Share →
 Wybrałem się z synem w maju na traskę od św. Katrzyny do Słupi Nowej, przez Łysicę i św. Krzyż. W dniu wymarszu pogoda nie rozpieszczała, jak to w górach, było zimno bo około 6 stopni i mglisto. Była to moja kolejna podróż sentymentalna bowiem robiłem tę trasę na jakimś obozie wędrownym za pacholęcych czasów, czyli w środkowym Gierku.

Palec mi się omsknął i wszedłem na dział „Góry Świętokrzyskie” i co widzę, że nie ma relacji zdobywców Boginimatkigór, czyli wzmiankowanej Łysicy. Co pospiechem czynię, bo jakże tak?
Braciom po ołtdorze z Kielc nie wstyd? Duży uśmiech

Wybrałem się z synem w maju na traskę od św. Katrzyny do Słupi Nowej, przez Łysicę i św. Krzyż. W dniu wymarszu pogoda nie rozpieszczała, jak to w górach, było zimno bo około 6 stopni i mglisto. Była to moja kolejna podróż sentymentalna bowiem robiłem tę trasę na jakimś obozie wędrownym za pacholęcych czasów, czyli w środkowym Gierku.
Niedaleko od początku szlaku jest źródełko i kapliczka św. Franciszka:

   

woda z źródełka jest bardzo smaczna.

A to chyba święty Franciszek:

Samo podejście pod szczyt nie jest jakoś specjalnie męczące, a w tamtych okolicznościach i temperaturze to było wręcz dziko przyjemne. 😉

Aż w końcu wyłoniła się z mgły kupa kamoli, gołoborzem zwana, zwiastująca zbliżający się szczyt.

Atmosfera jak z filmu grozy, tym bardziej, że byliśmy tam samiuteńcy…

Na szczycie dodatkowo zaczęło lać…

I nawet przyznam, że małodusznie zacząłem myśleć o odwrocie. Ba, nawet zrobiliśmy kilka kroków w stronę powrotną, ale jakoś cudownie przestało padać i poszliśmy dalej.
I dobrze, bowiem powoli, powoli zaczęło się wypogadzać. A na św. Mikołaju to nawet zaczęło świecić słońce.

Kapliczka, pewnie św. Mikołaja…

Zrobiliśmy nawet jakieś fotki kwiatuszkom.

I wypasionym drzewom.

Na św. Mikołaju szlak opuszcza grzbiet i schodzi do granicy pól, nie mam pojęcia dlaczego, czyżby ekoterroryzm?

Trochę to bez sensu bo pałętaliśmy się po obrzeżach pola i lasu kilka kilometrów. W sumie aż do podejścia pod św. Krzyż.
Wieża telewizyjna wita ciekawskich przy zejściu do gołoborza.

A zejście było nowe i jakby rzekł Kłapouchy – imponujące! Porobiono nowe podesty i platformy widokowe dzięki którym wychodzimy w samo centrum widoku na gołoborze. Ależ muszą się te wycieczki szkolne cieszyć. Ja pamiętam jeszcze starą, przaśną barierkę z drewnianych bali. Teraz jest wypas!

Dalej to już św. Krzyż i nieco podniszczony bar, który na zawsze pozostanie w moim sercu za młode ziemniaczki, kalafiora i jako sadzone, jakie zaserwował mi po podobnej wycieczce jakieś 36 lat wcześniej.
Ech… Mój syn zupełnie nie rozumiał mojej nostalgii do tych kartofelków… I złościł się, że pamiętam jakieś żarcie a co było w muzeum to już nie! Duży uśmiech

Rzuciliśmy okiem również na inne budynki na szczycie…

I poszliśmy do Słupii. Droga na dół jest jednocześnie drogą krzyżową z rozłożonymi równomiernie stacjami „Męki Pańskiej”.
Surowe i ciekawe kompozycje.



Na końcu drogi przywitaliśmy się z wędrującym na szczyt pielgrzymem, jak on tam dojdzie, to będzie koniec świata.

W sumie przeszliśmy kawał drogi, jakieś 15 kilometrów. Z czego część bez większego sensu. Myślę, że grzbietem byłoby i bliżej i przyjemniej. Muszę kiedyś spróbować. :-).

 


** Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Łysica we mgle… (2009 rok)

 

Dodaj komentarz