Share →

101Dopiero po czasie zorientowałem się, że biegł z nami Murakami. Haruki Murakami. Ten japoński pisarz. Pisarz i biegacz. W dodatku ultras. Nasz chłop! I triatlonista. I mój ulubiony autor powieści. Ale to nie wszystko, bo biegłem z nami ja sam, tyle, że młodszy o 7 lat. Bez tych wszystkich doświadczeń rajdowych, bez tych wszystkich fajnych wspomnień. Biegliśmy razem dyskutując o tym, czym jest dla nas bieganie… Marcin pewnie się zdziwi, ale tak to było, biegliśmy w czwórkę, a oto historia tego biegu…

 

Dopiero po czasie zorientowałem się, że biegł z nami Murakami. Haruki Murakami. Ten japoński pisarz. Pisarz i biegacz. W dodatku ultras. Nasz chłop! I triatlonista. I mój ulubiony autor powieści. Ale to nie wszystko, bo biegłem z nami ja sam, tyle, że młodszy o 7 lat. Bez tych wszystkich doświadczeń rajdowych, bez tych wszystkich fajnych wspomnień. Biegliśmy razem dyskutując o tym, czym jest dla nas bieganie… Marcin pewnie się zdziwi, ale tak to było, biegliśmy w czwórkę, a oto historia tego biegu…101

***

Przebudziłem się zanim w telefonie odezwał się alarm. Ciemno. Gdzie ja, kurwa mać, jestem? Jestem zdezorientowany. Trwa to chwilę, po czym uświadamiam sobie z całą wyrazistością swoje położenie, które okazuje się być wyjątkowo paskudne. Jestem 1000 kilometrów od domu, jest środek nocy, pada deszcz, a ja za godzinę mam zacząć biec. Biec i czynić to nieprzerwanie przez kilkanaście godzin, a przynajmniej do momentu, w którym wspólnie z Marcinem przekroczymy linię mety. Myślę sobie, że mi się nie chce – taka myśl jednak nie zmieni mojego położenia. Daję jej więc spokój i zaczynam się zbierać na start…

***

Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem całkiem pozbawiony zmysłu rywalizacji. Problem polega na tym, że z jakiejś przyczyny nigdy nie dbałem specjalnie oto, czy pokonam innych, czy raczej oni pokonają mnie. To przeświadczenie nie zmieniło się, odkąd dorosłem. Nieważne, o jakiej dziedzinie mówimy -wygrywanie z innymi po prostu mi nie odpowiada. Znacznie bardziej interesuje mnie to, czy zdołam osiągnąć cele, które sobie wyznaczam, zatem podtym względem biegi długodystansowe nadają się idealnie dla takiej mentalności jak moja. Maratończycy zrozumieją, o co mi chodzi. Nie dbamy specjalnie o to, czy pokonamy jakiegoś konkretnego przeciwnika. Biegacze klasy światowej chcą rzecz jasna wyprzedzić największych rywali, ale przeciętny, zwykły maratończyk nie bierze pod uwagę indywidualnego współzawodnictwa.

***

Nadal noc. Autobus. Próbuję przysnąć jeszcze na chwilę. Nic nie czuję, ani ekscytacji, ani zniechęcenia. Siedzę w tym autobusie i o niczym nie myślę. Wysiadka. Chmara ludzi na starcie. Oczekiwanie i wreszcie start. Poszli, a raczej pobiegli. Biegniemy swoje. Ściganie? Niby z kim? I kiedy? Czuję respekt przed tą trasą. 77 kilometrów po górach, 3 piekielne podejścia. No i w pamięci mam swój pierwszy wyjazd w góry. Właśnie w Bieszczady. Koniec sierpnia 2003 roku. Pamiętam jak dziś. Jadę sam. Kompania mi się wykruszyła, co było zrobić? Zostać w domu? Nie, przygoda wzywała.

***

Siedzę więc w tym pociągu. Mijam Poznań i myślę gdzie ja się, kurwa mać, pcham? Sam? Tak daleko od domu? Chcę wracać. Już! Do Komańczy docieram z duszą na ramieniu. Wysiadam ponurym rankiem, siąpi deszcz. Narzucam ciężki plecak, uginam się pod jego ciężarem, ale jeszcze nie klnę na dyskomfort. Jeszcze. Noga za nogą posuwam się w stronę Duszatyna..

***

…biegniemy raźnym krokiem, ale cały czas z zaciągniętym hamulcem. Te kilometry i te podejścia to nie przelewki. Tu nie ma żartów, nie można się za szybko “skończyć”. Przez chwilę trzymamy się Magdy Łączak i Pawła Dybka. “Przez chwilę” to jest dobre określenie, bo później zobaczymy ich dopiero na zakończeniu biegu, gdy zbiorą burzę oklasków za zajęcie drugiego miejsca. Początek jest łatwy. Prosty przelot asfaltówką. Nogi same niosą, buty suche, dzień powoli budzi się do życia, pełno sił, czego chcieć więcej?

***

Błoto. Droga prowadzi delikatnie pod górę. Cały paruję. Biegnę z trudem, teren staje się coraz trudniejszy. Pieprzona bagnista droga! Niech ją szlag! Przyjemniej robi się w okolicach jezior Duszatyńskich. Szlak robi się coraz stromszy, ale przynajmniej nie ma tyle błota. Poza tym stromizna = nie biegniemy, a idziemy! Zasada jest prosta, wszystko w dół i po płaskim biegiem, a pod górę szybki marsz. Napieramy w kilka drużyn. Tasuję je wzrokiem i zastanawiam się czy atakować czy zostać w tej przyczajonej pozycji nieco z tyłu, którą zajmujemy. Nie forsujemy tempa, czekamy na rozwój wypadków.

***

Podejście na Chryszczatą. Ten pieprzony plecak waży chyba z tonę, a może i więcej. Podchodzę z trudem, co rusz sięgam po czekoladę, nie mam sił. A podejście wydaje się nie mieć końca. Jak tu pusto! Oprócz mnie nie ma nikogo. Nie dziwię się, widoków nie ma (właśnie, przyjechałem w góry! Gdzie są pieprzone widoki?!), jest deszcz i błoto. Gdy stwierdzam, że na tą Chryszczatą to ja już chyba dziś nie wejdę, postanawiam rozbić namiot. Choć na trochę, mam dość tego deszczu, chcę odpocząć. Po godzinie zwijam mokry sprzęt i ruszam dalej…

***

W pewnym momencie się wypłaszcza. Widzę, że teamy przed nami jakby się wahają, zwalniają. Przyśpieszamy momentalnie i po chwili jesteśmy już na przedzie małego peletoniku. Nie muszę nawet zdradzać mojego planu Marcinowi – rozumiemy się bez słów.Po szybkiej ucieczce nie zwalniamy tempa i oddalamy się poza zasięg wzroku. A po chwili… To już Chryszczata? Tak szybko? Nie potrafię ukryć zdziwienia. Przypominam sobie mój wyjazd z przed 7 lat. Ta sama trasa, te same warunki, tylko ja jestem już zdecydowanie inny… Do Żebraka docieramy jakoś w pierwszej dziesiątce. Jest dobrze, ale grunt to się nie podpalić. Przecież to dopiero początek…

***

Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód. Powtarzam to niczym mantrę. Dosłowne, mechaniczne powtórzenia. Staram się zredukować widziany świat do jak najmniejszych rozmiarów. Widzę tylko ziemię trzy metry przed sobą i nic więcej. Cały mój świat składa się z ziemi leżącej trzy metry przede mną. Nie ma potrzeby myśleć o tym, co jest dalej. Niebo i wiatr, trawa, przeżuwające krowy, kibice,ich radosne okrzyki, jezioro, powieści, rzeczywistość, przeszłość, pamięć – to wszystko nic dla mnie nie znaczy. Tylko te trzy metry przede mną – to jedyny maleńki powód, dla którego żyję i jestem człowiekiem. Nie! Przepraszam! Jestem maszyną!

***

Próbuję się nie podpalać, ale adrenalina robi swoje. Ciągniemy do przodu. Wpadam w jakiś trans. Wydaje mi się, że jestem idealnie zaprogramowaną maszyną. Jestem maksymalnie skoncentrowany. Trasa jest przyjemna, taka pagórkowata. Trochę pod górę, trochę w dół. Jestem skupiony na tym, co przede mną, i tylko na tym, nie myślę o niczym innym, ani nie wykonuję żadnych zbędnych ruchów. Szybko w dół, lewa noga, prawa noga. Wypłaszczenie – zwolnienie. Lekki podbieg do góry, wyhamowanie, przejście do marszu. Ekonomicznie! Bez zbędnej utraty sił! Tylko najpotrzebniejsze ruchy! Trans. Przepływ. FLOW! Cudowne uczucie.

***

Czy te pagórki za Żebrakiem nigdy się nie skończą?! Gdzie ta Cisna?! Parę godzin później… Wreszcie zejście w dół, do wsi. Mija 10 godzina od kiedy jestem na nogach…

***

Doganiamy jedną, później drugą i wreszcie trzecią ekipę. Napieramy nadzwyczaj sprawnie. Wszystko gra idealnie. W pewnym momencie zaczynamy zbiegać w dół. To już? To zdziwienie, że to tak szybko, że tak szybko uciekają nam te kilometry nie opuszcza mnie prawie do samego końca biegu. Zbiegamy asfaltem do bazy w Cisnej, 32 kilometry za nami. Jesteśmy tu po 3 godzinach i 50 minutach. Chwila na przepaku, drożdzówy w dłoń, kilka łyków isostara i lecimy dalej. To, co za nami, to była dopiero rozgrzewka. Preludium do prawdziwej rzezi.

***

Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem. Powiedzmy, że biegniesz i myślisz sobie: “Cholera, tak mnie boli, że dłużej nie wytrzymam”. Fragment z “boli” jest nieuniknioną rzeczywistością, ale to, czy się wytrzyma, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od biegacza.

***

Przy podejściu na Jasło myślę o tym, co powiedział Murakami, o tym bólu, który jest nieodłączny i cierpieniu, które jest wyborem i za cholerę nie wiem o co mu chodzi. Podchodzimy jeszcze żwawo, ale wiadomo, dostajemy w kość. Podejście jest strome, długie i męczące. No tak, a jakie są podejścia jak nie męczące? A więc cierpienie jest wyborem? O co mu chodzi? Myślę nad tym intensywnie, albo i nie, mam wrażenie, że ta myśl przypałętała się do mnie, a ja nie potrafię się od niej uwolnić. Wszystkie siły rzuciłem na walkę z podejściem, nie mam jej jak przepędzić, a ta siedzi i mnie męczy. Przecież jeśli boli to cierpimy, tak? Więc gdzie tu wybór?

***

Był taki moment, który pamiętam z drugiego dnia, gdzieś przed Jasłem, może właśnie w tym miejscu, które właśnie Grześ z Marcinem pokonują żwawym krokiem, o tu, teraz w tym momencie. Chłopaki, zatrzymajcie się na chwilę! Chwil.. no i poszli, a niech lecą. Mnie się nie śpieszy. Więc to był taki moment, który przeżywa pewnie każdy początkujący entuzjasta podróżowania i górołażenia (podróżujący samotnie), o ile wybiera się w podróż sam. Chodzi o usilną chęć powrotu do domu. Taką natychmiastową chęć nieskorą do dyskusji! No i to jest ten moment decydujący, jeśli się go przetrwa, to później już jest tylko lepiej, jeśli nie… to nie pisałbym tej relacji.

***

Mięśnie w milczeniu przyjęły wyczerpanie jako historyczną konieczność, nieunikniony efekt rewolucji. Stałem się istotą sunącą na autopilocie, której jedynym celem było rytmiczne poruszanie nogami o jeden krok przed siebie. O niczym nie myślałem. Niczego nie czułem. Nagle zdałem sobie sprawę, że zniknął nawet fizyczny ból. A może został wepchnięty w jakiś niewidzialny kąt, jak niepotrzebny mebel, którego nie można się pozbyć.

***

Jasło. Fereczata. Okrąglik. Na tym ostatnim jesteśmy czujni i zbiegamy w dobrym kierunku. Wreszcie w dół. Nogi już bolą całkiem konkretnie, ale przy odrobinie dopingu ze strony silnej woli i psychy dają sobie nieźle radę. To wszystko dzieje się tak szybko, że nawet nie mam świadomości tego, że tu jestem. Że jestem w Bieszczadach. Oczywiście prowadzę w głowie te wszystkie dysputy z Murakamim, sięgam pamięcią do mojego pierwszego pobytu tutaj 7 lat temu, ale to wszystko dzieje się bez świadomości miejsca, w którym obecnie się znajduję. Chyba nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu przemieszczam się nie przywiązując uwagi do miejsc, które mijamy…

31802_404846588165_651218165_4216948_7523533_n1

***

Asfalt w dół do Smereka. Czarny bocian. To znak? Zapowiedź? Czego? Nie wiemy, ale biegniemy dalej. Wciąż mży. Asfalt w dół, ale noga już nie podaje. Z całą wyrazistością uświadamiam sobie, że ja nie jestem dobrym biegaczem, rajdowcem owszem, radzę sobie w trudnym terenie, ale nie mam odpowiedniego przygotowania biegowego. Brakuje mi kilometrów, długich kilometrów wybieganych na treningach. Odczuwam coraz większe zmęczenie, zerkam na Garmina i co kilometr proszę Marcina o 100-150 metrów marszu. Zdaję sobie sprawę, że najgorsze jeszcze przed nami, boję się tu zajechać, a kto mnie później wtarga na Połoniny?

***

Na przepak w Smereku docieramy po 6 godzinach i 40 minutach. Przed startem siedziliśmy w knajpce i ze znajomymi omawialiśmy Rzeźnika. Drugi team Sherpas Raidteam, w barwach którego startował Paweł Pakuła i gościnnie Andrzej Buchajewicz nastawiał się na dobry wynik (ostatecznie chłopcy zajęli genialne 4 miejsce!). Andrzej przygotowany był perfekcyjnie, miał rozpiskę na każdy punkt, co do minuty! Nie żartuję, dosłownie co do minuty, na przepaku w Smereku mieli być po 6 godzinach i 18 minutach (to międzyczasy na połamanie 10 godzin), byli tam 4 minut wcześniej. Na metę też wpadli 4 minuty wcześniej niż na rozpisce, 9:56. Do tej pory nie wiem jakim cudem Andrzej rozpisał taki dokładny plan! Na przepaku Marcin zmienia buty, po paru minutach wychodzimy na najtrudniejszą część trasy…

***

Bieganie jest dla mnie pożytecznym ćwiczeniem, a jednocześnie pożyteczną metaforą. Biegając dzień po dniu, biorąc udział w kolejnych wyścigach, stawiam sobie poprzeczkę coraz wyżej, a żeby ją przeskoczyć, muszę nad sobą pracować, sam siebie ulepszyć. Przynajmniej po to wysilam się każdego dnia: by podnieść wymagania względem siebie. Nie jestem w żadnym razie doskonałym biegaczem. Znajduję się na zwykłym, może nawet bardzo przeciętnym, poziomie. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj.

***

Mój duch z przed 7 lat gdzieś przepadł. Przepadł w tej pięknej pogodzie, która zrobiła się 3 dnia. Akurat gdy podchodziłem na połoniny. Pamiętam ten upał i prażące słońce. I wodę, która smakowała jak najcudowniejszy napój. Przepadł w niespiesznym turystycznym tempie. Tymczasem my, choć już bez sił, to napieraliśmy nie oglądając się na boki. Zresztą, i tak nie było czego oglądać… Podchodziliśmy wolno. Za wolno. Sukcesywnie opadaliśmy z sił. Wdrapaliśmy się na połoninę Wetlińską, ale tam wcale nie było lepiej…

***

Trening. Bez treningu jest lipa, co tu dużo mówić. Możesz bardzo chcieć, ale w pewnym momencie nie pomoże Ci nawet mocarna psycha. Bo nie będziesz miał z czego napierać mocniej. Ale nawet mimo, że słabliśmy z każdym momentem, to przecież ten progres, który uczyniłem na przestrzeni lat był tak cholernie widoczny. Ten wyjazd to była taka wycieczka w przeszłość. Do moich początków. Nie chcę się tutaj chwalić tym moim progresem, bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że.. jeszcze chwila i bezwiednie powtórzyłbym Murakamiego, ale tak, ten facet ma rację, bo chodzi o to, “czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj”. Czysta esencja treningu długodystansowca. Murakami utrafił w sedno!

***

Podbiegamy niemrawo. Pełno kamulców, nierówno. Gapię się pod nogi. Mijani turyści witają nas i zachęcają do biegu. To miłe, odpowiadam im, ale nie patrzę w oczy. Jestem skoncentrowany na pokonaniu kolejnego metra. Kolejnego metra bliżej mety. Lewa stopa, lewy kijek. Prawa stopa, prawy kijek. Powtarzam tę sekwencje ruchów w nieskończoność. Obracam głowę za siebię, a tam dostrzegam sylwetki rywali. Kurwa mać. Mają nas. A my nie mamy sił, żeby odeprzeć ten atak. Po chwili znów jesteśmy sami, nieco zmotywowani, ale jednak przegrywający. Jesli mieliśmy myśleć o rywalizacji, to właśnie na połoninach, na pewno nie wcześniej. Co z tego, skoro w decydującym momencie stoimy na przegranej pozycji?

***

Od siedemdziesiątego piątego kilometra czułem się tak, jakbym przez coś przechodził. Jakby moje ciało przechodziło przez kamienny mur. Tak to odbierałem. “Przechodzenie przez coś” to jedyny sposób, w jaki umiałem to wyrazić. Dokładnie nie pamiętam chwili, w której zdałem sobie sprawę, że już przez ten mur przeszedłem, ale nagle zauważyłem, że jestem po drugiej stronie. Byłem absolutnie przekonany, że przeszedłem. Nie umiem wyjaśnić logiki, jaka się za tym kryła, ani procesu, ani metody, byłem po prostu przekonany o tym, że przeszedłem.

***

No i zbieg. Znów koncentracja na full. Jest ślisko, trzeba uważać. Opuszcza mnie to znużenie, które trzymało mnie od podejścia na Smerek i później na połoninie. Odżywam. Na przepaku w Berehach nie zatrzymujemy się nawet na chwilę. Już gnamy dalej. Nagle wstępują we mnie nowe siły. Przebiłem swój “mur”. Czuję przyciąganie mety. Ona gdzieś tam jest, jest już realna, to tylko 8 kilometrów. Co to jest 8 kilometrów?! Czuję się jak drapieźnik, który trafił na ślad swojej ofiary. Podążam za jej tropem…

***

Najgorsze podejście na połoninę Caryńską. Tadam! Oto i one! Z początku jeszcze żwawo, ale z każdym metrem coraz wolniej. W dodatku Marcina łapie kryzys. Najgorszy moment to ten za lasem. Stromizna. Idziemy wolno, jak na wycieczce turystycznej, ale przecież to już 70 kilometr biegu po górach! Byle wleźć na górę… Wszystko się kiedyś kończy, wkrótce jesteśmy na połoninie. Próbujemy podbiegać, przecież to już końcówka, musimy dać z siebie wszystko! Znów odwracam głowę i znów widzę sylwetki naszych przeciwników. Kurwa. Już po nas, wypadamy z pierwszej dziesiątki. Czuję bezsilność. Konkurenci biegną wyraźniej szybciej od nas. Czasem trzeba wiedzieć kiedy się poddać. To jest właśnie ten moment. Ale ta bezsilność jest przykra. Jak wtedy na Wielkopolskiej Szybkiej Setce w 2008 roku, upał, na niebie ani jednej chmurki. Prosta, długa żwirówka. Maszeruję, już nie biegnę. 90 kilometr. Sama końcówka, ale sił już brak. W dodatku stopy zniszczone przez odciski. W pewnym momencie odwracam głowę i widzę biegnącą dwójkę. “To już po mnie” i wiem, że nie dam rady odeprzeć tego ataku. Pozostaje mi tylko bezsilność. Teraz jest tak samo. Puszczamy konkurencję przodem.

***

Koniec połoniny. A więc niedługo będzie po wszystkim? Zbiegamy dość szybko – boimy się, że wyprzedzi nas ktoś jeszcze. Dość już tego wyprzedzania! Można się rozpędzić i nie martwić zapasem sił, nie ma już na co oszczędzać. Można dać się ponieść. Szybko tracimy wysokość, gdzieś w oddali majaczą sylwetki domostw, a więc już jesteśmy blisko! Wybiegamy na łączkę, przebiegamy przez śliskie kładki. Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie, nie ma nikogo! Znów wraca lekkość biegu, ale to adrenalina i endorfiny, to już nie my, nas już nie ma, jesteśmy zbyt zmęczeni. Niesie nas euforia i przyciąga meta. Ostatni mostek, kilka schodków pod górę i meta. Jesteśmy po drugiej stronie! Ktoś nakłada nam medale. To już koniec. Ja pierdolę, jak przyjemnie i jak błogo.

Czas: 11:20. Miejsce: 12

***

Wracaliśmy do domów po prowincjonalnych zawodach rozegranych pewnej jesiennej niedzieli. Wracaliśmy do naszej codzienności. Każdy z myślą o następnych zawodach, do których będzie (pewnie) znowu spokojnie trenował. Gdy patrzy się na to z zewnątrz albo z wysokości, takie życie może wydawać się bezsensowne, jałowe, a nawet skrajnie nieudolne, ale zupełnie się tym nie przejmuję. Może rzeczywiście wszystko to nie ma sensu i przypomina wspomniane przeze mnie nalewanie wody do dziurawego wiadra, ale tym, co pozostaje, jest włożony wysiłek. Nieważne, czy się do czegoś przyczynia, czynie; nieważne, czy to jest cool, czy totalnie nie – w ostatecznym rozrachunku naprawdę liczy się to, co czuje się w sercu, a nie to, co widać. Chcąc doświadczyć czegoś wartościowego, trzeba czasem zrobić coś bardzo nieudolnie. Rzeczy z pozoru bezowocne mogą przynosić owoce. Tak mi się wydaje – tak się wydaje komuś, kto tego doświadczył i to poczuł. Nie mam pojęcia, czy uda mi się ciągnąć w nieskończoność ten cykl nieudolnych czynności. Ale wykonuję je z takim uporem od tak dawna (i nie robi mi się od tego niedobrze), że chyba pociągnę to, dopóki będę mógł. Biegi długodystansowe uczyniły
mnie (mniej lub więcej, na lepsze lub gorsze) taką osobą, jaką dzisiaj jestem, i mam nadzieję, że pozostaną elementem mojego życia tak długo, jak to będzie możliwe. Będę szczęśliwy, starzejąc się wraz z bieganiem. Nie ma w tym żadnej logiki, ale sam wybrałem takie życie.

Wielkie dzięki dla Kroliska za support na przepakach!

Do poczytania: wywiad z Marcinem na stronie Sherpas Raidteam – więcej praktycznego info o naszym starcie.

Kursywa: Haruki Murakami, O czym mówię, gdy mówię o bieganiu

Zdjęcia: Ula


Relacja na stronie PK4.pl


** Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: [Trasy zawodów] Bieg Rzeźnika 2010

Dodaj komentarz