Share →

Impulsem do wypadku w Karkonosze, a następnie do szwędania się po sudeckich zakamarkach był lisu, który najzwyczajniej w świcie nie przyjechał, albowiem ordynarnie zaspał na autobus ;D. Nie przeszkodziło to jednak dziarskiej ekipie, złożonej z mozaiki najprzeróżniejszych odorowych i morenowych dziwolągów ;), do pogłębionej penetracji Karkonoskiego Parku Narodowego. Zupełnie niezrażeni nieobecnością głównego inicjatora spotkania powzięli trud przybycia z różnych stron Polski, celem wspólnego łazikowania, a także zakosztowania co zacniejszych trunków.

 

 

 

 

 

 

 

 

Impulsem do wypadku w Karkonosze, a następnie do szwędania się po sudeckich zakamarkach był lisu, który najzwyczajniej w świcie nie przyjechał, albowiem ordynarnie zaspał na autobus ;D. Nie przeszkodziło to jednak dziarskiej ekipie, złożonej z mozaiki najprzeróżniejszych odorowych i morenowych dziwolągów ;), do pogłębionej penetracji Karkonoskiego Parku Narodowego. Zupełnie niezrażeni nieobecnością głównego inicjatora spotkania powzięli trud przybycia z różnych stron Polski, celem wspólnego łazikowania, a także zakosztowania co zacniejszych trunków.

Przybycie do Jeleniej i pierwsza przeprawa z dworca PKS na dworzec PKP oczywiście via Rynek; muszę przyznać, że w Jeleniej bardzo przychylni ludzie kierowca dokładnie wytłumaczył mi jak dojechać do Jagniątkowa i wpuścił do autobusu żebym nie stał na wietrze i mrozie.

Całość zabawy rozpoczęli atanor z Dominikiem przybywając w piątek do Karpacza, skąd przez Śnieżkę mieli zamiar przejść do Strzechy. Warunki jednak sprawiły, że nastąpił gwałtowny odwrót w kierunku Karpacza, a później próba dotarcia do Strzechy. Druga ekipa w skład której wchodził EMES, Łużyn oraz Wilq i Lisek (nie mylić z lisem ;D) drapała się bezpośrednio do Strzechy starając się ominąć atrakcje związane z latającymi koszami na śmieci. Następnie próbowałem dołączyć ja, ale tu pojawił się spory problem, gdzie…? Początkowo miał być to Łabski, następnie Owrzodzenie. Później lany zmieniały się jak w kalejdoskopie Łabski, Owrzodzenie Chatka AKT, Owrzodzenie, Łabski, Chatka itd. Konwersacja z atanorem w celu ustalenia miejsca mojego przybycia dostarczała więcej emocji niż zgubienie się w zamieci i nadłożenie przeszło godziny oraz rodziła więcej niepewności niż to, że uda mi się z powrotem znaleźć szlak ;D. Tym bardziej było to ciekawe, że dojeżdżająca do Jeleniej Iwona oczekiwała ode mnie jednoznacznej odpowiedzi. Tymczasem plany mistrza ceremonii – atanora zmieniały się szybciej niż słupki poparcia partii politycznych w czasie ostatnich wyborów., a w mojej słuchawce cały czas dźwięczało pytanie Iwony: no to gdzie…? Przekazanie sprawy w ręce Łużyna zaoszczędziło Iwonie bieganie po Karkach, ostatecznie wylądowała w Chatce, dochodząc tam przed nami. Ja zaś udałem się do Spindlerowej, gdzie oczekiwały na mnie połączone siły Wiśniówki, Orzecha laskowego, Cytrynówki itp. celem uzupełnienia elektrolitów i napchania trzewi jakąś zmyślną strawą. Dalej pognaliśmy do Chatki brodząc miejscami w śniegu po jaja.

Dżizas, co ja najlepszego narobiłem ;D

Pan EMES żondzi – Alpagi łyk i dyskusje po świt… ;D

  Modelowy Klingon wraz ze swoją bronią obronno-zaczepną w dłoni ;D

A w Chatce jak to w chatce, wspólne biesiadowanie, pożywanie naniesionej strawy, kosztowanie zacnych trunków, wymiana opinii, ożywione dyskusje, choć o Hajzerze nic nie było ;D. Zapasy też były.

Czy Wam się już qurwa nie nudzi, tak dybać z tymi fleszami na zmęczonych ludzi? ;D

Mój nowy prześliczny avatar, wprost uwielbiam, jak mi się napiernicza w oczy lampą, normalnie kocham to ;D

Ekipa przed wymarszem z Chatki AKT

Kolejny dzień, to ”zjazd” do Jagniątkowa na piwo i pierogi do Andrzeja. Ummm… jak miło było zmoczyć mordę w czeskiej pianie, po poprzednim męczącym dniu i wieczorze ;D. A później pierogi i piwo i pierogi i piwo i… EMES-owi wyraźnie zasmakowały i wybił się ponad standard dwóch porcji. Dalej powrót do Jeleniej, część ekipy porozchodziła się do domków, wrocławiaki do Wrocławia, a my z Iwoną rozpoczęliśmy poszukiwania nowego jej przysmaku – Orzecha laskowego od wujka z Soplicowa. Później było z górki, autobus do Kamiennej Góry ekspresowe rozbicie namiotu już na pierwszej polanie, szybki popas i kimono.

Nasz zmyślny domek na górce z piękną panoramą Kamiennej Góry by night – fot. Iwona ;D

Następnego ranka – mimo czterokrotnego dzwonienia budzika – zbiórka była kiepska. Pobudka przed siódmą, śniadanie, herbata o smaku pomidorowej i w części finałowej, po moim zawołaniu: ”Iwona spoko, mamy jeszcze 6 minut” – w tym czasie zwinęliśmy i spakowaliśmy cały majdan, złożyliśmy namiot i zdążyliśmy dobiec do autobusu, tempo wybitnie ekspresowe ;D. Później było już znacznie spokojniej.

W Okzreszynie mocno zachęcali nas do gry w kosza, nawet na drodze, z racji posiadania dość ciężkich plecaków, nie skorzystaliśmy z tej możliwości 😀

Znaleźliśmy z Iwoną lokum na kolejne rykowisko, nieco na uboczu wsi, miejsce na ognisko jest, czego chcieć więcej… ;D

Niezwykle przestronne wnętrze pomieści sporą liczbę odorowiczów, myślę, że z powodzeniem zmieściłoby się tyle, ile przybyło kiedyś do Jagniątkowa ;D

W Okrzeszynie zupełny lajt, pełen luz, przepak na przystanku w obecności lokalsów, uzupełnienie wody w jednym z gospodarstw i marsz ku górze. Na Iwonie ogromne wrażenie zrobił śnieg, zupełnie nie spodziewała się go w grudniu. To było wielkie zaskoczenie skwitowane wyrażeniem: ”Myślałem, że jak w Karkach jest śnieg, to tu nie będzie”. Jej lacze – choć barwą wyraźnie upodabniały się do śniegu – zdawały się potwierdzać jej przypuszczenia; też chyba nie spodziewały się śniegu ;D. Mimo tego szło się fajnie i bez większych problemów. Po godzinie z okładem minęliśmy wiatę i dalej kierowaliśmy się na grzbiet. Trasa malownicza, urokliwa, upstrzona skałkami, prześwitami, punktami widokowymi i co najważniejsze miała jamę. Jama była niemalże motorem napędowym tury dla Iwony, jej poszukiwanie nadało sens dalszemu brodzeniu w śniegu ;D. W celu określenia gdzie jama leży, Iwona podjęła nawet konsultacje z Irkiem, jednak cały czas nie udawało się jej znaleźć, mimo dokładnych poszukiwań z mapą w ręce. Błogi nastrój ciszy i kontemplacji oraz oddawaniu się czynnościom fotografowania przerywa nagle gromki, euforyczny okrzyk Iwony – JJJaaammaaa!!! Znalazła ;D. Okazało się, że wbrew wskazaniom mapy, ów mityczna jama znajdowała się za punktem widokowym. W jamie, jak to w jamie, wiatru nie ma, to i można palnik odpalić, zupinę upichcić i zaprawić jaką herbacinę do termosa. W tym czasie otworzyło się okno pogodowe i można było co nieco pooglądać. Dalej było już z górki i to dosłownie. Przecięliśmy wioskę i poruszając się granicą szlakiem Worka Okrzeszyńskiego dotarliśmy do miejsca spoczynku. Standardowa czynność rozbicia namiotu, przygotowania legowisk, a dodatkowo ja postanowiłem skorzystać z kąpieli – w śniegu, zacne uczucie ;D. Później nastąpiła część zasadnicza… Spożycie! Iwona nie mogła doczekać się napoczęcia. Przyspieszała czynności związane z posiłkiem, by w końcu dorwać się do Orzecha z mlekiem ;D. Nowy rarytas zasmakował jej na tyle, iż oświadczyła, że nie tknie się już więcej Krupnika, i że odtąd pozostaje przy Orzechu.

Iwona z gracją pokonuje przeszkodę wodną ;D; ilekroć przechodziłem po tego typu kładkach, mostkach żerdkach, zawsze słyszałem ”czekaj, czekaj wyjmę aparat, bo jak wpadniesz, to będzie zajebiste zdjęcie ;D

Uroki Worka Okrzeszyńskiego, szlak wiedzie grzbietem, na którym mnóstwo jest takich skałek, kilka punktów widokowych, choć na mapie zaznaczone tylko dwa

Widok z jednego z punktów widokowych, okienko pogodowe siadło akurat wtedy, gdy wędrowaliśmy grzbietem

Następny dzień był już nieco cięższy, warunkiem wyjścia było nałożenie na nogi skorup, Iwonie troszkę pomogły w tym chemiczne ogrzewacza, ja przez pół drogi korzystałem z własnych stóp. Szło się już mniej przyjemnie mimo, że zrobiła się nawet sympatyczna pogoda i zza chmur wyglądało coś na kształt słońca. Lekko zawilgocony śpiwór, a później buty sprawiły, że coś niewyraźnie zaczynałem się czuć, Iwona też coś narzekała na brak formy w związku z tym podjęliśmy decyzję o powrocie, przechodząc Worek innym wariantem i docierając do Chełmska. Dalej ja standardowo Kamienna Góra – Wałbrzych – Wrocław, Iwona wybrała inny wariant – stop do Zielonej w połączeniu z środkami masowego rażenia ;D.

Czasem pojawiały się różne fajne klimaty

I oczywiście coś dla chrósta, nie mogłem o nim zapomnieć ;D; to ostatnie zdjęcie jakie wypluła z siebie śp. Minolta ;D, chróst pewnie powie, że to kara za tę fotkę ;D, hmmmm…  ;D

We Wrocławiu, Pan EMES odebrał z dworca, ugościł, nakarmił – ukłony w stronę Hebe za wyśmienitą strawę, która była ucztą dla kubków smakowych, a po czterech dniach zupo-herbatek czy herbato-zupek pozwoliła uwierzyć, że życie może mieć inny smak ;D. Oczywiście nie obyło się bez… Orzecha z mlekiem oczywiście. Rano szybka zwijka, podwózka do dworca przez Hebe (dzięki wielkie) i wio w pociąg do Krakowa. Tak też dobiegła końca eskapada, której głównym inicjatorem i animatorem był lisu, a na którą to nie dotarł.

Z rzeczy ciekawych atanor chyba naprawdę jest Klingonem ;D, dogadać się z nim przez telefon stanowi wyczyn sam w sobie. Moje wielokrotne próby wyciągnięcia od niego informacji na temat miejsca gdzie mam dojść okazały się daremne. O miejscu oczekiwania połączonych ekip Wiśniówki Orzecha i Cytrynówki dowiedziałem się z SMS-a bodajże od Liska. Nieocenioną wręcz radą atiego było doradzenie EMES-owi zabrania raków :D, biedaczysko przepierdzielało grzbiet Karków z dwoma kilogramami żelstwa w plecaku ;D. Sposób dogadywania się z atanorem obrazuje poniższy dialog, poprzedzony wypowiedziami atanora ”nasz szef to, nasz szef tamto” (jego i Dominika):

– Pracujecie razem?

– Nie. – Macie wspólnego szefa?

– Nie.

– To znaczy…, można powiedzieć, że bardziej pracujemy razem niż mamy wspólnego szefa. :D.

Wypada również podziękować morenowcom i Łużynowi, dzięki którym miło spędziliśmy czas w Chatce, zamiast przepierdaczać w śniegu Pod Łabski lub siedzieć w Owrzodzeniu.

Dziękuję wszystkim uczestnikom za miły wypad, a Hebe i EMES-owi za gościnę :), liczę że inni też dorzucą jakieś swoje fotosy

 

 

 

 

OD IWONKIIIIII

 

Bar u Andrzeja

Różowy trek czyli moda morenowa :)

Żeby mieć teraz narty. Albo chociaż buty. ;D

Nie przewrócił się dziad jeden

Południowy odcinek jest najładniejszy. Zakochałam się w tym szlaku.

Nie żadna jama tylko jaskinia prawdziwa :)

To jest to!

Wentylacja i skutki jej braku :)

Odmrażanie stuptutów

Chełmsko Śląskie i nazwy ulic :)

Domy tkaczy

Dla miłośników tego miejsca mamy wiadomość miłą – rynek jest w remoncie. Na focie jedna z kamienic już po:

 


Do dyskusji, zapraszamy na forum.

Dodaj komentarz