Share →

08Zostawiliśmy Jasło szare, ponure i zaspane. Pewnie byłoby weselsze, a może byłoby mu nawet weselej, gdyby zima okryła je minimalną warstwą białego puchu. Mijamy kolejne większe miasta na naszej trasie i powoli godzimy się z tym, że mimo stycznia przyjdzie nam spacerować w błocie. Jednak, gdy mijamy Gorlice nadzieja zaczyna w nas gościć. Gdzie niegdzie zauważamy hałdy śniegu, a im dalej w wioski tym więcej jest go na polach. Jednak najmilsze zaskoczenie jeszcze przed nami. Dostarcza nam go Magura Małastowska, która jest cała zaśnieżona i dodatkowo termometr w aucie zaczyna pokazywać coraz niższą temperaturę.

 

 

 

Prolog
Pierwsze Podejście na Busov zrobiłem w lipcu 2011 r. Planowana pętla miała mieć około 30 km i miała prowadzić z Wysowej przez Lackową, Palnicę, Busov i z powrotem do Wysowej. Jakoś tak wyszło, że na trasie naszej eskapady dotarliśmy do punktu Palnica i zawróciliśmy do Wysowej, na szczęście  już nie przez Lackową. Trasa ta jest o tyle przyjemna, że praktycznie, co kawałek są szlaki prowadzące do Wysowej, a odchodzące od granicy, także w razie załamania pogody lub innych nieprzewidzianych wypadków można wrócić do cywilizacji w łatwy sposób. Ale nie topografia była sednem tej wycieczki. Było nim to, że ewidentnie pogoda nie sprzyjała tamtego dnia i mimo, że zdarzyło się iść dłuższe trasy po górach Polski, to tym razem jakieś 27 km było kresem moich możliwości. Tamtego dnia. Żar lał się z nieba. Co ciekawe mimo, że skonsumowałem w trakcie marszu 3 l wody, to odwodniłem się, co z kolei przypłaciłem całonocnym bólem głowy . Busov fizycznie niemal rzucił mnie na kolana. I bez przesady muszę powiedzieć, że kondycyjnie była to moja najcięższa letnia wycieczka.

lackowawidok na Lackową latem

Ziarno zostało rzucone
Jest sylwester, a może już nowy rok, gdy ktoś rzuca propozycję, aby gdzieś wyskoczyć w najbliższym czasie w góry. Szybko konstatujemy, że najbliższy weekend jest długi i ma 3 dni. Widać, że propozycja nie trafia w pustkę i pewno coś z tego będzie. Ale teraz nie czas na konkrety, teraz jest czas „zmęczenia”. Zapada postanowienie, że dogadamy sprawę w tygodniu telefonicznie. Jest decyzja, jedziemy. Ziarno przyjęło się, ale co z niego wyrośnie to się dopiero okaże w piątek gdy będziemy już umawiać się dokładnie.

1

Wschodzi plon
Zostawiliśmy Jasło szare, ponure i zaspane. Pewnie byłoby weselsze, a może byłoby mu nawet weselej, gdyby zima okryła je minimalną warstwą białego puchu. Mijamy kolejne większe miasta na naszej trasie i powoli godzimy się z tym, że mimo stycznia przyjdzie nam spacerować w błocie. Jednak, gdy mijamy Gorlice nadzieja zaczyna w nas gościć. Gdzie niegdzie zauważamy hałdy śniegu, a im dalej w wioski tym więcej jest go na polach. Jednak najmilsze zaskoczenie jeszcze przed nami. Dostarcza nam go Magura Małastowska, która jest cała zaśnieżona i dodatkowo termometr w aucie zaczyna pokazywać coraz niższą temperaturę.

02

Na miejscu w Wysowej jest już w ogóle miodzio. Wszędzie jest biało, a temperatura ma głęboko w nosie dodatnie rejony i zero jest dla niej nie sympatyczne, to też woli trzymać się od niego z daleka. Jesteśmy po prostu w różowych muchomorach. Szybko zarzucamy na siebie ochraniacze, lekko przepakowujemy plecaki i w drogę.

03

Po opuszczeniu asfaltowej drogi, co następuje bardzo szybko, wbijamy się w szlak, który latem prowadzi szutrem wprost do pasma granicznego.

04

Warunki są super, śniegu jest w sam raz. Cieszy oczy a torować nie trzeba. Nim osiągniemy granicę polsko-słowacką czeka nas siurpryza.

05

Na okoliczne łąki wyszła większa gromada saren. Na szczęście nie są niczym zaniepokojone i można je fotografować dowoli. Nie wiem czy to te zwierzaki czy rozmowa tak nas rozkojarzyła, ale w pewnym momencie odbijamy nie tam gdzie trzeba i ciężko nas dziwi, że szlak nie odbił wraz z nami. Szybkie poszukiwania Mikrona przynoszą rezultat i razem z Chochlikiem dołączamy do niego brnąc przez chaszcze na przełaj. Jest granica. Robimy krótki postój i zaraz przechodzimy na słowacką stronę. Droga w sąsiednim kraju zaczyna się od obejścia niewielkiego zagajnika. Z tego miejsca mamy doskonały widok na królową polskiego Beskidu Niskiego – Lackową.

06

Po kilku chwilach i paru setkach metrów panorama zaczyna się zmieniać i miejsce naszej monarchini zajmuje on, Busov.

07

Król, zupełnie jak nie facet, nieśmiało kryje się za Palnicą i nie pokazuje prócz wierzchołka swego całego oblicza. Nim dotrzemy do obojga parę kilometrów przyjdzie nam przydreptać rozległą równiną, na której latem są łąki, a Słowacy mają tam swoje pastwiska dla bydła.

08

Jednak tym razem obejdziemy je boczkiem. Latem szliśmy na przełaj skrzętnie przeskakując przez ogrodzenia. Przyznam, że miałem nieco w porach, bo szedłem wtedy z intensywnie czerwonym plecakiem, a krówki pracowicie przeżuwały świeżą paszę. Słowacja to nie Pampeluna, a ja nie preferuje udziału w gonitwach byków. No, ale teraz jest zima i nawet, jeśli mam czerwone ciuchy to bydło grzecznie stoi w oborach. Bać się nie ma czego. Przede wszystkim jednak lepiej znamy okolicę i jak się już rzekło pastwiska ominiemy szerokim łukiem.

Zbieramy plon
Krok za krokiem zbliżamy się do celu naszej wędrówki. Równina umyka miarowo pod naszymi stopami a rozległą przestrzeń pastwisk i łąk zastępują coraz gęściej rozsiane forpoczty lasu. Wraz z pojawieniem się drzew teren zaczyna się pochylać i zamieniać w podejście zboczem Palnicy. Gdy robi się już na prawdę stromo jesteśmy w gęstym lesie.

09

10

11

12

I znów staje przed oczyma lato. Wtedy myślałem, że wyzionę ducha w tym miejscu. Teraz jednak idziemy wszyscy sprawnie i podejście kondycyjnie nie sprawia nam żadnych trudności. Jedyną przeszkodę stanowi to, że idziemy na azymut i trzeba się czasem pochylić lub chaszczować. Na grzbiecie Palnicy stajemy szybko. Tu dopiero zaczyna być czuć zimę. Z racji, że jesteśmy dość wysoko, a za plecami mamy rozległą otwartą przestrzeń nie dziwi zimny wiatr. Szczelniej otulamy szyje i ruszamy trawersem grzbietu, aby po paru setkach metrów skręcić w dolinkę dzielącą nas od Busova. Zejście do niej jest znacznie krótsze niż poprzednia wspinaczka. Mikron wraz z Chochlikiem korzystając ze zmrożonego śniegu zaczynają zjeżdżać na butach jak na nartach. W moim przypadku sztuka jest niemożliwa. Stosunek masy do powierzchni nośnej moich podeszew powoduje, że zamiast jechać w dół, to wbijam się w śnieg.

Na dole szybka akcja z określeniem gdzie dokładnie zeszliśmy i w którą stronę iść dalej. Mikron jak zawsze staje na wysokości zadania i po chwili ruszamy we właściwym kierunku. Z pomiędzy koron drzew zaczyna nam przyświecać słoneczko. Miła sprawa, bo do tej pory były na niebie tylko chmury. Gdy docieramy na właściwy szlak na Busov decydujemy się na nieco dłuższą przerwę, nadchodzi czas na posiłek. Mój termos okazuje się być do bani. Dotychczas żyłem w przeświadczeniu o tym, że dokonałem interesu życia i termos za 30 zł z marketu będzie dobry. Tym czasem wykazał się sprawnością tylko na jednym wyjeździe. Na szczęście ma resztki godności i przynajmniej nie pozwolił mojej herbacie zamarznąć.

13

14

Posileni ruszamy dalej. Po drodze mijamy ciekawe drzewa oblepione śniegiem w taki sposób, że aż ciężko uwierzyć, że to działanie natury. Niedługo potem dochodzimy do właściwego podejścia na Busov. Tu o dziwo śnieg jest coraz głębszy i coraz bardziej sypki. Mikron z Chochlikiem prowadzą, przy czym poruszają się jak ślimak z popularnej niegdyś zagadki matematycznej. Robią krok do góry i zjeżdżają pół kroku w dół, wszystko przez ten śnieg. Ja nie mam już tego problemu, idę jak po schodach po ubitych przez nich stopniach. Szczęściem ten fragment nie jest długi i po kilku chwilach stajemy na grzbiecie króla Beskidu.

15

16Jeszcze parę kroków i jesteśmy na szczycie.

17

18

19
Z oddali słyszymy jakieś głosy. Gdy postanawiamy już zejść mijamy grupę Słowaków, którzy podchodzili z przeciwnej strony niż my.

Epilog
Stoję w Krośnie i czekam na autobus do domu. Jest mi piekielnie zimno a tu jeszcze 30 min czasu do odjazdu. Miałem szczęście, bo z Jasła udało mi się tu przyjechać za darmo. Kierowca po prostu stwierdził, że szkoda zachodu z tak niską kwotą, a po za tym kończył już kurs i był w dobrym humorze. Czas leniwie płynie a ja jeszcze raz tyle, że w głowie, przeżywam dzisiejszy dzień. Po zejściu z Busova ruszyliśmy leśną drogą w przeciwnym kierunku względem tego, z którego przyszliśmy. Po drodze minęliśmy jeszcze jakąś starą budę ciężarówki, która była przerobiona na kontener mieszkalny.

20

Zza grzbietu Busova co czas jakiś przyświecało nam słońce, tym razem w plecy.
21

22

Reszta drogi po słowackiej stronie prowadziła znów rozległymi łąkami. Dopiero od granicy z Polską zaczęło robić się nieco lesiście, ale bez przesady. Nim jednak powróciliśmy na łono ojczyzny zrobiliśmy jeszcze mały postój w napotkanej wiacie.

23

24

Z tego miejsca mieliśmy do przejścia jakieś dwa, trzy kilometry szutrami.
25

I na koniec godzinny marsz asfaltem. Zdecydowanie nieprzyjemne doświadczenie, nawet zimą. No a końcówka wyjazdu to jazda przez coraz bardziej szare, ponure i bezśnieżne okolice Gorlic, Biecza, aż do Jasła.

Zdjęia autorstwa mikrona i jego małżonki


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie :Busov zimą 2012 czyli co się odwlecze, to nie uciecze

Dodaj komentarz