> Bodo

Niestety podróżowaliśmy nocą, a szkoda bo podobno trasa Trondheim – Bodo należy do jednych z ładniejszych na świecie. Na czas podróży każdy pasażer dostał „jednorazowy” kocyk, dmuchaną poduszkę, stopery i opaskę na oczy. Wszystko można zabrać ze sobą – poduszka i kocyk przydały się później. :)

30.08 Bodo –> Moskenes/Sorvagen

Do Bodo dotarliśmy rankiem, na dworcu spotkaliśmy naszą rodaczkę pracującą w Norwegii kilka lat – za jej namową kupiliśmy bilet na prom na Lofoty (początkowo chcieliśmy iść do jednego z parków narodowych sąsiadujących z miastem). Praktyczna uwaga: jeśli bookujecie bilet na prom wcześniej – upewnijcie się czy nie zmieniono rozkładu. Spotkaliśmy bardzo dużo ludzi czekających na prom o 13 (według rozkładu zimowego) ale ze względu na przedłużony rozkład letni obowiązywała dalej godzina 17. Lekko sztormowa pogoda opóźniła prom jeszcze bardziej(przy złej pogodzie jest nie pływa w ogóle) i ostatecznie wypłynęliśmy po 19. Sama podróż do Moskenes trwała około 4h (jak się okazało mam chorobę morską :( – jeśli ktoś ma podobne dolegliwości polecam usiąść z tyłu). Kiedy dopłynęliśmy na miejsce było już kompletnie ciemno i strasznie padało, więc zanim znaleźliśmy jakieś miejsce na rozłożenie namiotu (niedaleko jeziora w Sorvagen) byliśmy już kompletnie przemoczeni.
TIP: jak się okazało w drodze powrotnej zaraz przy przystani dla promów jest poczekalnia w kontenerze (którą przez ciemności i ulewę przeoczyliśmy! :( ) – wygodnie, ciepło, są stoliki, krzesła, łazienka.


Na promie.

31.08 Sorvagen

Rankiem już tylko lekko kropiło, więc zebraliśmy się na zwiedzanie okolicy, po drodze znaleźliśmy coś jakby szałas widokowy, gdzie przenieśliśmy namioty i wysuszyliśmy wszystkie rzeczy. Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu okolicznych szlaków i delektowaniu się widokami.


Suszarnio – noclegownia.


Okolica Sorvagen.


Okolica Sorvagen.


Jedna z kilku skrytek na wpis „tu byłam/em” jakie spotkaliśmy.

01.09 Sorvagen –> Reine –> Fredvang

Następnego dnia postanowiliśmy spróbować szczęścia, złapać stopa i pokierować się trochę na północ – jak to w Norwegii nie było z tym większych problemów (oprócz tego, ze ruch bardzo mały). Spotkany wcześniej Amerykanin polskiego pochodzenia polecił nam miejscowość Fredvang i znajdującą się niedaleko znaną „plażę surferów” – cóż warto było spróbować.


Reine.


Reine.


Kilka kilometrów dalej.


Stocznia :)

Po kilku podwózkach udało się nam dostać do Fredvang skąd wyruszyliśmy w poszukiwaniu plaży. Kilka godzin bardzo ostrych wzniesień, kilkukrotnie zgubiony szlak i w końcu trafiliśmy w magiczne miejsce gdzie spędziliśmy następne trzy dni. Jak się później okazało nie była to wspomniana plaża surferów, ale myślę że trafiliśmy o niebo lepiej!


Fredvang.


Ukryte schronienie!


Otwarte – rewelacja!


Jak w domu :)

Chatka wyposażona w prycze dla czterech osób, mały piecyk, stolik, mapę, narzędzia, dostęp do świeżej wody – czego chcieć więcej?! Drewna na plaży pod dostatkiem – wyrzucane podczas sztormu. Zostajemy!

01.09-04.09 Domek na plaży

Kolejne dni spędziliśmy na zwiedzaniu okolicy bez ciężkich bagaży, które zostawiliśmy w chatce. Wzniesienia wokoło były naprawdę bardzo strome i bywały chwile kiedy wdrapywaliśmy się na czworaka, ale za każdym razem było warto. Ponadto można było najeść się borówek :)


„Nasza plaża” z góry.


Widok w drugą stronę.


A wieczorem przed domkiem…


Kilka kilometrów dalej – zaginiona plaża surferów, na którą ze względu na załamanie pogody nie dotarliśmy.

05.09 Moskenes –> Bodo

Chcieliśmy spędzić jeszcze dzień-dwa na zwiedzaniu Lofotów jednak zmiana pogody, brak perspektyw na jej poprawę oraz rozkład promów skłoniły nas do powrotu do Bodo. Prom odpływał wcześnie rano więc bezpieczniej było się dostać do przystani dzień wcześniej. Noc spędziliśmy w śpiworach na podłodze we wspomnianej wcześniej poczekalni. Powrót okazał się strzałem w dziesiątkę – pogoda w Bodo była idealna!


Żegnajcie Lofoty!

05.09-07.09 Bodo

Za radą pani z centrum informacyjnego spędziliśmy następne dni na lekkim trekkingu w okolicy Bodo. Jak się później okazało jest to chyba ulubione miejsce mieszkańców do aktywnego spędzania wolnego czasu – warto nadmienić, że wystarczy przejść pół godziny od centrum, żeby zastać coś takiego.


Pierwszy postój.


Pole namiotowe :)


Wieczorem.


Okolica.


Kilka postojów dalej.


I jeszcze kawałek.


W drodze powrotnej do namiotów.


Pożegnanie z Bodo.

07.09 Norwegian: Bodo –> Kraków

Smutny powrót do rzeczywistości z krótką przesiadką w Oslo (na jednym bilecie).

Tagged with →