Share →

Miało być szumnie, dziewięć dni urlopu, dziewięć dni w górach, no może krócej, bo przecież dojazd. Tymczasem wypadło cztery, ale i tak było niezwykle sympatycznie, a przede wszystkim ciekawie. Plan ambitny, ostre łaziorowanie po Karkonoszach, później spotkanie z nocnym i Iwoną. Większość już częściowo wie, jak wszystko wyglądało. Zwłaszcza sama podróż. W poniedziałek w nocy wsiadam w pociąg do Wrocławia. Bladym świtem ląduję, spotykam się z atanorem.

 

 

 

Krucze Karki – czyli majowe szwędanie się z atanorem i nocnymi

Miało być szumnie, dziewięć dni urlopu, dziewięć dni w górach, no może krócej, bo przecież dojazd. Tymczasem wypadło cztery, ale i tak było niezwykle sympatycznie, a przede wszystkim ciekawie. Plan ambitny, ostre łaziorowanie po Karkonoszach, później spotkanie z nocnym i Iwoną. Większość już częściowo wie, jak wszystko wyglądało. Zwłaszcza sama podróż. W poniedziałek w nocy wsiadam w pociąg do Wrocławia. Bladym świtem ląduję, spotykam się z atanorem. Jedziemy do niego na chatę, szybka kawa, pakowanie, zakup fantów na drogę. Jak się później okazało niezbędnych. Dziesiąta z minutami wsiadamy w pociąg do Jakuszyc, skąd mieliśmy wbić się na grzbiet i dalej do Przełęczy Karkonoskiej. Kolej jednak miała inne plany, zafundowała nam podróż życia. Ponad siedemnaście godzin z Wrocławia do Jeleniej – bosko ;D! Nie pamiętam nawet, o której godzinie stanął pociąg w Świebodzicach, nie istotne. Stanął i tak sobie stał przez dziewięć kolejnych godzin. Później przepak, w Wałbrzychu kolejne trzy godziny i o 03.15 lądujemy w Jeleniej. Szczęściem był otwarty dworzec, bo tak musielibyśmy kimać przed. W pociągu atmosfera nerwowości przeplatała się z wyśmienitą zabawą. Zapoznajemy współpasażerów, uczymy dwóch Holendrów polskiego, oczywiście wspierając naukę – początkowo – żurawinówką, później wiśniówką.

Następny dzień. Atanor, po szaleńczym górskim rajdzie, ordynuje sobie powrót do Wrocławia, ja chwilę po 06.00 zabieram się do Karpacza. Około siódmej docieram do miejsca skąd zrobię skok na Karki. Standard. Niebieskim na Śnieżkę przez Wang. Śniegu jak na maj zaskakująco dużo, miejscami jakieś trzydzieści centymetrów. Jednak szlak przetarty, dojazdówka do schronów. Pogoda plaża, słońce świeci, idzie się dobrze, równym tempem, spanie trochę łamie, ale daję radę. Po około półtorej godziny docieram do Strzechy, bigos, herbata, godzinka przerwy na podładowanie telefonu, i drzemkę (jkjp, jak mi się chciało spać). Dalsze pokonywanie szlaku na śpiocha. Pogoda cały czas wyśmienita. Tuż przed Śląskim zaczynają się pielgrzymki, wpadam na sok, wyłażę i…, dupa, zupełnie inaczej, chmury i śnieg i tak do wyjścia na sam szczyt. Trochę przejaśnień i tyle… Chwile zabawiłem na Śnieżce, nawet wlazłem się ogrzać do knajpki, bo zerwał się zimny wiatr. Później wyjście, azymut Okraj i do przodu.

Karpacz srana i szlak na Śnieżkę

Chwilę po wyjściu z Śląskiego Domu

Widok ze Śnieżki

Przebłysk

Zaczynało się nieźle, jednak z każdą chwilą coraz gorzej, coraz więcej śniegu, i więcej, i jeszcze więcej. Zejście z wierzchołka było trudne, ale schody zaczęły się na wywłaszczeniu. Masa nawianego śniegu, grząskiego, mokrego i ciężkiego. Trudno było obchodzić, więc starałem się gdzieś przemykać dopóki dwa razy nie wpadłem w śnieg po pachy, z którego nie mogłem się wygrzebać przez dobrych kilka minut. Jedynym ratunkiem było położenie plecaka przed sobą i wdrapywanie się po nim. Pomogło ;D. Uciekłem do Czech. Zielonym szlakiem trawersującym Czarny Grzbiet zaszedłem do Jelenki, dalej asfaltem na Okraj. Tam kolejny dzonk. Schronisko zamknięte. Kilka telefonicznych konsultacji, telefon do schronu i dupa – tylko poczta. W trakcie oznajmiania nocnym o zmianie planów, drzwi schronu otwarły się i w drzwiach stanął chatar. Po krótkiej rozmowie okazało się, że schronisko zamknięte, z powodu warunków atmosferycznych. Wszyscy odmówili! FUCK! Znalazło się jednak wyjście z sytuacji, zostałem zwieziony do zajazdu. I dobrze, bo tam przynajmniej mogłem się wysuszyć I odpocząć po dwóch prawie nieprzespanych nocach.

Różne oblicza Kowar

Następnego dnia akcja Kowary. W oczekiwaniu na Iwonę i nocnego łazikowałem sobie po tej mieścinie. Po uzupełnieniu prowiantu wyskoczyłem do sztolni kopalni uranu. Ciekawe miejsce, polecam. Jedyne w Polsce inhalatorium radonowe, kiedyś normalnie działające jako zaplecze sanatorium w Cieplicach, obecnie tylko indywidualnie można zamówić sobie seanse. Wieczorkiem nocni podejmują mnie z Kowar, jedziemy do Krzeszowa.

Kowarski industrial

Eksponaty w sztolni

Iwona:

Po drodze, nadrabiając jakieś 8 km (autem), czyli niewiele chcieliśmy zwiedzić mało znaną perełkę wśród śląskich zabytków – mauzoleum rycerskiej rodziny Schaffgotschów w kościele w Raszowie. Znajdują się w nim sarkofagi z cennymi, jak po powrocie doczytałam, rzeźbieniami, które zresztą wymagają kapitalnego remontu. Mieszkańcy wsi, parafia i gmina starają się od długiego już czasu o sfinansowanie renowacji. W tym roku podobno znów wniosek odrzucono. Czy szkoda to nie wiem, bo nie wiem czego nie odrzucono, a co jeszcze było na liście. Poza tym nie widziałam też mauzoleum, gdyż pocałowaliśmy klamkę. Nie znaleźliśmy też żadnej informacji, do kogo się udać, aby pozwiedzać.

Mauzoleum Schaffgotschów – fot. http://joannalamparska.blog.iwoman.pl/tag,raszow,20051.html

Stamtąd wyruszyliśmy na zachód, czerwonym szlakiem, w kierunku osady Betlejem i dalej. Tu zaczyna się przygoda z Górami Kruczymi, uznawanymi za część składową Gór Kamiennych (znanym na odorze z rykowiska w Andrzejówce). Wypatrzyliśmy na mapie stary kamieniołom, który okazał się znakomitym miejscem na biwak. Teren płaski i równy, otoczony wałem, miejsce na ognisko, niedaleko strumień (z wodą pitną – w każdym razie tak uznaliśmy) – czego chcieć więcej? Krupnika! I to w dodatku cytrynowego, no jeszcze jakieś piwo i już się balanguje i śpiwo ;D. Ognisko było przednie, momentami osiągało wysokość 1.5 m. Piromańskie zacięcie Iwony nie pozwalało mu przygasnąć choćby na chwilę ;D. Kiełbacha, krupnik, zabawa i sru do namiotów. [i]Iwona[/i]: Nie mam żadnego piromańskiego zacięcia. Chłopaki się napili i po prostu zaczęli tworzyć mity z tęsknoty za atanorem ;D.

Krzeszów

Nasze domki w rzeczonym kamieniołomie

Oraz nasze ognicho, fot. Iwona

Nocni w całej swej krasie i okazałości

Piknik, fot. Iwona

Następnego dnia kolejne atrakcje. Dalej podążaliśmy w kierunku wytyczanym przez Iwonę, pnąc się w górę szlakiem czerwonym, który od biwaku powoli zmienia kierunek na południowy, by później – deczko offszlakowo – wleźć na zielony. W planie Krucza Skała, trawers Sępiej Góry i wejście na Polską Górę. Krucza Skała, niezwykle urokliwe miejsce. Wysokie urwisko, z którego rozpościera się widok na Karkonosze od strony wschodniej. Krucza Skała (in. Kruczy Kamień) znajduje się na terenie rezerwatu, gdzie chroni się skały oczywiście ;D. W tak uroczych okolicznościach przyrody, postanowiliśmy coś opierdzielić na gorąco. Dalej brak wody zmusił nas do wycieczki, do strumyka.

Iwona:

Ten strumyk nosi nazwę Miłość i wybrały się do niego, niby po zapasy wody, same chłopaki. Ja zostałam pod Kruczą Skałą i czekając na ich powrót obiecany zastanawiałam się co robią ;D.

Widok z podejścia, fot. Iwona

Szlakowe atrakcje, zdjęcie nr 2 fot. Iwona

Widok ze szlaku na Krzeszów, fot. nocny

W stronę strumyka…, fot. Iwona

Dalej mocno offszlakowo i ostro pod górę aż do wejścia na Polską Górę, skąd szlakiem granicznym, oczywiście grzbietowym (zielonym o ile mnie pamięć nie myli) na południe. Tego dnia szliśmy długo, ekskursju zakończyliśmy po 21.00. Nocny marudził coś o idealnym miejscu na nocleg. Stanęło na tym, że rozbiliśmy namioty na bocznej drodze w lesie. W miarę równo i trawiaście. Małe ognisko, kiełbacha i kimono.

Iwona:

Moje trzy grosze o braku wody. Jakoś tak się złożyło, że poznałam nieco tę okolicę wcześniej i zauważyłam, że z wodą problemu nie ma żadnego. Oczywiście poza grzbietami. Wymyśliłam więc, że nie ma sensu jej targać ze sobą i na dwie osoby zabraliśmy 1 butelkę. Później po drodze były miejsca, gdzie można było uzupełniać braki. Niestety nie było w co lać ;D ;D ;D.

Krucza Skała, fot. Iwona

Z innej perspektywy, fot. Iwona

Nocny

Nocni

Zachód, w tle Śnieżka, fot. nocny

Dzień trzeci również powitał nas brakiem wody, no może nie całkiem. Miałem skitrane trochę w termosie na czarną godzinę ;D, która szybko nadeszła i w efekcie jakieś cztery godziny dreptaliśmy z zasuszonymi ozorami. Zupełnie jak z Gargamelem na Borżawie i w Rumunii ;D. Z racji tego, że ja musiałem w niedzielę w miarę wcześnie dotrzeć do Wrocławia plany wycieczki uległy modyfikacji. Iwona z bólem serca odpuściła dalsze łazikowanie zielonym szlakiem, który opuściliśmy u progu magicznego Worka Okrzeszyna. Zresztą okoliczność braku wody poniekąd zmusiła nas do zejścia w kierunku Uniemyśla, gdzie dowiedzieliśmy się, że sklepu nie ma i że żaden środek lokomocji nie dowiezie nas do Krzeszowa. Bosko! Pozostało nam dymanie do kolejnej wioski i to w kierunku przeciwnym do tego, gdzie zostało auto czyli na południe, do Okrzeszyna. Tam miała znajdować się „oaza”. W palącym słońcu (trzy dni wcześniej mało nie zamarzłem na Okraju ;D), dotarliśmy do sklepu.

Sklep jak sklep, mały wiejski, ale… Wchodzimy i pytamy:

– Woda jest? – Nie ma.

– Piwo jest? – Nie ma.

– No to co jest?

– Lift!

– A kiedy będzie piwo?

– Dzisiaj.

– A dokładnie?

– Nie wiemy.

– To my zaczekamy.

Droga, na Ostrołękę, fot. nocny

Nasza piwna oaza

No cóż postanowiliśmy zaczekać, w końcu pić nam się chciało. Uzupełniliśmy prowiant, zrobili popas, a w międzyczasie dotarł magiczny van z logo Tatry, który dowiózł aż cztery gatunki piwa: Żubr (ukochane piwo Iwony ;D), Harnaś – to z kolei nasz wybór oraz mocne – Złoty Denar, którego odwagi nie mieliśmy spróbować i malinowe, które odpadło w przedbiegach. To definitywnie zmieniło nasze plany, jakoś nie bardzo chciało nam się spod tego sklepu ruszyć, zupełnie nie wiedzieliśmy dlaczego. Ach jakże smakował ten Harnaś, po kilku godzinach bez wody. Mieliśmy wypić po jednym, ale wypiliśmy troszkę więcej, ile…? Cholera wie. Ale zbytnio nie odbiegliśmy od normy ;D. Za to nawiązane kontakty bezcenne. My z nocnym rzuciliśmy się w wir dyskusji na tematy wszelakie. Pobytu w wojsku (nie wiem jak nocny, ale ja oczywiście najbardziej kompetentny, w wojsku, przecież byłem trzy razy ;D), polityki, inwestycji w infrastrukturę. Iwona straszyła aparatem, uchodziła za reporterkę kręcącą kolejną „Arizonę”. Gdyby nie plan biwakowania, integrowaniu się nie byłoby końca. Zwyciężył jednak duch odorowy i dogadując transport z – niezwykle miłą – właścicielką sklepu, udaliśmy się na miejsce spoczynku (nawiasem mówiąc znajdowało się ono już w Górach Stołowych), wyposażeni w kiełbasę i browary. I znów standardowo dały o sobie znać piromańskie zapędy Iwony, dzięki którym opierniczyliśmy w ekspresowym tempie po kiełbasie, a w dalszej kolejności poprawiliśmy pieczonymi ziemniakami, zapijając wszystko Żubrem/Harnasiem. I tak dobiegło nasze „kruczenie” po Górach Kruczych. A szkoda…

Rzekoma autorka Arizony ;D

W niedzielę stawiliśmy się o umówionej porze pod sklepem, zdaliśmy butelki i zapakowawszy się w samochód, pognaliśmy do Krzeszowa. Szybkie zwiedzanie opactwa cysterskiego, masakra jakich wielkie, ale godne polecenia, barokowa perełka. Dalej w samochód i – ja do Wałbrzycha, a nocni do Zielonej.

Poranne lanie

Fotorelacja spod sklepu:

Godz. 15:11

15:12

15:38

16:13

17:11

17:26

17:27

17:28

17:30

A z rana ;D

Fotorelacja autorstwa Iwony

Więcej zdjęć: https://picasaweb.google.com/iwonapro.fionda2/GoryKrucze58Maja2011R 

http://imageshack.us/g/827/dsc0196fa.jpg/


Do dyskusji, zapraszamy na forum.

Tagged with →  

Dodaj komentarz