Share →

Słowem wstępu – dlaczego wybrałem ten właśnie model? Po analizie moich potrzeb, wielu godzinach spędzonych na forach, licznych wizytach w sklepach, przymiarkach i rozmowach ze sprzedawcami (chociaż ich „fachowa” wiedza to temat na osobny artykuł) wyrobiłem sobie ogólny zarys idealnego dla mnie górskiego obuwia.

 

 

 

 

Meindl Ortler

Buty to według mnie najważniejszy element górskiego wyposażenia. Chciałem podzielić się uwagami dotyczącymi modelu Ortler z oferty niemieckiej firmy Meindl.

Może na początek kilka suchych faktów:

Materiał zewnętrzny: Skóra licowa

Wewnętrzna wyściółka: Skóra Wyściółka

stopy: Air-Active® drysole

Waga ok. : 880 g

Rozmiary: 4 – 12

Podeszwa: Vibram® Montagna Sole „double stitched”

Klasa buta: B/C

Buty użytkuję od września 2010 roku. Towarzyszyły mi podczas 15 wyjazdów. Przeszedłem w nich około 700 km. Miałem je na nogach podczas letnich upałów, zimowych mrozów i jesiennych deszczów. Myślę, że sporo na ich temat mogę już powiedzieć.

Słowem wstępu – dlaczego wybrałem ten właśnie model? Po analizie moich potrzeb, wielu godzinach spędzonych na forach, licznych wizytach w sklepach, przymiarkach i rozmowach ze sprzedawcami (chociaż ich „fachowa” wiedza to temat na osobny artykuł) wyrobiłem sobie ogólny zarys idealnego dla mnie górskiego obuwia. Więc po kolei, czym miały się cechować: gruba skóra licowa, brak membrany, podeszwa Vibram, podeszwa przyszywana, wnętrze w całości wyściełane skórą, twardość B/C, mała liczba przeszyć na cholewce, firma z tradycjami w produkcji obuwia. Mimo mnogości producentów i ogromu wyboru, to mając tak sprecyzowane wymagania bardzo trudno jest znaleźć odpowiedni model. Ortler nie był (i chyba nadal nie jest) oferowany przez oficjalnego polskiego dystrybutora. Jak się ówcześnie dowiedziałem, „ze względu na zbyt wysoką ceną dla naszego rynku”. Moje buty zostały więc zakupione w sklepie niemieckim. Zakup dokonany po wielokrotnym mierzeniu innych modeli tego producenta. Upewniłem się, że „trzyma” on rozmiarówkę, po dotarciu przesyłki na szczęście się nie rozczarowałem.

Pierwsze wrażenie: ciężkie, twarde, masywne – wymieniam to jednak jako zalety – czuć, że ma się do czynienia z kawałkiem porządnej roboty. Oba buty bardzo symetryczne – w lewym i prawym każde przeszycie i wykrojenie jest idealnym lustrzanym odbiciem drugiego. Zwróciłem na to uwagę, gdyż przy niektórych egzemplarzach innych producentów różnice w obu sztukach danej pary są bardzo widoczne. Założenie na stopy i wrażenie, jakby były szyte na miarę. Tutaj oczywiście każdy może to czuć inaczej – ja mam wąskie stopy, niskie podbicie i używam najczęściej grubych skarpet (np. Mund Teide). Zwracam też uwagę na wysokość cholewki. Jest ona minimalnie niższa niż przy podobnych butach. Do tego asymetryczna, tzn. wyżej sięga po stronie wewnętrznej. Dla mnie osobiście wysokość dobrana bardzo dobrze. Wyższa, według mnie, mogłaby się przydać jedynie podczas użycia przednich zębów raków, przy podejściach na niemal pionowych odcinkach. Nadszedł czas na rozchodzenie. Spędziłem na Górce Szczęśliwickiej (taki Warszawski pagórek) siedem kolejnych wieczorów, kursując po 2 godziny w górę i w dół. Życie pokazało, że to jednak za mało na tak sztywne buty. Pierwszy obucie ich w Tatrach zaskutkowało pęcherzami na piętach (tu ukłony dla plastrów Compeed, które praktycznie uratowały wyjazd). Wyjazd kolejny i skutek podobny. W sumie ułożyły się idealnie po przejściu jakiś 100 km. Od tego czasu, jeśli chodzi o wygodę, są idealne. Przy trasach przekraczających nawet 40 km dziennie nie trafiło mi się nigdy żadne obtarcie czy odcisk.

Teraz temat oddychalności i wodoodporności. Celowo wybrałem buty bez żadnej membrany. Według mnie, człowiek nie wymyślił jeszcze nic lepszego niż naturalna skóra, biorąc pod uwagę aspekty trwałości, oddychania i odporności na wilgoć. Trudno jest jednak dobrze wyprawić skórę licową tak, by otrzymać te parametry wysokie. Tutaj tylko uwaga do fabrycznej impregnacji – już w pierwszym dniu użytkowania na szlakach buty przemokły. Co prawda, chciałem je sprawdzić, pogoda była bardzo deszczowa, więc celowo odwiedzałem każdą kałużę, błoto, moczyłem je w potoku (oczywiście poniżej krawędzi cholewki). Wieczorem skarpety były mokre. Po tej wyprawie usunąłem dokładnie firmowy impregnat i przeprowadziłem impregnację „starą klasyczną metodą” olejowo-tłuszczową. Każdy ze składników wysokiej jakości, także pasta woskowo-żywiczna na ostatnią warstwę. Cały ten proces trwał około 2 tygodniu. Od tego momentu, tak zaimpregnowane buty, nie przemokły ani razu, a oddychalność jest bardzo wysoka. Spędzałem nawet 5 dni pod rząd brnąc po mokrym śniegu (najtrudniejszy test dla obuwia) i zawsze zachowywały one komfort – skarpety pod koniec dnia były suche. W gorące dni lata podobnie – noga nie była spocona mimo używania grubszych skarpet. Pomiędzy wyjazdami buty były jedynie czyszczone i pastowane. Po roku czasu, dla zasady, cały proces impregnacji powtórzyłem. Rzecz nie do przecenienia – buty nigdy „brzydko” nie pachną. Daje się tylko wyczuć charakterystyczny zapach skóry. Uwaga: po takiej impregnacji skóra mocno ciemnieje.

Trwałość. Jak wspomniałem na początku, buty przewędrowały na moich nogach około 700 km. Używane praktycznie tylko w warunkach górskich. Kiedy muszę korzystać z drogi, staram się iść np. poboczem ze względu na ścieralność twardej podeszwy oraz profilaktykę moich stawów. Po takim okresie obuwie wygląda dość dobrze. Podeszwa starta najbardziej przy czubkach i na tylnej krawędzi. Ja mam jednak taki sposób chodzenia, że bardziej ścieram właśnie tył podeszwy.

Skóra trzyma się bardzo dobrze. W zimowych warunkach, niekiedy butem „wykuwałem” stopnie a model ten nie ma gumowego otoka. Oczywistym, że przeżyły tez wiele niezamierzonych kopnięć i zahaczeń o skały czy kamienie. Jednak warstwa pasty sprawia, że skóra od razu odzyskuje kondycję. Dobrze sprawdza się również ręczne szycie podeszwy – chyba nie ma szans, aby w tym miejscu kiedykolwiek pojawił się problem. Przy przeszyciach cholewki, w jednym miejscu puścił szew (na szczęście w tym miejscu szwy są jednak podwójne). Chwila zabawy z nicią i igła, szew załapałem od „spodu” i na razie wada nie jest widoczna i się nie poszerza.

Przy opisie dotychczasowych aspektów wymieniałem raczej same zalety. Faktycznie, z zakupu jestem nad wyraz zadowolony. Ale zgodnie z maksymą, że „nie ma róży bez kolców”, w tym wypadku również można znaleźć kilka takich „kolców”. Największa bolączka, to przyczepność na twardym śniegu. Na każdym innym podłożu, od wilgotnych skał, przez trawy i błota, podeszwa spisuje się bez zarzutu. Kolejny minus za utratę fasonu na czubkach. Straciły one pierwotny kształt i „opadły”. Dla mnie jest to jednak tylko wrażenie estetyczne – nie odczułem najmniejszego spadku komfortu.

Jeszcze dwie uwagi, bo trudno nazwać je istotnymi wadami. Oryginalne sznurówki są sporo za długie. Idealnie pasuję dopiero takie 20 cm krótsze. Druga niedogodność była związana z wkładkami. Po ośmiu miesiącach użytkowania (8 wypraw 3-4 dniowych) stały się na tyle „miękkie”, że zawijały się podczas chodzenie. Zmieniłem na identyczne nowe (koszt około 40 PLN) i na razie problem nie wraca. Być może było tu trochę mojej winy, gdyż czyściłem je używając gorącej wody. W instrukcji nowych wkładek doczytałem, by prać je w maksymalnie 30 stopniach C.

Podsumowując, opisywany model okazał się dla mnie bardzo trafnym wyborem. Polecam go z czystym sumieniem najlepszemu przyjacielowi. Ta para na pewno posłuży mi jeszcze długo, a następne buty trekkingowe będą zapewne również ze „stajni” Meindla.


Do dyskusji, zapraszamy na forum.

Dodaj komentarz