Share →

Wracając pamięcią do daty zakupu, muszę przyznać iż byłem pod wrażeniem jakości wykonania czeskiego produktu. Ładne szwy, eleganckie, cienkie materiały, mnóstwo dodatkowych „ficzersów” typu pętelki do zwijania fartuchów śnieżnych, podwijania wejścia w kilku opcjach czy odblaskowe wstawki na odciągach czy tasiemkach mocujących. Obecnie to nie robi specjalnego wrażenia, są u nas znacznie bardzo zaawansowane technicznie i jakościowo produkty. Za to kłuła by w oczy choćby tasiemka użyta firmowo do związania tropiku czy kiepskiej jakości klamry kompresyjne pokrowca.

 

Namiot kupiony został wiosną 2007 r., za cenę znacznie niższą niż obecna detaliczna. Wybór padł na model Flame m.in. ze względu na podawaną niską wagę w stosunku do odporności konstrukcji tego typu. Wcześniej miałem okazję korzystać z namiotów niższej klasy, zwykle typu igloo – m.in. Salewa Scout III. Co prawda moje ówczesne potrzeby nie przemawiały za tak pancerną konstrukcją jak Flame, lecz stosując zasadę antycypowania rozwoju działalności górskiej wybrałem na wyrost – pod kątem przyszłych wyjazdów zimowych, a także w wyższe góry. Jak się potem okazało, decyzja taka była częściowo trafna. 

„The smallest tent in the Husky Extreme Collection, the Flame, has already been in production for six years. During this time its construction and details have been brought to perfection. It has been well-tested during many demanding expeditions and always passed with distinction. For situations that require ultralight weight and absolute reliability, the Flame is an ideal choice for rock climbing, alpine skiing, and cycle touring enthusiasts.” http://www.huskyeu.eu/tent-extreme-flame-2-prs-green-122_dst.html Dane producenta: waga min. 2.8 kg waga max. 3.1 kg zważony w zestawie min. (szmata + stelaż): 3050 g podłoga: poliester 190T powlekany PU, odporność 10.000 mm/cm2 tropik: poliester rip-stop 210T powlekany PU, odporność 6.000 mm/cm2 sypialnia: nylon 190T, siatka stelaż: 3 pręty duralowe 8,5 mm, zewnętrzny fartuchy śnieżne, zwijane zestaw naprawczy komplet szpilek aluminiowych pokrowiec z taśmami kompresyjnymi wymiary:

Obecna cena detaliczna: ~850 zł  

Wrażenia wizualne

Wracając pamięcią do daty zakupu, muszę przyznać, iż byłem pod wrażeniem jakości wykonania czeskiego produktu. Ładne szwy, eleganckie, cienkie materiały, mnóstwo dodatkowych „ficzersów” typu pętelki do zwijania fartuchów śnieżnych, podwijania wejścia w kilku opcjach czy odblaskowe wstawki na odciągach czy tasiemkach mocujących. Obecnie to nie robi specjalnego wrażenia, są u nas znacznie bardzo zaawansowane technicznie i jakościowo produkty. Za to kłuła by w oczy choćby tasiemka użyta firmowo do związania tropiku czy kiepskiej jakości klamry kompresyjne pokrowca. Tak czy inaczej, co do jakości samego namiotu nie można mieć zastrzeżeń: materiał dobrze znosi próbę czasu, podłoga mimo swojej pozornej wiotkości, bez footprinta trzyma się nieźle. Pożyczony znajomym, wrócił z gór Durmitor z dwoma małymi dziurkami w podłodze – zaklejonymi łatkami rowerowymi. Również w miejscach pracujących (tunele stelaża etc.) materiał nie wykazuje śladów zużycia. Tutaj warto zaznaczyć, że namiot nie był eksploatowany bardzo intensywnie – max. kilkanaście nocy w ciągu roku.

Ergonomia obsługi

W przypadku Flame’a mamy do czynienia z bardzo wygodnym (w kwestii rozkładania) systemem stelaża zewnętrznego. Praktyka, jak i zamysł konstruktorów, przewiduje rozbijanie i zwijanie namiotu z sypialnią podpiętą do tropiku. Oczywiście nie są one połączone na stałe, a za pomocą pętelek na taśmach. System jest na tyle zmyślny, że nie zdarzyło się, iż by zachodziła potrzeba dopinania którejś z pętelek po rozłożeniu. Wyjątkowo, kilka razy byłem zmuszony rozłączyć komplet celem wysuszenia, ze względu na pośpiech.

Pętelki mocujące; przestrzeń między sypialnią a tropikiem

Maszty – elementy są połączone gumką, dla ułatwienia ich składania – wsuwamy w kołnierze z grubej siatki, wzmocnione jednolitym materiałem w miejscu narażonym na przecieranie. Jednoosobowe wykonanie tej czynności wymaga nieco wprawy, jako że tyczki lubią się blokować w miejscach newralgicznych (np. skrzyżowanie tuneli). W końcówki wchodzą bolce, zainstalowane na metalowych koluchach, zdystansowanych od tropiku taśmą o regulowanej długości. Dzięki temu możemy regulować napięcie stelaża.

Po rozpięciu stelaża należy podpiąć sypialnię plastikowymi haczykami w 6 punktach – do w/w koluch. W tym momencie mamy już namiot gotowy do użycia, aczkolwiek nie przytwierdzony do ziemi. Możemy więc go jeszcze przestawić, w poszukiwaniu optymalnego położenia. Ze względu na asymetryczną konstrukcję, w tym m.in. zwężającą się w nogach sypialnię, dla wygodnego snu należy ustawić namiot szczytem (wejściem) w kierunku wznoszenia się terenu, o ile nie jest płasko. Jest to spora wada, wbrew pozorom, szczególnie biorąc pod uwagę kwestię orientacji wejścia względem kierunku wiatru. Fakt ten stanowił bezpośrednią przyczynę dość zabawnego z perspektywy czasu zdarzenia sprzed 2 lat, kiedy to w Czarnohorze złapało nas solidne załamanie pogody. Silny wiatr zniszczył drugi namiot w grupie, zaczęliśmy się więc przygotowywać do odwrotu. Ze względu na mocną zlewę właściwie śnieg z deszczem najpierw spakowaliśmy się, potem zwinęliśmy sypialnię. Gdy już mieliśmy wychodzić, okazało się że z powodu ustawienia namiotu wejściem do nawietrznej, zamek błyskawiczny kompletnie zamarzł… Podstawowy zestaw szpilek, który biorę ze sobą, to 12 szt., z większej ilości raczej nie zdarzało mi się korzystać. 6 szt. zużywamy na przytwierdzenie namiotu przy pomocy tylnych i bocznych tasiemek (jak na powyższym zdjęciu), 2 szt. służą do uziemienia przedsionka, ostatnie 4 szt. zużywamy do odciągów. W ten sposób rozbity namiot jest bardzo stabilny. Szpilki łatwo się gną i łatwo prostują, jednak łatwo wchodzą w twardy grunt. Z tego powodu dokupione później Y-kształtne zostawiam niezimową porą w domu.

Widoczne gumki służące do przytwierdzenia przedsionka oraz haczyk zabezpieczający zamek Eleganckie, symetryczne naciągnięcie przedsionka może stanowić problem, tym bardziej jeżeli stoimy na nierównym gruncie. W praktyce jednak nie ma to specjalnego znaczenia. W dalszej kolejności należy napiąć listwy otworów wentylacyjnych, przy pomocy listewek z rzepami, opcjonalnie też zwinąć fartuchy, w celu poprawienia wentylacji. Namiot jest gotowy do użytku.

Przedni otwór wentylacyjny, listwy usztywniające  

Życie w Flame’ie

Pierwsza sprawa, na którą zwracamy uwagę po wejściu do środka, to przestrzeń życiowa – jest jej mało! Konstrukcja tego typu niestety wymusza taki stan rzeczy. Namiot jest wystarczająco wysoki, aby w nim siedzieć, jedynie w „kłębie” – i to przy moim wzroście 180 cm, nie do końca wyprostowanym. Znacznie wygodniej mieszka się, gdy sypialnia jest otwarta, wtedy mamy kilka centymetrów nad głową więcej. Cóż – chcieliśmy mieć lekki bunkier – trzeba się do tego przyzwyczaić! Jeżeli mieszkamy tu w dwie osoby o niezbyt dużych gabarytach, nie stanowi to wielkiego problemu. Kilkunastogodzinne kible wymuszają specyficzny sposób funkcjonowania.

Wysokość zewn. namiotu

Wysokość w środku

Trzeba również w tym miejscu zauważyć, że szerokość sypialni, wbrew pozorom, jest całkiem wystarczająca. Na tyle, iż z boku jeszcze zwykłem trzymać aparat (lustrzankę w torbie), dodatkowe ciuchy, jakieś inne gadżety potrzebne pod ręką. Podobnie w kwestii długości – często w nogi wrzucam też jakiś szpej. Osobny temat stanowi pojemność przedsionka. Mimo dosyć sporych rozmiarów – patrząc na parametry podane przez producenta – wcale nie szokuje wielkością. Jest na tyle duży, że mieszą się tu 2 plecaki 50-60 litrowe i mamy jeszcze sporo miejsca na gotowanie czy poruszanie się przez wyjście. Uważać należy natomiast na dociskanie plecaka do ścianek, w celu powiększenia przestrzeni w przedsionku – w przypadku deszczu naciągnie wilgocią przez tropik.

Spory plecak 50 l wciśnięty w kąt przedsionka

Zapchany przedsionek, widziany od wewnątrz

Gotowanie w środku nie stanowi żadnego problem – pamiętać należy jednak o odpowiedniej wentylacji. Poza otworami wentylacyjnymi, znajdującymi się symetrycznie nad wejściem, możemy również otworzyć drzwi przy pomocy zamków dwukierunkowych, tak aby utworzyć „komin” nad kuchenką. Niestety, w przypadku deszczu napada nam w takiej sytuacji do sypialni. Samo wejście jest stosunkowo wygodne – mamy dwa zamki, jeden krótszy, pionowy, drugi w kształcie litery „L”. Zdecydowanie wygodniej korzystać z tego drugiego. Otwarte drzwi możemy zwinąć i spiąć pętelkami, z obu stron. Zamki są kryte sztywną listwą.

Zamki wejściowe

W sypialni mamy po dwie niewielkie kieszenie z każdej strony. Moim zdaniem zupełnie wystarczające. W najwyższym miejscu, pod sufitem wszyto dwie tasiemki – dosyć prymitywny patent np. na podwieszenie czołówki czy rękawic do suszenia. Wnętrze jest dosyć jasne, dzięki czemu dłuższe przebywanie w środku przy słabym oświetleniu nie jest uciążliwe.

Widok na wnętrze, od strony „nóg”

W ciężkich warunkach

Naturalnym środowiskiem Flame’a, w który ujawnia się jego podstawowa zaleta, jest silny wiatr. Przekonałem się, że w warunkach kiedy inne namioty klękają, Flame trzyma się dziarsko i dzielnie. Dwukrotnie towarzysze wycieczki musieli salwować się ucieczką z powodu zniszczenia przez wiatr namiotu, Flame stał niewzruszony. Niewątpliwie tego typu konstrukcja jest pod względem odporności na wiatr znakomita. Jak podejrzewam – jako że nie miałem okazji biwakować w trakcie wielkich opadów śniegui – podnosi również wytrzymałość całej konstrukcji na obciążenie śniegiem.

Okopany Flame nad schroniskiem Gouter

Zimowy biwak w Gorcach

Problem opadów śniegu zmusza jednak do zwrócenia uwagi na niezbyt szczęśliwą konsekwencję tej konstrukcji – mianowicie płaski dach. Mimo tego, że nie zachodzi ryzyko dociśnięcia namiotu przez śnieg, zbieranie się go może mieć skutek w postaci skraplania się wilgoci po wewnętrznej stronie tropiku, a co za tym idzie kapania do wnętrza namiotu. Nie jest to problem bardzo dokuczliwy, gdyż występuje w bardzo ograniczonym stopniu, lecz mimo wszystko przeszkadza i należy to podkreślić. Zjawisko zbierania się śniegu na dachu jest dodatkowo spotęgowane przez zewnętrzny stelaż, działający jak swego rodzaju zapory nie pozwalające na zdmuchiwanie śniegu z dachu. Nie stanowią natomiast żadnego wyzwania dla Flame’a nawet najpotężniejsze zlewy. Tropik w żaden sposób nie przepuszcza wody, zresztą w przypadku namiotu z tej półki (średniej) nie powinno tu być żadnej wątpliwości. Otwory wentylacyjne są osłonięte prawidłowo. Minusem jest wspominany wcześniej problem skosu wejścia, przez który sypialnia sięga pod jego otwór. W czasie deszczu musimy otwierać drzwi od dołu. W czasie ostatniego wyjazdu zauważyłem przesączanie się wody w dwóch miejscach na szwach w okolicy wejścia – mam wrażenie, że te rejony wymagają zaimpregnowania, wcześniej takie zjawisko nie miało miejsca. W warunkach podwyższonej wilgotności w środku występuje pewna kondensacja, jednak nie powodująca żadnego dyskomfortu. Wentylacja działa całkiem sprawnie. W przypadku zamknięcia otworów wentylacyjnych na noc, po noclegu w zimowych warunkach obudziłem się z mokrym sufitem. Po dużych opadach zauważyłem także zawilgocenie podłogi, w miejscu w którym karimata dociskała ją do mokrego gruntu. Jest to zjawisko, które j.w. w żaden sposób nie przeszkadza, tym bardziej że działo się to po kilkunastu godzinach silnego opadu.

Podsumowując

Flame to bardzo fajny namiot, ma jednak sporo wad, wynikających głównie z typu konstrukcji. Można pokusić się o spostrzeżenie, iż jest to produkt dosyć niszowy, adresowany do świadomego odbiorcy. Nie jest na pewno uniwersalny, nie jest super lekki, jest za to bardzo odporny. Przez te kilka lat użytkowania, jako mój jedyny namiot sprawdził się nieźle, obecnie gdybym miał wybierać, jako jeden z kilku namiotów w szafie – wątpię, żebym się zdecydował na ten model, czy bardziej ogólnie – tego typu konstrukcję.

 


**Zapraszamy do dyskusji na forum, w temacie: [Namioty geodezyjne] Husky Flame

 

Dodaj komentarz