Share →

100_1286Po zakończeniu prac inżynieryjno-saperskich i odzianiu ochraniaczy ruszamy wreszcie na szlak. Zaczynamy kierować się za znakami w kolorze czerwonym zmierzając w kierunku podejścia na Kolanin. Łączą się one na początku ze szlakiem żółtym, ale nas interesuje teraz tylko czerwony. Droga wiedzie przez las i mimo tego, że ścieżki nie widać to nie ma problemu z nawigacją. Idzie się całkiem dobrze, czasem tylko jakiś wiatrołom lub zakryta śniegiem dziura, albo fenomen przyrody w postaci śladów rysia na śniegu hamuje równe tempo.

– Wiesz nie. Mamy inne plany. Chcemy odwiedzić babcię Chochlika.
– Ok, rozumiem. Szkoda.
Kończymy rozmowę z Mikronem. No nic, pojedziemy w składzie dwu osobowym.
– Ula, Mikrony mają inne plany na jutro i nie jadą.
– Szkoda.- Słyszę zawód w głosie żony.
Po chwili odzywa się telefon. To znowu dzwoni Mikron.
– Przemyśleliśmy sprawę i babcia może poczekać. Jedziemy z wami.

Tak o to w skrócie urodziła się nam wycieczka w Beskid Niski końcem tegorocznej zimy. Padło na okolice Krempnej i Kotani. Mikron z Chochlikiem robili tą pętlę już latem i zimą, rowerem i pieszo, a może i na barana, w każdym razie dużo razy. Ja natomiast byłem tam tylko wczesną wiosną, a moja Ula nigdy.

Wyjeżdżamy dość późno jak na nasze standardy, bo około 6 rano. Mimo to wstawać się nie chce, a śniadanie staje w gardle i z trudem daje się przepchnąć przez ściśnięty przełyk. Po jakiejś godzince jazdy jesteśmy na przełęczy Hałbowskiej, miejscu skąd będziemy startować. Czeka nas tam niespodzianka, bo gdy w mieście śnieg o swojej niedawnej bytności przypomina drobnymi plamkami tam i  tu, to w górach panoszy się niczym prawowity władca tej krainy i nie ma to nic wspólnego z nieśmiałym wspomnieniem o nim na nizinach. Dość powiedzieć, że pierwsze chwile spędzamy na spulchnianiu i przerzucaniu śniegu z pobocza. W innym wypadku auto mogłoby się zawiesić stojąc tam dłuższy czas i mielibyśmy problem.

Po zakończeniu prac inżynieryjno-saperskich i odzianiu ochraniaczy ruszamy wreszcie na szlak. Zaczynamy kierować się za znakami w kolorze czerwonym zmierzając w kierunku podejścia na Kolanin. Łączą się one na początku ze szlakiem żółtym, ale nas interesuje teraz tylko czerwony. Droga wiedzie przez las i mimo tego, że ścieżki nie widać to nie ma problemu z nawigacją. Idzie się całkiem dobrze, czasem tylko jakiś wiatrołom lub zakryta śniegiem dziura, albo fenomen przyrody w postaci śladów rysia na śniegu hamuje równe tempo.

Poprzez korony drzew zaczynają do nas docierać pierwsze promienie słońca, a niebo coraz częściej ukazuje się przybrane w szafir.

Las wreszcie się kończy i wychodzimy na szuter. Krótki odcinek bez koron drzew nad głowami raczy nas na przemian to słońcem to chmurami na firmamencie. Jak dla mnie lepsze już chmury. Jak wychodzi słońce blask odbity od śniegu jest tak mocny, że oczy mnie wręcz pieką. Na szczęście ten fragment kończy się dość szybko i skręcamy znowu w las. Przed nami główna atrakcja dzisiejszego dnia podejście na Kolanin. Latem dawało ono popalić zwłaszcza łydkom. Ciekawe jak będzie się je odbierało zimą? Dalszą część drogi zaczynamy od płaskiego fragmentu. Jednak po paru minutach robi się coraz bardziej pochyło, aż wreszcie teren staje dęba.

Jednak myliłby się ten, kto pomyśli, że idzie się coraz ciężej. W moim osobistym odczuciu robienie takich stromych podejść zimą w głębokim śniegu jest o połowę mniej męczące niż w bezśnieżne pory roku. Miarowo nabierając wysokości coraz to zerkamy za siebie. Z pomiędzy łysych o tej porze roku drzew zaczyna się klarować pyszny widok na to, co w dole. Ciekawe czy Uli bądź Mikronowi uda się uwiecznić te okoliczności przyrody?

Tym czasem łapie nas pierwsza przerwa techniczna na herbatę. Trafiłby to szlag, po wyjęciu termosu stwierdzam, że zaczyna cieknąć. No nic wyląduje w kieszonce na zewnątrz plecaka. Pokrzepieni ciepłym płynem ruszamy dalej. przed nami jeszcze połowa podejścia w tym odcinek, który jest mniej stromy.

I tu robi się coraz ciężej. O ile na stromiźnie śnieg pomagał, ponieważ ubity pod butem tworzył swoiste schody pomagające w drodze do góry, o tyle na odcinkach poziomych marsz w nim przypomina bieganie w wodzie po kolana. Jak bardzo człowiek by się nie starał i tak takiego biegu nie nazwie sprintem.

Wreszcie stajemy na szczycie Kolanina. Jesteśmy nieco zmęczeni, ale zadowoleni. Końcówka przez torowanie nieco wyssała z nas siły. Dziewczyny szły ten odcinek za mną i Mikronem mając wiele radości z kolejnych wywrotek w śniegu po kolana. Miło, jeśli komuś jest wesoło, ale ja raczej w takich warunkach mam nastrój do rozpaczy. Po takiej glebie podniesienie bez twardych punktów podparcia jest cholernie męczące, zwłaszcza tak po piątym razie w wzwyż. Teraz już powinno być łatwiej, myślę sobie po cichutku. Nic bardziej mylnego. Etap, który w mojej pamięci był zejściem, jest na tyle mało stromy, że poruszanie po nim przy tej pokrywie niczym nie różni się od chodzenia po płaskim. A to oznacza ni mniej, ni więcej tylko męczące torowanie. Pełen szacunek dla Mikrona, który całą wycieczkę szedł w szpicy. Sam później przyznał, że była to jedna z najbardziej męczących tras, mimo, że niezbyt długa. Końcówka to małe pobłądzenie i rozstanie ze znakami czerwonymi. Jednak pomyłka nie owocuje niczym strasznym. Ot wychodzimy jakieś 100 m od szlaku na szuter, na który mieliśmy właśnie tu trafić, a przy nim wiatka i zasłużony odpoczynek. Nie rozsiadamy się, bo jest jednak zimno i długie płaszczenie zadu nie jest komfortowe. Posileni dalej ruszamy szutrem za znakami żółtymi. Ta część drogi jest monotonna. Dodatkowo, co jakiś czas wychodzi słońce, które tak jak wcześniej odbite od bieli śniegu potwornie razi w oczy. A do pełni nieszczęścia na drodze jest kilkumilimetrowa warstwa wody utrzymująca się w śnieżnych koleinach pozostawionych przez jakieś pojazdy. Mikron z Chochlikiem pędzą tak, że z Ulą mamy problem, aby nadążyć. Gdy schodzimy z szutru na rozległe pola różnica powiększa się.

Tym bardziej, że śniegu jest powyżej pół łydki, a co chwilę trzeba przeskoczyć stalowe ogrodzenie pastwiska. Tym razem dla odmiany zaczyna sypać śnieg, po prostu pełen przegląd pogody.

Szczęście, że zaraz dojdziemy do Cerkwi w Kotani i będziemy mogli ponownie odpocząć oraz coś zjeść. W opłotkach świątyni znajdujemy zaciszne miejsce na odpoczynek.

mamy dach nad głową i nawet nie specjalnie wieje. Całe szczęście, bo poza naszą ostoją wiatr hula w najlepsze i sypie śniegiem. Pałaszując i chłeptając nabieramy sił oraz tracimy ciepło. Z tej przyczyny znowu postój nie trwa zbyt długo. Na świecie nadal zimno, wieje i daleko od domu.

Jednak marsz szybko pozwala odzyskać utracone ciepło, a po paru setkach metrów i opad ustaje. Jeszcze kawałek drogi i słońce do nas wraca.

Niezbyt długo jednak możemy się nim cieszyć, bo zaraz skręcamy w las i od tej pory tylko jakieś zabłąkane pojedyncze promyki będą nas raczyły swym blaskiem.

To już ostatni odcinek, zaraz nasza droga na powrót złączy swoją wstęgę z GSB i dojdziemy do samochodu. Tym czasem Ula zaczyna skarżyć się na ból w stawach biodrowych. W sumie nie dziwota, że przemęczyła mięśnie w tej okolicy. Prawie cały dzień to brodzenie w śniegu na bociana. Gdy dochodzimy do naszego automobilu stwierdzamy, że jest już dość późno. Przeszliśmy tego dnia raptem 16 km, ale zajęło nam to aż 8 h. Jednak, jaka z tego była frajda. Bo ważniejsza radość niż nabite kilometry.

Zdjęcia Mikron, Chochlik oraz moja Żona


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Powtórka z rozrywki, z rozrywki powtórka

Dodaj komentarz