Share →

Co tutaj robić, kiedy kasy nie za dużo, 2 tygodnie wolnego, na stanie pies, którego nie ma gdzie „sprzedać”, a w głowie i duszy głód łażenia z plecorem po jakiś ciekawych i odległych zakamarach – jechać w Niski. Jako przykładny model współczesnej rodziny 2 + 1 postanowiliśmy na dłużej pojechać w część Beskidów, która zbudowana jest wyłącznie z błota i krzaków, a widoczek ze szczytu jest tak rzadki jak erekcja u impotenta.
A oto co zobaczyliśmy i czym chcemy się z Wami podzielić.


Co tutaj robić, kiedy kasy nie za dużo, 2 tygodnie wolnego, na stanie pies, którego nie ma gdzie „sprzedać”, a w głowie i duszy głód łażenia z plecorem po jakiś ciekawych i odległych zakamarach – jechać w Niski. Jako przykładny model współczesnej rodziny 2 + 1 postanowiliśmy na dłużej pojechać w część Beskidów, która zbudowana jest wyłącznie z błota i krzaków, a widoczek ze szczytu jest tak rzadki jak erekcja u impotenta.
A oto co zobaczyliśmy i czym chcemy się z Wami podzielić.

Dzień pierwszy – środa.


Pakowanie zajęło nam cały wtorek, przy czym w większości było to pakowanie rzeczy dla psa. Niestety Miszka jest jeszcze za mała, żeby przymocować do niej jakieś sakwy, plecor czy inne sanki więc mój plecak nie należy do opcji F&L. Jedziemy na partyzanta – bez planu, ale nie bez celu. Stwierdziliśmy, że śpimy tam gdzie dojdziemy i gdzie będzie fajnie 🙂 Żadnych waypointów czy nastawiania się na km.


Ruszamy z katowickiej Ligoty autobusem miejskim w którym rozgorzała dyskusja o psach i kagańcach. Jedna z pasażerek  mówi nam, że została kiedyś wyproszona z busa bo jej pies nie posiadał kagańca – mówiąc o psie miała na myśli Yorka 😀 Potem UNI-BUS do Krakowa i PKS Nowy Sącz do Krynicy. Na miejscu jesteśmy po 12.



„…na wszystko leje pies bo lubi PKS!”


W Krynicy postanawiamy zjeść obiad – jak się później okazuje najdroższy podczas całego naszego wyjazdu – no ale co kurort to kurort.
Ruszamy czerwonym szlakiem na Huzary i schodzimy do Mochnaczki Niżnej. Tam postanawiamy zanocować. W ramach prowizorycznego wyposażenia obozowego zabraliśmy namiocik żeby mieć alternatywę w ramach „W”. We wsi od razu znajdujemy miłą panią, która pozwala nam się rozbić na swoim polu. Jola z Miszą odpoczywają, a ja idę do sklepu po browary. Po drodze z głupia frant zapytuję innych gospodarzy o jakieś siano (w nocy niby ma padać). Gospodarz – starszy pan – od razu zaprasza nas do siebie. Jest stodoła, siano. Bardzo nas to cieszy. Przenosimy nasze graty kilka domów dalej, chwila rozmowy i już wiemy, że dziadek lubi coś mocniejszego – ruszamy po flaszkę. Wracamy, czeka na nas herbatka, my przynosimy Żołądkową i rozpoczynamy pierwszy urlopowy nocleg 😀



Huzary








Oczywiście do gospodarza schodzi się pół rodziny, potem pojawia się jakiś browar itd. Dość długo gadamy, częstujemy się lokalnymi ogórkami i marynowanymi rydzami 😀 Ostatecznie postanawiamy rozbić namiot przy stodole.


Dzień drugi – czwartek


Pies budzi nas ok 5.00 – jego normalna pora wstawania, przy okazji zawsze budzi mnie do pracy 😛 Na szczęście później zajarzyła, że jest na wczasach i dawała nam pospać do 7 – 8, istne szaleństwo wakacyjne 😛





Ruszamy niebieskim szlakiem rowerowym w kierunku Izb – co poźniej zobaczymy, na dziś zapowiadają burze (jak się później okaże- całkiem słusznie) więc planujemy spać raczej pod dachem.





Przed Izbami wita nas bardzo fajny widoczek na Lackową i jej zachodnią ścianę 🙂





W Izbach odnajdujemy sklep „na dzwonek” i jemy śniadanie. Zaczyna wiać złowieszczy wiatr. Idziemy dalej doliną  rzeczki Biała w kierunku dawnej wsi Bieliczne, z której ostała się tylko cerkiew. Przy cerkwi spotykamy dwóch ziomów z Krakowa, początkowo myśleliśmy, że są jakimiś konserwatorami, bo świątynia jest ładnie utrzymana. Po chwili rozmowy okazuje się, że po prostu postanowili kimnąć się w cerkwi – jest ona cały czas otwarta. Zwiedzamy i ruszamy dalej dolinka w kierunku przeł. Pułaskiego,








Docieramy na przełęcz, olewamy Lackową i idziemy w stronę Ostrego Wierchu. Tam spotykamy również rodzinkę 2 + 1, przy czym zamiast psa mają syna :). Jedynie ojciec wydaje się zadowolony z faktu, że zmusił rodzinkę do dymania z plecakiem. Żegnamy się i idziemy dalej. Po chwili z naprzeciwka idą 3 osoby, a za nimi mały piesek. Debile – bo inaczej nie da się ich nazwać – olewają pieska po tym jak zaczyna on się bawić z Miszą. Zagaduję do nich co to za pies, a oni tylko odpowiadają, że idzie za nimi od słowackiej wsi Cigielka, że to nie ich pies i….w długą. Byliśmy w takimi szoku, że nawet nie zdążyłem ich opieprzyć, kiedy zostaliśmy z drugim psem. Od tego momentu idziemy juz jako rodzina 2 + 2 ;P Docieramy do przełęczy nad Wysową – Zdrój. Jola z Miszką zostaje w wiacie, ja z uroczym pieskiem idę na słowacką stronę aby odnaleźć jego właścicieli. Dzięki temu spacerowi idę łąkami, z których roztaczają się piękne widoki. Odnajduję właścicieli i wracam na przełęcz – w oddali słychać już burzę. Ledwo docieram do z powrotem do wiaty – zaczyna ostro padać.






W dole słowacka wieś Cigel’ka


Po burzy ruszamy w dół do Wysowej. Jak się okazuje goni nas kolejna burza. Zdołaliśmy jednak dotrzeć do Wysowej, zakupić browara i usiąść pod sklepem, gdy rozpadało się znowu. Ludzie z Ostrego Wierchu polecają nam agroturystykę „U Leśniaków” – tam dziś śpimy (25 zł/os – pies gratis). Misza padła jak długa.








Dzień trzeci – piątek


Pies jest tak padnięty, że nawet nie chce sie jej wyjść na wieczorny spacer, dlatego dziś postanawiamy „przeskoczyć” tylko za grzbiet i zagościć w bazie w Regietowie. Na początku dnia zwiedzamy zdrojową część Wysowej, która jest bardzo ładna i nie ma w niej miliarda ludzi jak np. w Krynicy. Idziemy zielonym szlakiem na Kozie Żebro – górę legendę, która przyświecała nam podczas robienia GSzB w 2005 z racji bardzo stromego podejścia od strony zachodniej. Po wgramoleniu na szczyt, oczywiście zalesiony i bezwidokowy – bo jakże by inaczej było w Niskim 😀 robimy sobie przerwę i sesje zdjęciową Miszki do okładki magazynu „Twój pies” 😛






Jedne z niewielu zdjęć na których jestem 😛



Po tym zdjęciu widać, że jest to bardzo zadziorny pies 😛


Jemy czekoladę i schodzimy, owianym legendą zboczem zachodnim Koziego Żebra. Oczywiście błotna budowa Niskiego sprawia, że w połowie zejścia ląduję na dupie. Docieramy do bazy SKPB Warszawa, rozbijamy mandżur w namiocie, jemy zapiekanki z pieca i idziemy przejść się w bezludną dolinkę, w której kiedyś istniała łemkowska wieś Regietów, a raczej Reretów Niźni.











Wracamy, jemy kolację i idziemy spać, na bazie nic ciekawego się nie dzieję. Musimy sie wyspać, jutro troszkę dłuższa trasa


Dzień czwarty – sobota


Dziś plan obejmuję wejście na Rotundę, zejście do Zdyni i potem…. zobaczymy co będziemy robić booooo…. w nocy padało, a poranek nie zapowiada słonecznej pogody, pies jest dość zmęczony, w Zdyni odbywa się Łemkowska Watra i może warto byłoby sie na nią wybrać.
Zwijamy się z bazy i po ponad godzince jesteśmy na szczycie Rotundy. Tego dnia towarzyszy nam trzeci charakterystyczny składnik  Beskidu Niskiego – nisko utrzymujące się chmury deszczowe, które w tym wypadku na Rotundzie wzmagają doznania duchowe i nadają temu miejscu wręcz mistycznego charakteru.











Schodzimy do Zdyni w porze obiadowej i postanawiamy zaglądnąć do ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego. Dostajemy tam dwudaniowy, pyszny domowy obiad za niewielką kasę. Najedzeni i wysuszeniu, bo podczas zejścia zaczął padać deszcz, idziemy w kierunku miejsca, gdzie odbywa się festiwal „Łemkowska Watra”











Na imprezę zjechało bardzo dużo ludzi, miasteczko namiotowe było ogromne. Rejestracje z całej Europy, a głównie z Ukrainy i województw północno-zachodnich – terenów, gdzie w latach 1945-47 zostali przesiedleni Łemkowie. Nie wchodzimy jednak na teren festiwalu, ruszamy droga w kierunku Radocyny. 10 km asfaltem jest dość męczące dla Miszki, która popiskuje i kładzie się non stop. W połowie trasy robimy się przerwę na krótką drzemkę.





Psy maja niesamowicie szybkie zdolności regeneracyjne i już po 40 min drzemki Misza jest wesoła i zdolna do dalszego marszu. W przeciwieństwie do niej ja tylko zdążyłem się rozespać 😛 Kontynuujemy marsz w dół do bazy namiotowej SKPG Kraków w Radocynie. Poprzednia baza w Regietowie nie zrobiła na nas wrażenia, natomiast Radocyna przeciwnie. Po kilku godzinach dopada nas tzw. radocynizm – czyli chęć pozostania dłużej w bazie 😛 Na kolację wybieramy sie do jednego z dwóch obiektów jakie znajdują się w dolinie dawnej wsi – ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego nadleśnictwa Gorlice. Tam po raz kolejny jemy dobre domowe jedzenie i stwierdzamy, że w Niskim karmią bardzo dobrze i tanio – postanawiamy od tej pory jeść wszędzie gdzie będzie tabliczka „domowe obiady” :).
Wieczorem siadamy z krakusami w wiacie, przy butelczynie napitku, na zewnątrz, przy ognisku krzątają się kursanci SKPB Lublin, którzy w Radocynie kończą manewrami swoje dwutygodniowe przejście przewodnickie. Gra gitarrrrrrraaa, jest błogo. Zasypiamy momentalnie w namiocie bazowym przy dzwiękach pięknych łemkowskich piosenek.











Dzień piąty – niedziela


Jak to przy niedzieli śpimy dłużej. Faktycznie ogarnął nas radocynizm i tego dnia postanawiamy zrobić przejście do oddalonej ok 2 godzin marszu Nieznajowej. Po śniadaniu robimy sobie drzemkę, później Misza wyczaiła gdzieś zabawkę – bardzo podobnego kurczaka, którego Ci co byli na Heńkach dobrze znają :P.





Z żalem opuszczamy bazę, a z racji tego, że nasza pora wyjścia jest w okolicach obiadu, wstępujemy po raz kolejny do ośrodka nadleśnictwa na strawę. Objedzeni, idziemy w żółtym szlakiem w kierunku Nieznajowej, po drodze zahaczając o cmentarz kolejnej nieistniejącej wsi Długie oraz cmentarz wojenny.








Po drodze mija nas stadko owiec – tutaj musimy przypiąć Miszkę bo jest ona zagorzałą fanką wszelakich zwierząt 😛 Kilka razy musimy przekraczać Wisłokę, aż w końcu docieramy do chatki w Nieznajowej. Działa ona pod opieką „Stowarzyszenia Miłośników Chatki w Nieznajowej” pod jakimś kołem PTTK w Warszawie. To dawna leśniczówka i jedna z dwóch pozostałych chat w zniszczonej i wyludnionej wsi. Nie pobierają tutaj opłat za nocleg – trzeba go odpracować na rzecz chatki. Za zadanie dostaje nam się pogłębienie rowu melioracyjnego.









Jola dzielnie pracowała :P.





Chatkę odwiedza pewien Pan – Ukrainiec, wraz z dwoma synami, którego matka urodziła się w Nieznajowej, a on przyjechał na Watrę. Wieczorem robi się klimacik, do chaty schodzą się ludzie, gra gitara. Jedyny „minus” to fakt, że w chacie śpi sie na glebie, nigdzie nie ma kąska łóżka. Nie przeszkadza nam to, jednak biorąc pod uwagę fakt, że chata jest od ponad 25 lat własnością Stowarzyszenia, jakieś prycze można by  skombinować. Ale, może się czepiam.


Dzień szósty – poniedziałek


Zaczyna się drugi i zarazem ostatni tydzień naszego urlopu. Dziś w zaplanowaliśmy sobie dojście do Bartnego i nocleg w bacówie PTTK. Żegnamy Nieznajową i idziemy dalej żółtym szlakiem wzdłuż potoku Zawoja – brzmi trochę znajomo :P Pogoda jest piękna, dolina potoczku również.











Przed wojną wieś była ponoć tak duża, że odbywał się na niej targ, a dziś to tylko dwie chaty i cmentarz.
Człapiemy do wsi Wołowiec. Przed wsią, jak czołg,  znienacka wychodzi przed nas krowa i idzie w las 😛 Z pierwszych zabudowań wsi wyskakują trzy pseudoowczarki i atakuja Miszkę, na szczęście właściciel zdołał je odgonić, choć Misza ma ślad po lekkim dziabnięciu.
W Wołowcu oglądamy cerkiew – jedną z ładniejszych na naszej trasie.








Pod cerkwią spotykamy małżeństwo z dzieciakiem, które bardzo upodobało sobie Miszę – dzięki temu bedziemy mieli farta w Bartnem – ale o tym za chwilę 🙂
We wsi natrafiamy na chatę przy czerwony szlaku – „Chata u Kasi”, oczywiście jest szyld domowego jedzenia – uderzamy od razu. Pomidorówka i pierogi z jagodami, a do tego sok z owoców czarnego bzu to jedno z lepszych dań jakie kiedykolwiek jedliśmy. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że właścicielka – Kasia – była kiedyś gospodynią na Magurze Małostowskiej, a teraz przeszła na swoje.Naprawdę polecamy to miejsce zarówno do spania (jest pole namiotowe i pokoiki) jak i jedzonko.  Najedzeni do syta ruszamy dalej, robiąc sobie po drodze drzemkę 😀





Po szybkim śnie, który został przerwany atakiem mrówek – gigantów, idziemy dalej, szlak jest łagodny, szybciutko dochodzimy do Bartnego. Wita nas ładny widoczek na pagóry i wieś w dole. Postanawiamy spać w bacówie PTTK, umyć  porządnie i kimnąć się jak biali ludzie na łóżkach, no cóż nie mamy już po 18 lat 😛 Gospodarz schroniska informuje nas, że sklep we wsi, ok 3 km od schronu i czynny jest do 17. Patrzę na czasometr – 15.40. Trochę ponad godzina, a z psem te 3 km to dla nas raczej niewykonalne w tym czasie bo krowy, kaczki, kury to dla Miszy jest jak wpatrywanie się w Zbyszka Nowakowskiego i jego wodę przez starą babę – nic nie jest w stanie jej od tego odciągnąć. Nic to, próbujemy zdążyć do sklepu. Wychodzimy ze schroniska – w naszym kierunku biegnie koleś, dość mocno spocony


– „Cześć” – woła do nas
– „Cześć” – odpowiadamy
– „Dokąd idziecie?” – pyta biegacz
– „Do sklepu, mamy niecałą godzinę do zamknięcia i chcemy zdążyć” – ucinamy, żeby nie tracić czasu na rozmowę
– „Czekajcie, tutaj mam auto, zaraz Was podwiozę”


Jesteśmy w szoku, taki samołapiący się autostop to nie lada gratka. No ale nic. Po chwili podjeżdża miły Pan, pakujemy się i za 5 min jesteśmy w centrum wszechświata – przy sklepie, wyglądem przypominającym magazyn. Dopiero kiedy gościu, który nas podwiózł pojawia się z żona i synkiem poznajemy w nich ludzi spotkanych pod cerkwią w Wołowcu. Rozpoznali nas po psie. Misza ma u nas dużego plusa :).






Cerkiew w Bartnem


Pod sklepem spotykamy również Magdę i Rafała, którzy kręcą się po okolicy, widzieli nas w Zdyni, poznali nas również po psie 😛 Długo gadamy, w końcu zbieramy się w droge powrotną do schroniska. Niestety nie ma tak dobrze, tym razem nawet pół samochodu nie jedzie pod górę. Bacówka jest dość obłożona, obok swój obóz mają harcerze. Myjemy się pod ciepłą wodą, a później prowadzimy wieczorne rozmowy z Magdą i Rafałem, którzy podjechali do schronu. Magda wyjmuje z auta zupę, ja przynoszę palnik i tak razem jemy wieczorną strawę. Nasi nowi znajomi niestety muszą jechać dalej, my kładziemy się spać. Jutro czeka nas ciekawy dzień :).


Dzień siódmy – wtorek


Rano śniadanie i w drogę. Po trzech dniach łapiemy zasięg. Dostajemy informację, że niedaleko kręcą się kursanci z naszego koła przewodnickiego, więc postawiamy do nich dołączyć. Plan jest taki: Przez przeł. Majdan schodzimy do wsi Świątkowa Wielka i łapiemy stopa do Zawadki Rymanowskiej, gdzie spać ma kurs.
Ok. południa jesteśmy we wsi i postanawiamy zatrzymać się w barze z własną hodowlą pstrągów. Miszka śpi, tego dnia jest bardzo ciepło i trasa dała jej się we znaki, suszymy pranie, które wczoraj zrobiliśmy w bacówie i jemy obiad. Pstrąg z frytkami i surówką, a do tego pierogi łemkowskie. Jemy do syta za 27 zł!!! Tyle normalnie dalibyśmy za samego pstrąg, nie mówiąc o reszcie.














Zaczynamy okupować przystanek PKS’u w Światkowej – w wakacje nic tam nie jeździ. Za dłuższą chwilę zatrzymuje się samochód z dwoma wesołymi Panami – jedziemy do Krempnej, choć docelowe Panowie jadą bliżej – są dla nas bardzo uprzejmi :).
Kolejny stop do Polan – dawno nie widziałem większego zadupia ale udaje się nam z tamtąd wydostać ciężarówka. Kolejny miły Pan podwozi nas do końca Mszany – specjalnie dla nas nadrabia ok 20 km. W podziękowaniu dajemy mu browara. Dochodzimy do drogi krajowej nr 9 prowadzącej na Przeł. Dukielską. Do tej pory czekaliśmy na stopa max 20 min, a tu na drodze, gdzie auta jadą non stop czekamy ponad godzinę!!!  Stwierdzam, że łatwiej byłoby nam jechać, w drogą stronę, np do Hajduszoboszlo na Węgrzech, niż dojechać do Zawadki.



Tirówka – wersja zwierzęca :p.





W końcu udaje nam się dotrzeć do skrętu na Zawadkę. Po trochę monotonnym spacerze docieramy do bazy SKPB Lublin w Zawadce Rymanowskiej. Od razy nas się tam podoba. Łemkowska chata zaadaptowana na potrzeby turystów – coś pięknego. Oczywiście w chacie są już kursanci, kładą się jednak szybko spać. My zaprzyjaźniamy się z ekipą lubliniaków, bazowymi Kasią i Grażyną, Andrzejem i Hanią oraz żoną generała 🙂 Przy okazji pozdrawiamy wszystko bardzo serdecznie 🙂 Może kiedyś to przeczytają :P.
Andrzej napiernicza na gitarze, dziewczyny nucą łemkowskie pieśni, żurawinówka i wiśniówka rządzą na stole. Chwilo trwaj. Siedzimy do 3 i żałujemy, że zapasy nam się skończyły :P.








Dzień  ósmy – środa

Plan mówił, że dziś pójdziemy z kursantami do Zyndranowej ale jak to plany – lubią się zmieniać. W bazie jest tak extra, że postanawiamy zostać tam jeszcze jedną noc. Idealne miejsce na odpoczynek, świetni ludzie – nic dodać nic ująć. Żegnamy kursantów, którzy nie dają się namówić na kolejny nocleg z Zawadce. My się lenimy i przed południem ruszamy totalnie F&L na Cergową.






Bazowa Kasia 😀



Kursanci SKPB Katowice









Po szczytowaniu :p.


Z Cergowej ruszamy czerwonym do pustelni św. Jana z Dukli. Biorąc pod uwagę fakt, że jest pora obiadowa poniżej pustelni, przy budach z pamiątkami, kupujemy frytki i zapiekankę – również były bardzo dobre. Nawet mrożonki mają w Niski lepsze :P.
Wieczorem nad górami przetaczają się burze, zabrakło prądu we wsi ale przez to robi się bardziej klimatycznie. Siedzimy przed chatą i obserwujemy burze.



Zejście z Cergowej








Dzień dziewiąty – czwartek


Bardzo trudno nam się rozstać z bazą, szczególnie, że rano pada deszcz. Przestaje koło południa. Żegnamy się pięknie i obiecujemy sobie jeszcze kiedyś się spotkać i zgadać przez ryjbuka :P. Od razu przy chacie łapiemy stopa do głównej drogi, tam już PKS do Barwinka i przejście zielonym szlakiem do Zyndranowej.






Zyndranowa


We wsi znajduje się Muzealna Chata Żydowska (niestety jak zaszliśmy do wsi była już nieczynna) oraz Skansen Kultury Łemkowskiej, który odwiedzamy. Oprowadza nas student etnografii, który pisze pracę o Łemkach, a jego wiedza ogranicza się do słów: „To jest chata”, „To jest czarna izba”, itd. Troszkę przykre. Sam skansen, a tak de facto, kilka budynków jest ciekawy, schludny i gody polecenia – bez przewodnika.





Dzisiejszy nocleg przewidujemy w bazie SKPB Rzeszów. Po drodze mijamy agroturystykę, z głupia franc pytam o obiad. Oczywiście dostajemy wyborny dwudaniowy obiad i pyszny kompot. Gospodarze mają na stanie psa – Maxa, który został miłością Miszki :).





Docieramy do bazy. Goszczą w niej nasi kursanci, troszkę z nimi rozmawiamy i idziemy spać. Jutro czeka nas powrót do domu.





Dzień dziesiąty – piątek.


Postanawiamy wracać do domu. Pies nie czuje sie najlepiej, podczas tego wyjazdu bardzo nam schudła. Do głównej drogi podwozi nas kolega, oszczędza to nam 2 godziny dymania dolinką. W Tylawie robimy jeszcze zakupy i wsiadamy do PKS. W domu jesteśmy po 13 godzinach podróży i wieloma przygodami – kolizją naszego busa z osobówką w Krośnie, spóźnieniem pociągu w Bielsku, itd.



Pamiątka z wakacji – jedna przewidziana na jakieś Ryki :). 


Wyjazd bardzo udany, troszke przeszliśmy, pies dostał w tyłek i chyba przyzwyczaił się już do naszego wyjazdowego trybu życia, pogoda nam się udała, poznaliśmy fajnych ludzi i nowe tereny. Wszystko dobre co się dobrze kończy :).


Na koniec nutka łemkowska:


http://www.youtube.com/watch?v=efPW0f8nxk4&feature=related


http://www.youtube.com/watch?v=6-sxKDa2aE0&feature=related


Reszta fotek na: https://picasaweb.google.com/101042996304436378158/BeskidNiski#


Do dyskusji, zapraszamy na forum.

Dodaj komentarz