Share →

Jako że już od kilku miesięcy korzystam z wiedzy i pomocy userów odora przyszedł czas aby zabić w sobie wrodzone lenistwo i wrzucić coś od siebie,a że w kwestii sprzętów różnych moja wiedza wypada dość blado będzie to krótka relacja z jakże bliskiego mi Beskidu Niskiego.
Plany wyjazdu były bardzo niesprecyzowane a właściwie prawie ich nie było bo dopiero na dzień przed owym wiedzieliśmy na stówę że trzy kolejne dni mamy wolne od pracy(my tzn. ja i moja żona) bo Barsus,którego to propozycję przejścia GSB na odcinku Nowa Wieś-Komańcza przyjęliśmy jednomyślnie już wcześniej zaczął błogi urlop.

Szybkie zakupy, jakieś zupki chińskie,kabanosy, trochę słodkości, pakowanie plecaków i w kimono ,bo nazajutrz wczesna pobudka.


Dzień I

Z Bartkiem jesteśmy umówieni na dworcu PKS w Krośnie skąd już całą trójką dojeżdżamy do Nowej Wsi,na szlak ruszamy ok.godz.10.00 jeszcze sympatyczna pogawędka z tubylcami,którzy chcieli skasować z nas opłatę w postaci wody ognistej za przejście przez ich posesję i już po chwili naszym oczom ukazują się pierwsze widoki.




Pnąc się nadal w górę zboczami Cergowej nie opuszcza nas zapach czosnku niedźwiedziego który rozpościera się wokół niczym dywan.


Prognozy pogody,które tak nas cieszyły powoli stają się uciążliwe bo skok temperatury był dość nagły i człek jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić do takiego skwaru,mimo to szybko stajemy na szczycie Cergowej,kilka łyków wody i ruszamy w dół w kierunku Lubatowej


,dochodząc do drogi głównej pstrykamy jeszcze fotkę masywu Cergowej


i chcąc,nie chcąc dreptamy do Iwonicza Zdroju,pod nami rozgrzany asfalt nad nami lejący się z nieba żar nieźle dają popalić,Żabią górę puszczamy po bandzie bo nie mamy parcia na wejście,zdjęć zabytkowych budynków Iwonickiego kurortu też nikomu nie chce się zrobić,jedyne o czym myślimy to zrzucić buty i wyłożyć się choć na chwilę w chłodzie.
Po chwili tak też się dzieje,szlak skręca w prawo na deptak gdzie drzewa tworzą przyjemny cień, nie wybrzydzając rozkładamy tuż przy chodniku karimaty i przyjmując pozycję horyzontalną zagryzamy kabanosy,podziwiając jednocześnie z dość nietypowej perspektywy wdzięki spacerujących tuż obok skąpo ubranych turystek. Pojedli,popili,nacieszyli oczy,i ruszyli dalej bo na pierwszy dzień mieli w planach dojść do Rymanowa Zdroju,a że plan rzecz święta na dłuższe lenistwo pozwolić sobie nie mogli. Jako że szlak czerwony na odcinku Iwonicz Zdrój -Rymanów Zdrój za sprawą braku miejsc widokowych nigdy nigdy nie należał do moich ulubionych,a wręcz mnie nudzi,do tego dołożyła się jeszcze wycinka drzew za sprawą której w kilku miejscach jest niezły ”groch z kapustą”  dość będzie napisać iż po zażyciu kąpieli w cieku wodnym zwanym Świętokrzyskim maszerując miarowo dotarliśmy do miejsca przeznaczenia,skąd zaopatrując się w płyny niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu udaliśmy się do Wołtuszowej.


Wołtuszowa to nazwa nieistniejącej wsi,jednak my spotkaliśmy tam sporo jej mieszkańców, była gospodyni robiąca masło,jakiś pastuszek schronił się w cieniu drzew,które dziś są jedynym śladem cerkwiska,muzykanci wygrywali skoczne melodie,a i amatorów tańca nie zabrakło wszyscy zajęci sobą nawet nie zauważyli woja toczącego bój z niedźwiedziem,to nic że byli z drewna…ale byli.




Tuż obok nich rozłożyliśmy namioty i po spożyciu zupek i płynów lekko wyskokowych udaliśmy się w objęcia Morfeusza.



Dzień II

Około czwartej nad ranem budzi mnie porykiwanie jakiegoś zwierza,co od razu przywodzi na myśl niedźwiedzia,który ponoć tu grasuje,a o jego obecności informowały nas tabliczki ostrzegawcze rozwieszone w okolicy,jednak nie było mnie to w stanie wyciągnąć ze śpiwora,dopiero dwie godziny później wywlekam się na zewnątrz i w rześkim porannym powietrzu idę po wodę do strumienia oddalonego o kilkaset metrów od naszego miejsca spoczynku, żadnych misiów po drodze nie spotykam,no może poza Bartkiem,którego też ciągnie do wody.
Szybkie śniadanie,pakujemy bambetle i w drogę przez morze zieloności,wstając rano miałem cichą nadzieję,że dzisiaj będzie trochę chłodniej,jednak szybko potwierdza się powiedzenie że ”nadzieja jest matka głupich’,’zaczyna znów smażyć słońce,na szczęście dość mocny wiatr trochę studzi jego zapały. Szlak prowadzi nas w górę na rozległe łąki,z których rozpościerają się piękne widoki,jest tu nawet ławeczka na której strudzony wędrowiec może przysiąść i podziwiać okolicę’



my jednak strudzeni jeszcze nie jesteśmy więc uciekamy czym prędzej w chaszcze.


Nogi idą lepiej niż wczoraj,jedynie szelki od plecaka trochę ”piją” przez cienką koszulinę,trochę wody dla ochłody w przecinającym nam szlak strumyczku i ani się oglądnęliśmy jesteśmy obok bazy namiotowej w Wisłoczku,o dziwo mimo że wiele osób zaczęło już długi weekend świeci tu pustką.
Teraz przed nami znów kilka kilometrów asfaltem,idąc niespieszno chłodzeni podmuchami wiatru,rozmawiamy o wszystkim i o niczym,ot nudną drogę trzeba sobie jakoś urozmaicić’


spotykamy samotnego wędrowca wylegującego się na łące,jak się później okaże nie po raz ostatni,zamieniamy kilka słów i maszerujemy dalej,na moście w Puławach Dolnych robimy kilka fotek osuwisk, nie odpuszczamy sobie również kąpieli w Wisłoku,woda lodowata,ale co tam.



Odświeżeni kontynuując walkę z szosą stajemy przed wyciągiem narciarskim ”Kiczera” w Puławach Górnych,zimą jest on oblegany przez narciarzy,teraz jest tu spora grupka downhillowców. Sam również od kilkunastu lat jeżdżę na rowerze tak na szosie jak i w terenie,ale to co Oni wyprawiają budzi we mnie podziw.
Tam gdzie ja myślę,za stromo-Oni myślą,może być.
Tam gdzie ja naciskam hamulec-Oni dokręcają.
Tam gdzie ja szukam panicznie kontaktu z podłożem-oni swobodnie fruną. Szaleńcy.
Wlewamy w siebie po butelce zimnej coca-coli i ruszamy dalej,idąc szutrem lekko pod górę walczymy z coraz silniejszymi podmuchami wiatru,w kilku momentach zaburzającymi naszą równowagę


,szuter się kończy,a my wchodzimy do lasu,który pokrywa Pasmo Bukowicy.
mijamy Skibce i Smokowiska,kilometry lecą,czas umyka,a widoków jak to często w Niskim bywa brak



,dopiero w okolicy Wilczych Bud korony drzew odsłaniają co nieco.






Dziś chcieliśmy zabiwakować na Tokarni,jednak swojski smrodek,który zaczynam czuć od siebie nie pozostawia złudzeń,że trzeba zejść do doliny i rozbić się w bliskim sąsiedztwie wody.Kilka fotek na okolicę






i schodzimy do Przybyszowa gdzie nad bardzo przyjemnym potoczkiem rozkładamy nasze domostwa.


 

Płyny na wieczór chłodzą się w zimnej wodzie,a my poddajemy się jakże niezbędnej toalecie.


Dopiero po kontakcie skóry z zimną wodą dociera do mnie jak zdradliwy był dzisiejszy wiatr,łapy i kark spaliło mi na bordo,a n a słuchach już pojawiły się bąble,kufa będzie piekło.
Teraz powtórka z rozrywki…zupka,kabanosik,bułeczka żytnia i biegnę do strumyczka po nagrodę…pssyt,pierwszy łyk mówi wszystko,co prawda nie jest to żywiec w butelce,ale na puszcze powinien się wyświetlić wielki napis ”temperatura piwa idealna do spożycia”jeszcze chwila na pogawędki i udajemy się do swoich psiworów,pod plecami w miarę równo,a szum strumienia działa jak tabletki nasenne. Odpływam.

Dzień III

Godz.6.00-pobudka,nie to żeby jakiś budzik czy coś,po prostu o 5.30 wstaję do pracy,a ciężko jest z dnia na dzień przestawić swój zegar biologiczny.
Na dzisiaj zostało nam do przejścia tylko 12km,a autobus do Sanoka mamy po godz.15 więc nie ma co się spinać. Przemywam twarz w zimnej wodzie spędzając tym samym z powiek resztki snu i zabieramy się za śniadanie,po napełnieniu śmietników w ruch idzie krem,Basię też nieźle spiekło więc sobie nie żałujemy tego cudownego mazidła,Bartek też ma spieczone łapy,ale nie narzeka.
Na dzisiaj długi rękaw i buff na łepetynę,wyglądam w nim jak Alibaba,ale przynajmniej uszy mi nie odpadną.
Ruszamy i już na starcie piękne widoki,niestety mamy kiepski fotoaparat,a i umiejętności marne,więc zdjęcia są jakie są





,wchodzimy do lasu,tutaj nie wieje i robi się dość porno,krótka przerwa przy kamieniu na Kamieniu









i naprzód, mijamy grupkę rowerzystów zwijających obóz,przez chwilę zastanawiam się co gorsze,dźwiganie plecaka,czy pchanie objuczonych rowerów z przyczepką,bo o podjazdach w terenie raczej można zapomnieć.
Wachalowski Wierch wita nas pięknymi widokami,co przyjmuję jako rekompensatę za wypad sprzed roku,kiedy to nie było widać nic,rozglądamy się przez chwilę dookoła









i zmykamy w krzoki,co prawda dzisiejsze odzienie zdaje egzamin,ale war jest nieludzki więc lepiej się ulotnić do cienia. Jeszcze 4 km.lasem i stajemy w Komańczy.
Po drodze znów spotykamy wczorajszego wędrowca,a jedząc lodzika i banany pod sklepem wędrowiec spotyka nas,rozmawiamy chwilę,On zmierza do Dołżycy,a my udajemy się na przystanek,jesteśmy prawie trzy godziny przed czasem,więc wertuję rozkład jazdy szukając wcześniejszego połączenia,jest coś za
piętnaście minut z opisem ”kursuje tylko w dni nauki szkolnej”,siedząc na chodniku zastanawiamy się przez chwilę czy szkolniki się dzisiaj uczą,czy położyli lagę na edukację



,na szczęście autobus podjeżdża pakujemy się do środka ,i żółwim tempem przemieszczamy się w kierunku Sanoka,skąd rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę.

Jest po siedemnastej,siedzimy w domu i pochłaniamy w błyskawicznym tempie kurczaka z rożna i świeżutką sałatę w śmietanie gdy dzwoni telefon,to Barsus melduje swój powrót.


Do dyskusji zapraszamy na forum.

Dodaj komentarz