Share →
Jeszcze raz przepraszam wszystkich zawiedzionych. Trochę czasu od tego spacerku minęło, a im dalej, tym trudniej było się zabrać za relację. Długo robiło mi się zimno, jak o tym myślałam, zgubiłam też gdzieś mapę Zachodnich i teraz posługuję się taką z 1967 roku i atlasem samochodowym, więc sprostujcie błędy, jakby co. A poza tym – nowy listopad już niebawem.

Jeszcze raz przepraszam wszystkich zawiedzionych. Trochę czasu od tego spacerku minęło, a im dalej, tym trudniej było się zabrać za relację. Długo robiło mi się zimno, jak o tym myślałam, zgubiłam też gdzieś mapę Zachodnich i teraz posługuję się taką z 1967 roku i atlasem samochodowym, więc sprostujcie błędy, jakby co. A poza tym – nowy listopad już niebawem  Duży uśmiech Duży uśmiech Duży uśmiech

Celem wyjazdu oczywiście było rykowe spotkanie z Wami w schronisku na Chochołowskiej, a że nie posiadam samochodu osobowego, postanowiłam skorzystać z miejsca w czyimś. I tak poznałyśmy Jaco z córką i z kolegą Uśmiech – to część Kolska wyprawy. Część łódzka to moje dziecko – Basia, no i ja.

Wyruszyliśmy z Łodzi wieczorem, a około 2 w nocy byliśmy na stacji benzynowej w Zakopanem, tej przy rondzie. Wypiliśmy po herbatce, albo po dwie, zjedliśmy jakieś ciastko i… no co tu robić, trzeba się ruszyć w kierunku. Zostawiliśmy samochód w jakiejś uliczce, której nie potrafiłam, z racji ciemności rozpoznać, zrobiliśmy zdjęcia typu: „tak było PRZED”:

… i około godz 4. postanowiliśmy „udać się pod ścianę”, czyli do Kuźnic.
Na szczęście szlak już był przetarty i śniegu nie było za dużo. Szliśmy i szli, aż tu nagle z ciemności wyłonił się hotel na Kalatówkach. Zero ruchu, jakby nikogo tam nie było…, no to poszliśmy dalej, czyli Kondratową przez Piekło na Przeł. Kondracką. Oczywiście trochę trzeba było skorygować szlak do warunków zimowych, więc szliśmy korytem potoku. Za nami akurat wschodziło, więc pojawiły się bajeczne kolory:

I do tego przygoda, góry, dobre towarzystwo – po prostu szczęście!

Na przełęczy uzbroiliśmy dolne odnóża w raki i ruszyliśmy w kierunku Kondrackiej Kopy.

W takim chodzeniu listopadowym są same niespodzianki. Raz śniegu jest tyle, że nie wiadomo, jak to przejść: kopać godzinę czy tyle samo czasu szukać obejścia. Innym razem wkurzało mnie zgrzytanie raków po kamieniach.

W każdym razie było jasno, kiedy stanęliśmy powyżej dwu tysięcy i ruszyliśmy w stronę Małołączniaka.

a z niego – na Krzesanicę. To najdzielniejsze uczestniczki wyprawy: Esterka ( po prawej) i Basia:

Już gdzieś się chwaliłam, że jak dotąd – mam szczęście do pogody, tak było i tego 17 listopada. Chwilami było wręcz gorąco i trzeba się było do bielizny. Jednak od pewnego miejsca na Czerwonych Wierchach wiatr zmienia kierunek, czego złą stroną było przenikliwe zimno i rosnące zmęczenie wywołane zmaganiem z niewidzialną siłą.

Plusem były niesamowite formy śnieżno-lodowe:

Wiatr wygładza formy terenu i całkiem niespodzianie trzeba było się przekopywać przez zaspy:

Na południu widać było morze chmur – u naszych sąsiadów lało.
A my zaczęliśmy schodzić Twardym Upłazem do Kościeliskiej. I właściwie dopiero tu spotykaliśmy ludzi. Byłam trochę zdziwiona, że tak późno wychodzą w góry, ale sprawdziłam czas – dopiero minęło południe! Zegar wewnętrzny mówił mi, że już koniec chodzenia, już ponad 8 godzin wystarczy… kolejne 4 godziny minęły na zejściu.

W Kościeliskiej wszyscy odetchnęliśmy, że już blisko. Zrobiliśmy mały popas, dogrzani i najedzeni ruszyliśmy czarnym szlakiem do Chochołowskiej. I dalej do dziś nie rozumiem, jak to się stało, że na znaku był podany czas taki do przyjęcia. Szliśmy około godziny do następnego drogowskazu, na którym podano czas dojścia dłuższy, niż na znaku poprzednim. Tak więc przyrzekłam sobie, że nigdy moja noga nie postanie na czarnym łącznikowym. Miałam wrażenie, że obchodzimy tę Chochołowską dookoła. W dodatku Basi kończyły się baterie w czołówce (a matka mówiła przed wyjściem: zmień baterie! Czołówkę noś w klapie! – cóż, trochę jeszcze wiek buntu Chichot) a ciemno było jak w d…

O dziwo – myśl, że mam na prawdę dość przyszła w momencie, gdy wyszliśmy w końcu na drogę do schroniska. A drugi raz myślałam, że usiądę i nigdzie się nie ruszę – kiedy zobaczyłam światło schroniska (a Wy tam sobie piwko za piwkiem Uśmiech )

Nazajutrz – cudowna tatrzańska mżaweczka, bez znaczenia, jaki masz goretex – i tak wszystko mokre lub mokrawe. Mój Marmot się skończył, buty też, co było średnio przyjemne u wylotu Chochołowskiej, gdzie czekaliśmy na Jacka i jego samochód. A do „kawiarni” nas nie wpuszczono, sucha i ciepła panienka poinformowała nas, że akurat od dzisiaj jest zamknięte. Dobrze, że nas nie poszczuli psem spod tego daszku. Na szczęście pan od biletów wstępu do TPN był po stokroć bardziej empatyczny, dał nam wrzątek w oba termosy dla dzieci i powiedział, że sobota była pierwszym dniem pięknej pogody od wielu dni…
Podziwiam Jacka, który potem dał radę prowadzić samochód po tej wyrypie, ale wszyscy najbardziej podziwiamy dziewczyny, które szły z nami dzielnie te 16 czy nawet 17 godzin. I nie wiem, jak Esterka, ale Basia do dziś twierdzi, że to była jedna z większych przygód jej młodego życia.


 **Zapraszamy do dyskusji na forum, w temacie: Listopadowy spacer po Zachodnich

Tagged with →  

Dodaj komentarz