Share →

Moją odpowiedź, tfu – opowieść zacznę we wtorek 18ego września roku bieżącego. W tymże pamiętnym dniu zaliczyłem „finanse” i po złożeniu indeksu w dziekanacie, uczelni na dwa tygodnie miałem serdecznie dość.

Już drepcząc na mieszkanie przez głowę przemykało mi sto myśli wyjazdów, jak to mam w zwyczaju. A pewnik był jeden- w domu do października nie będę siedział. 

Plany były szumne i planów było wiele, ale podsumowując, na skutek przeciwności losu musiała zwyciężyć opcja, uznawana wcześniej za ostatnią deskę ratunku wojaży wakacyjnych – Sudety.
Tak, tak, byłem tam już dwa lata temu.  Szedłem Głównym Szlakiem Sudeckim i co więcej – podobało mi się. Ostatnio ograniczenia czasowe pozwoliły mi zakończyć marsz  na 235tym kilometrze, w Kudowej Zdroju.   Do końca szlaku zostało więc, jeśli zawierzyć sieci – 144km – idealnie jak na parodniową, wrześniową  przechadzkę.  Poza tym – znakomicie zapowiadała się pogoda, pełni więc optymizmu wyruszyliśmy w drogę. Póki co w drogę do Kudowej, gdyż z racji odległości to już było dla nas – mieszkańców południowej Polski-  wyprawą zajmującą cały dzień.
W poniedziałek 24ego września, przed ósmą rano opuściłem moje domostwo i udałem się na drogę posiadającej dumne miano „krajowej”, aby autostopem dojechać do Krakowa.  Poszło mi to bardzo sprawnie – gdyż już po kilku minutach pierwszy sponsor mojej podróży jechał bezpośrednio do dawnej stolicy i odstawił mnie tam w okolicach dziewiątej rano. Po przybyciu do centrum spotkałem się z Anitą i tu zaczęliśmy zastanawiać się nad dalszym etapem podróży. Mniejsza o to jak przebiegała nasz debata na ulicy, przyznam się, za moją inicjatywą,  wybraliśmy jednak transport publiczny.  Czas od dwunastej do szesnastej upłynął nam przez to w autobusie do Wrocławia. Na miejscu, po kilku minutach kupiliśmy bilety i chwilę później zmierzaliśmy do Kudowej Zdroju.


Nie byłem szczególnie zadowolony,  z tego ostatniego etapu, gdyż kierowca zatrzymywał się chyba wszędzie, gdzie tylko mógł i w uzdrowiskowym mieście byliśmy o zmierzchu.


Nie pozostało nic innego, jak znaleźć szlak i ruszać na południe. Tak też zrobiliśmy i w gasnącym świetle dnia, a potem przy blasku czołówek wyszliśmy za miasto, na pobliskie pagórki i na jednym z nich rozbiliśmy namiot.


Ku naszemu i zapewne także meteorologów zdziwieniu w nocy padało. Nie przeszkodziło to jednak pogodzie w porannym ustabilizowaniu się, co bardzo nas ucieszyło. Trochę czasu upłynęło,  zanim namiot wysechł, toteż wolno przeżuwaliśmy śniadanie i kontemplowaliśmy krajobraz tegorocznej jesieni.


A było na co popatrzeć. Powoli wznoszące się słońce powodowało przyjemne dla oka pełzanie mgieł po polach oraz oświetlało wzgórza mieniące się odcieniami zieleni i żółci. Wprost chciało się wyjść. Namiot wprawdzie nie dosechł, jednak co tam. Idziemy. Początkowy chłód, wkrótce ustąpił i po dłuższej chwili szliśmy już w krótkich ubraniach, jak latem. Podążając za czerwonymi znaczkami kierowaliśmy się na wschód, mijając po drodze niewysokie pagórki i przełęcze. W lesie mijamy ekipę wycinającą drzewa i jednocześnie przyczynę krótkotrwałego braku oznakowania i zdezelowanej ścieżki.


W lesie jest ciągle rześko, jednak przyjemnie. Trawersujemy wierzchołek Grodczyn (803npm), po czym za wskazaniami kompasu , na czuja szukamy dalszej części szlaku. Nie jest to problematyczne, jednak taka wycinka denerwuje.  Po wyjściu na otwartą przestrzeń zaczyna trochę wiać, jednak „błękitna” pogoda ciągle się utrzymuje, uprzyjemniając drogę. W dalszej części trasy zaopatrujemy się w wodę u przygodnego gospodarza, a także odbijamy ze szlaku  na ruiny zamku Gomoła.


I tu na jakiś czas ciekawa trasa się kończy, a ja musze „przewinąć taśmę”. Oglądając mapę i drapiąc się w głowę postanawiam odpuścić marsz na Duszniki Zdrój i bezpośrednio uderzyć na drogę do Zieleńca , gdzie biegnie czerwony szlak. Jezdnia jest gładka, równa i współfinansowana niebotyczną kwotą ze środków UE, jak głosi tablica, lecz strasznie niewygodna do marszu. Bez zastanowienia nie zatrzymując się, „łapiemy” przejeżdżające samochody i tym sposobem szybko dojeżdżamy do Zieleńca około godziny dwunastej.


Stamtąd niestety jesteśmy już skazani na tłuczenie asfaltu tzw. Autostrady sudeckiej. Droga dla zmotoryzowanych jak marzenie, jednak w naszym kierunku ruch niemal zamiera. Podczas marszu do Lasówki przejeżdżające samochody mógłbym niemal policzyć na palcach.  Sama droga była bardzo nużąca i nudna. Kilometr za kilometrem asfalt, a końca nie widać. Gdyby pan Orłowicz widział, jakim terenem biegnie jego „górski” szlak, z pewnością by nie był zachwycony.  Na szczęście pogoda ciągle jest doskonała a temperatura wprost idealna. No i widoki, które pozwalają nam zachować na tym odcinku dobre nastoje.  W takiej atmosferze opuszczamy niedocenioną Lasówkę i wreszcie wchodzimy w las. Póki co jeszcze asfaltem – ale dziurawym jak sito. Czyżby zapowiedź dalszej ścieżki?


Zmęczeni twardą nawierzchnią zatrzymujemy się na „obiad” (nazwa adekwatna do pory, nie do spożywanych treści), na strategicznie położonych ławeczkach,  w pobliżu skrzyżowania.  Nasz relaks nie trwa długo, gdyż dziś do przejścia mamy jeszcze spory odcinek. Kolejny etap naszej wycieczki wiedzie iglastym lasem, gdzie ściółka pozwala zregenerować się naszym odnóżom a cień chroni od słońca. Tak docieramy aż pod Przełęcz Spaloną , a za podejściem trawiastym stokiem czeka nas już schronisko PTTK Jagodna.


Tu możemy posiedzieć i spojrzeć na mapę. O nie! Czeka nas kolejne kilka kilometrów deptania asfaltu.


Pogoda zaś zaczyna się powoli psuć. Na niebie pojawiają się cirrusy, by przed wieczorem całe niebo zasnuło się chmurami burzowymi. Nie mamy więc czasu do stracenia i z tą myślą zmierzamy dalej wiodącym wśród sudeckich szlaków, tłukąc asfalt i tylko miejscami przerywając na wędrówkę w terenie. Długopole Zdrój rozświetlają już latarnie, gdy wchodzimy do miejscowości. Tam kupujemy tylko Kubusia i wodę, po czym zmierzamy dalej, na podejście. W świetle czołówki kluczymy chwile po stacji kolejowej, zanim udaje się wypatrzyć szlak. Wiedzie prosto do góry. Przechodzimy nad tunelem i dalej ciemnym lasem. Po kilkuset metrach docieramy na wykoszoną łąkę. Tam, na granicy drzew decydujemy się przenocować.  Oparci o „belę” siana gotujemy wieczerzę i rozmyślamy, co przyniesie nam dzień kolejny, po czym zmykamy do śpiworów.


O szóstej rano budzik w telefonie wrzeszczy na całego. Jak to na wyjeździe bywa – wstawać nie chce się jeszcze bardziej niż w domu, a szarówka w namiocie nie wróży dobrej pogody.


Jakie jest moje zdziwienie, gdy po odsunięciu wejścia ukazuje mi się niemal bezchmurny widnokrąg zakończony Masywem Śnieżnika. Faktycznie, jeszcze jest szaro lecz tylko dlatego, ze wschód słońca już bliski. Tym lepiej dla nas –po kilku minutach  przy śniadaniu pogoda funduje nam bajeczną grę kolorów i świateł. Wprost nie sposób było się napatrzeć, a podczas pakowania towarzyszyła nam aura jak z bajki. Pora jednak zejść na ziemię. Jest ładnie, ale od rana wieje i zmusza nas do założenia kurtek. Po wyjściu z lasu wchodzimy w trawę po kolana i taka nawierzchnia towarzyszy nam aż do drogi głównej. Nawet nie wiemy kiedy, gdy gubimy nieoznaczony od kilkuset metrów już szlak i zamiast do Wilkanowa, wchodzimy w szczere pola.  Trochę się rozpędziliśmy, więc trzeba się zatrzymać, przestudiować mapę i  już wiem gdzie jesteśmy.  Pędzimy teraz prosto na północ, po ornym polu. Droga biegnąca parę metrów od nas jest tak zarośnięta drzewami, ze nie ma sensu nią iść. Nie mija pół godziny, gdy ubłoconymi buciorami w końcu stajemy na drodze przed Wilkanowem. W sklepie standardowo zaopatrujemy się w wodę nie zagrzewając długo miejsca we wsi. Dalej szlak wiedzie w zasadzie polami. Tu krowy i ogrodzenie z elektrycznym pastuchem, tam błoto, a jeszcze gdzie indziej trawiaste, niewydeptane ścieżki. Pełna różnorodność.


Po wyjściu z któregoś już z kolei podejścia wyrasta przed nami w końcu masyw Śnieżnika. Widziany z tej perspektywy jest wprost na wyciągnięcie ręki. Punktowo-żółciejące drzewa liściaste i intensywna zieleń iglaków sprawia, że jest na co popatrzeć.


Z tyłu zostawiamy Góry Bystrzyckie i jakby przyspieszamy  kroku.


Gdy osiągamy granicę lasu wreszcie zaczynają się dla nas góry i solidne podejście. Pod sanktuarium Marii Śnieżniej docieramy około południa. W sam raz by nacieszyć się widokami, posiedzieć w cieniu drzew i zjeść „małe co nieco” . Siedzący za nami Niemcy, których jest całe mrowie, także się cieszą, po każdym łuku z półlitrowego Kufla Żywca.


Po krótkiej, ale jakże przyjemnej posiadówce czeka nas droga w dół do Międzygórza, przerywana dodawaniem otuchy podstarzałej wycieczce, prącej mozolnie do Sanktuarium.
-Daleko jeszcze?
-Około 10,15 minut, pół godziny, 45 minut, ……


I tak kilkanaście razy. Aż do Międzygórza, które wyłoniło się nam niemal wprost zza drzew. Poza postkomunistycznymi budowlami na początku, ogólnie zrobiło na nas dobre wrażenie. A Pan w stacyjce GOPR, choć nie pytany, od razu wiedział, gdzie zmierzamy.


Podejście na Śnieżnik okazało się nudnym i monotonnym przedsięwzięciem. Dwie godziny dreptania po równej drodze, a później ścieżce nie były niczym przyjemnym. W dodatku pogoda zaczęła się już psuć ewidentnie. Mimo drzew, im wyżej, tym bardziej wiało. Hale pod Śnieżnikiem przetrawersowaliśmy szybko, zatrzymując się w przytulnej wiacie. Tu już nie dęło, można było narzucić na siebie polar i zrobić jedzenie. Jedzenie i dużo gorącej herbaty. Oj tak, było milo…. W tym czasie na zewnątrz przewijali się turyści. Niektórzy – ci bardziej „niedzielni” z ciekawością zapatrywali się na nas. Jak to – taki wielki plecak!? Takie duże buty? Do tego nie jedzą w schronisku tylko na zewnątrz, jak zwierzęta 🙂 – zapewne pomyślał niejeden. Mnie to wszystko trochę śmieszyło. Więc postanowiłem podśmiewać się z nich, a oni pewnie nie pozostawali mi dłużni.


Po jedzeniu zebraliśmy graty do kupy i udaliśmy się w dalszą podróż. Był to przyjemny spacerek, bez konkretnych podejść, czy stromych zejść.  Na Czarnej Górze z wieży widokowej, w świszczącym i szumiącym otoczeniu, obejrzeliśmy dalszy fragment naszej drogi.


Pięknie to wyglądało.


Po zejściu dość stromym stokiem, ku naszemu zdziwieniu drogę przecięły nam owce. Całe stado i to w dodatku bez pasterza. Ten był parę kilometrów dalej. Tak się  składało, że akurat na naszej drodze i braliśmy od niego wodę.  A owce powoli, niemal „spirytusoidą” wkrótce do niego przylazły.  Ciekawe zjawisko.
W tym miejscu, wieczorną porą, na przełęczy Puchaczówka mogliśmy przenocować, albo pchać się kolejne dwie godziny lasem. No i się wepchaliśmy. Nie był to szczególnie przyjemny spacerek, już trzeciego dnia chodziliśmy i rozbijaliśmy się po nocy, ale co zrobić.  Teraz przy punktowym  świetle pokonujemy Wilczyniec, przełęcz pod Chłopkiem aż docieramy na skraj lasu. Tu już zapewne w dzień zauważylibyśmy wieś Katy Bystrzyckie – sądzimy po odgłosie ujadającego psa. Już od dłuższej chwili rozglądaliśmy się za biwakiem, dlatego nie mam zamiaru daleko szukać miejsca. Rozbijamy się pare metrów od wizjery lasu, po czym w nieciekawych nastrojach gotujemy jedzenie i z czołówkami na głowie usiłujemy trafiać łyżką do ust. Szybko po tym gramolimy się do śpiworów, gdyż pogoda nie zachęca na dłuższe posiadówki . Po niebie przewalają się chmury, gnane podmuchami wiatru, który przez cały dzisiejszy dzień nie miał ochoty zelżeć.


Czwartkowy ranek niestety nas nie zachwycił, a pogoda nie poprawiła się, jak ostatnimi dniami miała w zwyczaju. Nie było nawet bardzo na czym oko zawiesić, toteż  spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w stronę tzw. Kątów Bystrzyckich. A wieś to była dziwaczna. Sprawiała jakby upiorne wrażenie. Nie zauważyłem żadnego człowieka,  a domy przedstawiały taki stan, jakby wkrótce miały się zawalić. Wszędzie pusto i nieprzyjemnie. Co w ogóle wczoraj na nas szczekało?  No nie wiadomo. Wieś wkrótce mijamy i wchodzimy na chwile w przyjemniejszy dla oka teren. Na chwile, gdyż przed samym Lądkiem Zdrój po naszej lewej stronie wyrasta wysypisko śmieci. Wkrótce do walorów wizualnych dochodzą niewątpliwie wyborne efekty węchowe. ….  Byle szybko minąć to miejsce.


A chmury  za nami robią się coraz ciemniejsze i coraz gęstsze. W Lądku horyzont przedstawia nam się wręcz wcale optymistycznie. Będzie trzeba zmoknąć na finiszu – pomyślałem przeżuwając drożdżówkę na „lądkowym” rynku. W mieście posiedzieliśmy chwile, zawieszając oczy na interesującej bryle ratusza i przegryzając małe sniadanko , po czym oddaliśmy się w kierunku przełęczy pod Konikiem.


Teren leśny, w zasadzie mało ciekawy, toteż mijamy go bez zbędnej zwłoki. Parę razy straszy nas deszcz, jednak pogoda jest dla nas ciągle łaskawa.


Po drodze przechodzimy wieś Orłowiec, by zaraz za nim rozpocząć właściwe ostatnie podejście wyjazdu – na Jawornik Wielki. Około piętnastej osiągamy wierzchołek i kierujemy się na pobliską wieże widokową.


Z góry dostrzegamy, że właściwie tylko nad nami (nad tą częścią gór) przewalają się niskie chmury, zaś spod nich,  na horyzoncie widać nawet przebłyski promieni słonecznych. Tym samym jest nadzieja, że nie zmokniemy.


Od Złotego Stoku dzieli nas już tylko około godzina drogi, toteż nie spieszymy się, zatrzymując na zlikwidowanie pozostałych zapasów i podziwiając widoki.


Gdy docieramy do miasta pogoda nieco się stabilizuje. Toteż w przyjemnym świetle obserwujemy resztki poniemieckiej architektury Złotego Stoku i po krótkiej przerwie ruszamy dalej – do Paczkowa.


A kolejne kilometry nie przynoszą nic ciekawego oprócz bólu w stopach. Ostatni odcinek biegnie bowiem, poza dwoma kilkusetmetrowymi fragmentami, tylko i wyłącznie asfaltem.


Nie jest to najmilsze  po całym dniu chodzenia, jednak tłuczemy te ostatnie kilometry bez sprzeciwu.  Zmrok zastaje nas za wioską Błotnica, toteż biwak rozkładamy na najbliższym polu, kilkaset metrów od drogi. Mimo średniej pogody tego dnia, było nam dane obserwować  gorejący  zachód słońca i po jedzeniu bez zwłoki położyliśmy się spać.


Rankiem, co prawda wiatr nie ustał, jednak pogoda trochę się poprawiła. Ostatnie kilometry dzielące nas do Paczkowa pokonujemy od ósmej do dziesiątej rano. Miasto urzeka ciekawa architektura i historią. Otoczone zachowanymi jeszcze murami obronnymi,  z  pięknym ratuszem i wyniosłą bryłą katedry obronnej zachęca do zwiedzenia.


Właściwie nie mamy jeszcze pewnych planów na dziś, toteż po pobieżnym obejściu  nader interesującej starówki, szukamy informacji turystycznej.  Tam zasięgamy wiedzy o pozostałej części Głównego Szlaku Sudeckiego (przedłużonej). Co ciekawe nie jest ona kompletna i dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, ile jeszcze ciągnie się czerwony szlak. Niby jest to kilkadziesiąt kilometrów lecz patrząc na jego przebieg szybko nam się odechciewa dalszej wędrówki.  Wiedzie on bowiem wiejskimi  drogami, asfaltem, dopiero od Głuchołazów podchodząc w góry.


W związku z tym, że jedynym minusem tego wyjazdu okazały się odcinki asfaltowe, a Anita od jakiegoś czasu skarżyła się na ból więzadła – rezygnujemy z przyjemności przedłużenia sobie wędrówki. Kończymy GSS na 379 kilometrze, tam gdzie pierwotnie była granica szlaku. I dla mnie jest to definitywny koniec. Może ktoś ma inny zamysł i swoje zdanie, ale klepać asfalt, bez przyjemności, tylko po to żeby przejść, wydaje mi się bezsensowne.  Lepiej kiedyś poświęcić weekend i przejść odcinek od Głuchołazów do Prudnika. Jednak nie dziś…


Wychodzimy więc łapać stopa na najbliższą drogę krajową. Po pół godziny oczekiwania w kiepskim miejscu  jedziemy już do Nysy. Dalej z dwoma kierowcami docieramy pod bramki na autostradzie, na wysokości Opola. Tu także dopisuje nam szczęście – wkrótce zatrzymuje się kierowca jadący prosto do Krakowa.  Okazuje się, że w przeszłości dużo podróżował tym środkiem transportu. Potem zaczęła się praca, brak czasu itp… Feeee!!, jak często to słyszę. 😀
Około szesnastej wysiadamy w Krakowie i tu nasza podróż właściwe się kończy.  Teraz wybieramy publiczny środek transportu – PKS i po wyczekaniu swego w korkach, na krakowskich arteriach wyjazdowych, wracamy do domów.


Więcej zdjęć: https://plus.google.com/u/0/photos/113571562929601664690/albums/5798476024378622961?authkey=CLjIkrXHp4Rp


Do dyskusji, zapraszamy na forum.


Dodaj komentarz