Share →

IMG_0137Koło godziny 8 rano dojeżdżamy do miejscowości Stein, z której mamy wychodzić. Jedziemy tak wąską drogą, że ewentualna mijanka z kimś z góry jest wykluczona. Wioska wygląda na opuszczoną, nikt się nie kręci jedynie krowy w oborach spoglądają na nas z ciekawością, pies z kulawą nogą chyba nie odwiedza tego miejsca… Wreszcie zaczepiamy jakiegoś tubylca jadącego z beczką mleka i pytamy o właściwą drogę. Na migi nam tłumaczy, którędy mamy jechać. Niewiele jednak podjechaliśmy gdyż auto doładowane ora podwoziem o nierówności na polnej drodze. Wreszcie zatrzymujemy się gdzieś na poboczu i pakujemy się na dalszą drogę. Najchętniej walnąłbym się jeszcze pospać na godzinkę ale wszyscy się krzątają a w dodatku robi się po prostu zimno. W planie mamy dziś dojść do schronu Hochfeilerhutte i tam zostać na noc. Ponoć daleko nie ma, jakieś 4,5  godziny więc luzik. Początkowo idziemy leśnym duktem będącym jednocześnie szlakiem, który wije się serpentynami w górę. 

Początek tygodnia 13 listopada zapowiadał się słonecznie i prognozy na dalsze dni zwiastowały piękną pogodę na weekend. Nic dziwnego, że w głowie zaczęły kiełkować różne plany związane, a jakże by inaczej z górami. Podświadomie czekałem aż zadzwoni telefon z propozycją  🙂 Nie wiem czy to telepatia ale po południu dzwoni Robert. Nie od dziś wiem, że jeśli on dzwoni to znaczy, że coś się szykuje i na pewno nie dzwoni z tęsknoty czy troski o moje zdrowie  :). Bez owijania w bawełnę po zdawkowym przywitaniu pytam gdzie tym razem? W głowie kłębią się dwie możliwości Tatry albo Alpy na szybko. Jakoż Robert z pewną nieśmiałością przedstawia plan na Alpy. Są dobre prognozy, pogoda zamówiona cel- Hochfeiler w Alpach Zillertalskich , najwyższy szczyt tychże. Wyjazd, czwartek wieczorem po robocie. Robert skład po części  już ma – 2 dziewczyny ale wolałby mieć jeszcze jakieś wsparcie więc dostaje propozycje nie do odrzucenia. Waham się trochę bo mam na piątek robotę ale obiecuje oddzwonić jutro i dać odpowiedz. W życiu nauczyłem się, że okazji nie należy marnować więc jakoś tak udaje się robotę ustawić, że w piątek mam wolne  🙂 .Dzwonie do Roberta i oznajamiam, że mam zielone światło. Oboje cieszymy się na ten wyjazd bo fajnie jest zakończyć ten sezon jakimś ciekawym akcentem tym bardziej , że nie przypuszczałem, że jeszcze w tym roku wrócę w  Alpy. Powoli się nakręcam i patrzę w necie co to za jeden do zdobycia i jak go ugryźć. Najwyższy szczyt Alp Zillertalskich o wysokości 3510 m, leżący na granicy włosko – austriackiej w Południowym Tyrolu. Z opisu wynika, że góra nie przedstawia większych trudności technicznych pod warunkiem, że nie zalega zbyt dużo śniegu itd. Pytam jeszcze Roberta o warunki śniegowe w tamtym rejonie ale wie tyle co ja. Jedynie Ania jedna z dziewczyn jadących z nami dzwoniła gdzieś w ten rejon i pytała ale też nie dostała konkretnej odpowiedzi poza zaproszeniem by przyjechać w przyszłym roku bo teraz to fertig i koniec. W dodatku z informacji na necie wynika, że cześć dróg dojazdowych może być zamknięta więc może być problem. Na wszelki wypadek patrzę gdzie się da po web kamerach w tamtym rejonie jak wyglądają doliny i cała reszta. Nie wygląda to źle, wprawdzie widać, że śnieg w górach leży ale doliny wyglądają na przejezdne. Jesteśmy dobrej myśli, będzie dobrze…

W czwartek po pracy pakuje potrzebne rzeczy i dokupuje troszkę jedzenia. Z poprzednich wyjazdów zostały dwa liofy więc zakupy są skromne. Wieczorem po 21 z lekkim opóźnieniem ruszamy w drogę. Prócz mnie i Roberta jest jeszcze Ania i Ewa obie z KTW Bielsko- Biała. Ewę kilka lat temu poznałem przypadkowo w Tatrach na Kościelcu i nie przypuszczałem, że w takich okolicznościach się ponownie spotkamy. Cóż, góra z górą się nie zejdzie… świat jest mały.

Piątek 16 listopada

Koło godziny 8 rano dojeżdżamy do miejscowości Stein, z której mamy wychodzić. Jedziemy tak wąską drogą, że ewentualna mijanka z kimś z góry jest wykluczona. Wioska wygląda na opuszczoną, nikt się nie kręci jedynie krowy w oborach spoglądają na nas z ciekawością, pies z kulawą nogą chyba nie odwiedza tego miejsca… Wreszcie zaczepiamy jakiegoś tubylca jadącego z beczką mleka i pytamy o właściwą drogę. Na migi nam tłumaczy, którędy mamy jechać. Niewiele jednak podjechaliśmy gdyż auto doładowane ora podwoziem o nierówności na polnej drodze. Wreszcie zatrzymujemy się gdzieś na poboczu i pakujemy się na dalszą drogę. Najchętniej walnąłbym się jeszcze pospać na godzinkę ale wszyscy się krzątają a w dodatku robi się po prostu zimno. W planie mamy dziś dojść do schronu Hochfeilerhutte i tam zostać na noc. Ponoć daleko nie ma, jakieś 4,5  godziny więc luzik. Początkowo idziemy leśnym duktem będącym jednocześnie szlakiem, który wije się serpentynami w górę. W końcu droga się kończy i wchodzimy w leśną ścieżkę, którą podążamy wzdłuż jakiegoś potoku. Po chwili zmuszeni jesteśmy przekroczyć osuwisko, na wiosnę ani chybi będą mieć robotę przy naprawianiu szlaku. Wreszcie zaczynamy iść w górę, pojawia się coraz więcej śniegu.

Wąska ścieżka winduje nas powyżej górnej granicy lasu i wreszcie mamy jako taki widok na okolice. Oczywiście naszego schronu nie widać i cholera wie gdzie tak naprawdę się znajduje. Zaczyna coraz bardziej dogrzewać słoneczko co zwiastuje niezłą lampę przez cały dzień. Obliczam, ze do schronu zamkniętego już oczywiście o tej porze roku powinniśmy dotrzeć gdzieś w południe, nie ma się więc co napinać. Wychodzimy powoli na olbrzymie zbocze jakiejś góry i zaczynamy ją trawersować wzdłuż doliny poniżej. Naprzeciwko podziwiamy skalne ściany jakiegoś masywu.

Idziemy i idziemy a celu jak nie widać tak nie widać. Zbliżamy się do załomu skalnego więc jestem przekonany, że za nim zobaczymy schron. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się teren niewiele się zmienił a my nadal musimy dymać częściowo oblodzonym zboczem. Ubieramy w końcu raki gdyż teren staje się niebezpieczny a ścieżka w pewnym momencie wiedzie eksponowanym terenem gdzie wiodła latem ferrata co poznajemy po wpół przysypanych kotwach. Przekraczamy kilka podejrzanie wyglądających śnieżnych żlebów i wreszcie przed nami otwiera się przestrzeń. Schronu nadal nie widać za to przed nami rozciąga się całkiem spora kotlina. Tylko gdzie ten schron ? Wreszcie go dostrzegamy jako maleńki punkcik w cholerę daleko. Chyba ktoś z nas zażartował pisząc o 4 godzinach czasu do niego. No tak, mamy wszak zimę więc czasy się zmieniają. Po tym co widzę to co najmniej jeszcze 2 godziny dymania w śniegu i zakładania szlaku w dodatku w tym ukropie, który leje się z nieba. Nie ma co ględzić trzeba zacisnąć zęby i iść dalej. Korci nas by wejść na zbocza po lewej i stamtąd prosto do schronu ale wyglądają na lawiniaste i zdradliwe więc decydujemy je obejść nawet kosztem utraty wysokości. Śnieg staje się coraz bardziej głęboki i momentami się zapadamy po kolana by po chwili maszerować po twardej jak beton powierzchni. Co chwile wpadamy w biały puch przez co dalsza droga staje się niezwykle mecząca. Myśl, że walnę się na koje po przybyciu na miejsce dodaje sił. W pewnym momencie na podejściu pod schron się rozdzielamy. Robert z dziewczynami wspina się z lewej a ja odłączam na prawo i wybieram inną drogę, którą uważam za wygodniejszą. Tracimy się z oczu na moment. Mozolnie wspinam się na stok na którym stoi schron, przecież to takie proste a jednocześnie parszywie wykańczające. Tuż przed nim wyłania zza grzbietu reszta towarzystwa, wreszcie jesteśmy na miejscu. Ulga. Szukamy winter roomu, jest – mały dwuizbowy, przytulny. Nie zastanawiając się zbytnio pakuje się do drugiej izby oddalonej najbardziej od drzwi wejściowych co by potem nie marznąć w nocy tym bardziej, że jeszcze nie dorobiłem się puchacza. Zapadam w krótką drzemkę i odpoczywam. Późnym popołudniem się budzę i zaczynamy pichcić jakieś żarcie i przygotowywać wodę na jutro. Kręcimy się też po najbliższej okolicy z nudów i robimy zdjęcia przy zapadającym zmierzchu. Robi się coraz zimniej więc mimo śpiwora dodatkowo korzystam z koców, których stertę narzucam na siebie. Wyjątkowo wcześniej niż zazwyczaj kładę się spać z solenną obietnicą pobudki w nocy by zrobić jakieś ciekawe ujęcie. Niestety mimo szczerych chęci nic z tego nie wychodzi gdyż noc jest wyjątkowo mroczna i ciemna.

Zacieniona dolina zostaje za naszymi plecami

Chwila oddechu

Trawersujemy zobocze masywu

Kotlina przed nami

Kto wskaże schronisko ?

Jutro przyjdzie nam się męczyć na tym grzbiecie

Wąskie gardło kotliny

Kotlina w całej okazałości

Dzięki Panie, że pozwoliłeś nam dotrzeć do celu

Sobota 17 listopada

Wstajemy koło 6, może wcześniej i jak zwykle krzątanina. Małe śniadanko, pakujemy niezbędne rzeczy i wychodzimy, reszta rzeczy zostaje w schronie. Wiążemy się od razu gdyż mamy w pobliżu schroniska do pokonania stromą ściankę więc nie ma co czekać. Widać, że latem prowadzi tędy fragment ferraty więc korzystamy z ułatwień i wpinamy się w widoczną gdzieniegdzie stalową linkę.

Wychodzimy na garb , chwila oddechu i lustrujemy bacznie teren w poszukiwaniu właściwej drogi. Oczywiście śladów żadnych nie ma, ba nie widać nawet naszego szczytu, jedynie ze zdjęć i mapy orientujemy się w jakim kierunku należy się poruszać. Wygląda na to, że będziemy rozdziewiczać zimowo tę górę ;). Wreszcie ruszamy wzdłuż długiej grani w kierunku wzniesienia, który zasłania horyzont. Słońce błyskawicznie podnosi temperaturę otoczenia i zwiastuje uciążliwy marsz w ukropie. W dodatku zakładając szlak mamy powtórkę w dnia wczorajszego czyli brnięcie w zapadającym się często śniegu. Nie ma sensu iść na linie więc się rozwiązujemy i mozolnie ruszamy naprzód. Wg letnich czasów szczyt winniśmy osiągnąć po ok.3 godzinach ale mając w pamięci wczorajszy dzień śmiem w to wątpić. Nasza ekipa się rozciąga i każdy idzie własnym tempem przystając co jakiś czas i czekając na resztę. Bardzo szybko to niewiarygodnie długie podejście w pełnym słońcu i głębokim śniegu wysysa z nas siły. Trwa to dosyć długo nim osiągamy wzniesienie, za którym spodziewamy się ujrzeć Hochfeilera. Wreszcie ukazuje się naszym oczom ale wbrew pozorom wcale nie odczuwam ulgi, jest cholernie daleko, nie przypuszczałem, że aż tak daleko przyjdzie nam dymać po tej śnieżnej pustyni. Chyba jeszcze nigdy tak daleko nie musiałem podchodzić. Obok Hochfeilera po lewej jest jeszcze jakiś inny szczyt niewiele mniejszy. Jestem przekonany, że pójdziemy prosto na właściwy ale Robert pokazuje, że to niemożliwe gdyż teren wymusza wpierw zdobycie tego po lewej i stamtąd dopiero granią na właściwy. Patrzę na niego jak na wariata, chyba jakiś zły sen albo sobie jaja ze mnie robi.  Za siedmioma lasami, za siedmioma górami… ta bajka pasowałaby tutaj jak ulał. Zaczynam mieć poważne wątpliwości czy aby zdążymy zejść z tej góry na parking a po dalszej godzinie wręcz pewność, że spędzimy kolejną noc w winter roomie. Na najbliższym postoju dzielę się z Robertem swoimi spostrzeżeniami, widać że myślał tak samo więc jesteśmy wszyscy zgodni co do tego, że kolejną noc spędzimy wśród tego pustkowia. Ruszamy dalej, to piekielne słońce daje się piekielnie we znaki. Zrzucam z siebie ciepłe ubrania i idę w samej bluzie tuż za Robertem. Uciążliwy marsz w kopnym śniegu i palącym słońcu dosłownie zabija, staram się znaleźć jakiś sposób by iść maksymalnie ekonomicznie a jednocześnie wystarczająco efektywnie. Nie mogę iść tylko po  śladach Roberta bo ten z racji wysokiego wzrostu robi wielkie kroki, które mnie męczą więc tylko częściowo korzystam z jego tropu a sam staram się robić małe częstsze kroki. Trochę pomaga ale to za mało, motywuje się wewnętrznie, próbuje znaleźć jakiś system by metodycznie poruszać się do przodu. Kombinuję, 50 kroków – 10 sekund odpoczynku itd. I tak cały czas.  Staram się nie patrzeć zbyt często na cel, nie myśleć o nim , przez głowę przelatuje myśl jakiegoś trenera – nie skupiaj się na celu tylko na robocie a wyniki przyjdą same… Do tego woda, małe częste łyczki, nie zachłanne by woda nie przelatywała przez organizm za szybko. W camelbaku mam 2 litry i wiem, że wystarczy. Metodycznie krok po kroku zbliżamy się do góry. Dziwne ale drogi jakby szybciej ubywa i coraz bliżej jesteśmy tego lewego szczytu. Jestem już pewien, że cel zdołamy osiągnąć. Wreszcie wdrapujemy się na lewy szczyt, nie wiem nawet  jaką ma nazwę. Dopiero tutaj Robert mi się przyznaje, że miał spore wątpliwości czy nasz cel będzie dziś wogóle osiągalny. Trochę jestem tym zaskoczony ale widać że i jemu ta droga dała w kość skoro miał takie wątpliwości. Taki tatrzański Sławkowski razy trzy… Zostało jeszcze podejście granią, przysłowiowy rzut beretem. Chwilę odpoczywamy i się zastanawiamy z której strony ośnieżonej grani pójdziemy. Wreszcie ruszamy, jeszcze tylko ten jeden skok i będziemy na wierchu . Momentami zbocza grani są dość strome i eksponowane więc zachowujemy szczególną uwagę. Wreszcie, chyba jakoś w południe stajemy na szczycie ku uldze wszystkich. Gęby roześmiane, humory dopisują mimo niewątpliwego zmęczenia przy podejściu. Mamy zaskakująco dobry czas jak na tę porę roku jak się okazuje. Na wierzchołku nie ma zbyt wiele miejsca więc przy robieniu zdjęć trzeba uważać gdzie się staje. Jest też puszka z książką wejść więc nie omieszkam sprawdzić kiedy był ostatni wpis. Z niemałym zdziwieniem stwierdzam, ze od ponad dwóch miesięcy nikogo tutaj nie było. Fajnie. Pamiątkowe zdjęcia, krótki filmik i zbieramy się w drogę powrotną. Na szczycie wieje lodowaty, dokuczliwy wiatr mimo, iż ledwie sto metrów niżej jest całkowicie bezwietrznie, aż dziw. Wieje do tego stopnia iż w pewnym momencie odczuwam zimno w palcach u nóg mimo grubej i ciepłej skarpety. Pytam Roberta czy też ma takie odczucie w swoich Scarpach , potwierdza to samo. Grawitacja jest teraz naszym sprzymierzeńcem a góra oddaje nam energię włożoną w jej zdobycie. Szybko schodzimy ze szczytu i ponownie łapie nas fala gorącego powietrza bez najmniejszych nawet powiewów. Idziemy jak po sznurku mając czas na robienie zdjęć i podziwianie otoczenia. Przebiega mi przez głowę trochę niedorzeczna myśl, że może by tak spróbować zejścia na dół jeszcze tego samego dnia ale Robert i Ania przekonują mnie, że lepiej będzie jednak zostać w schronie. Dziewczyny są jednak bardzo zmęczone a i my odpoczniemy i jutro na spokojnie wrócimy. Powoli dochodzimy do schronu, jeszcze tylko ubezpieczamy się przy zejściu stromą ścianką i w chwile potem jesteśmy przy schronie. Na polu jest tak przyjemnie, że nie chce się wchodzić do środka. Zrzucam z siebie rzeczy i wieszam gdzie popadnie by się przewietrzyły i osuszyły od potu, od którego jestem mokry jak świnia. Postanawiam się jakoś odświeżyć więc próbuje się umyć w śniegu. Mimo dogrzewającego słońca jest on jednak twardy i zmrożony więc kiepsko to idzie. Wreszcie mój wzrok pada na rynnę schronu, z której kapie roztopiony z dachu śnieg. Nie wiele myśląc wyskakuje z ciuchów i prosząc resztę towarzystwa o chwilę intymności pakuje się na waleta pod rynnę 😉 Trochę zimno, zwłaszcza w nogi ale po chwili czuje się jak młody Bóg  ;D Tego mi było trzeba. Wynosimy na zewnątrz ławkę ze schronu i w promieniach słoneczka wylegujemy się i odpoczywamy. Stwierdzam z całym przekonaniem, że w przypadku załamania pogody i opadów śniegu ta przyjemna i oddalona od cywilizacji kotlinka stałaby się więzieniem bez wyjścia. Jej wąskie gardło, którym weszliśmy byłoby chyba niemożliwe do pokonania przy wyższych stanach lawinowych. Po tych mało optymistycznych rozważaniach proponuje by wstać wcześniej w nocy ( bo ileż można spać ? ) gdzieś o 2 może o 3 i ruszyć ku dolinie by dojechać do domu o jakiejś ludzkiej porze. Wszyscy na mnie patrzą jak na wariata… acha, to już wstaliśmy. No to może o 4 ?? Ni, chu, chu, miast tego słyszę coś o pobudce o godz. 6. Zaczynam mieć poważne obawy czy aby na pewno zdążymy wrócić na czas ale Robert mnie uspakaja. Powoli zapada zmierzch, więc zbieramy suszące się rzeczy, robimy kilka fotek i walimy się na koje. Ciężko zasnąć o tak wczesnej porze więc pichcimy jeszcze jakieś żarcie i topimy śnieg. Nieoczekiwanie późnym wieczorem zwala się do schronu czwórka Niemców i robi się małe zamieszanie. Robert instaluje się w mojej izdebce pode mną a dotychczasowy porządek zamienia się w jeden wielki burdel. Wszędzie walają się ubrania, plecaki i resztki jedzenia.  W dodatku jak widzę jak Robert na moim koju urządza sobie kolacje to mnie roznosi. Wizja spania wśród okruszyn żarcia podnosi mi ciśnienie ponad normę. Bezceremonialnie zgarniam jego wikt z wyra i informuje najspokojniej jak potrafię, że od tego jest stolik. Powoli jakoś staramy się wprowadzić ład w pomieszczeniu, Niemiaszki też jakoś się ogarniają i  w końcu zasypiamy snem sprawiedliwych.

Szykujemy się do wyjścia na Gran Pilastro

Nasza ekipa

Zaczyna się mordęga

Hochfeiler na wprost, po lewej nieunikniony szczyt

Cel na zbliżeniu

Grań w kierunku szczytu

Hochfeiler w zasięgu ręki a raczej nóg  ;D

Chwila oddechu

Ostatni skok

Na wierzchołku

Panorama ze szczytu

… i jeszcze jedna

Powoli schodzimy na dół

Dolomity na horyzoncie

Gran Pilastro już na naszymi plecami

Sesja na wysokości  🙂

Część naszej drogi, która pokonywaliśmy w drodze na szczyt

Schron już coraz bliżej

Niedziela 18 listopada

Koło 6 rano budzi mnie alarm w telefonie, wstaje z wyra i czekam aż Niemcy się ogarną ze swoim majdanem i wyjdą. Idą na szczyt więc się zbierają do drogi. Pójdą jak po sznurku po naszych śladach. Budzę Roberta delikatnie, mruczy coś pod nosem i ani myśli wstawać, nie wierze własnym oczom…, zawsze zwlekał się jako jeden z pierwszych a teraz ?… nie poznaję kolegi  :). Widzę jak wstaje, powoli nalewa wody na gotowanie do Jetboila po czym… ponownie kładzie się do wyra… Nic to, zabieram się do porządkowania swoich gratów i pakowania na drogę. W końcu reszta towarzystwa też powoli się ogarnia po czym po szybkim posiłku w świetle czołówek wyruszamy w drogę powrotną. Ty razem idziemy cały czas wzdłuż szlaku mniej więcej. Dość szybko dochodzimy do wąskiego gardła kotliny i rozpoczynamy długi trawers w kierunku doliny skąd przyjechaliśmy. Momentami trzeba uważać w stromych żlebach żeby się nie wykopyrtnąć bo możliwości zahamowania czekanem na twardym, zlodowaciałym śniegu są chyba iluzoryczne. Nasze ślady sprzed dwóch dni są niemal nieczytelne już, a robota słoneczka sprawiła, że gdzieniegdzie zeszły w poprzek drogi, która idziemy mini lawinki. Na szczęście bez przygód pokonujemy najgorsze odcinki i wchodzimy na dość wyraźną ścieżkę, częściowo oblodzoną. Nasza ekipa się rozciągnęła gdyż Robert gna  na dół, ja za nim ale co chwile staję robić zdjęcia, natomiast dziewczyny idą za nami spokojnie. Przed dziewiątą jesteśmy już na dole i drogą dochodzimy do samochodu. Przebieramy się w rzeczy na drogę i przepakowujemy plecaki, w dolinie jest mroźno ale jeszcze tego tak nie odczuwamy póki jesteśmy rozgrzani marszem. I wtedy pojawia się mały problem gdyż w czerwonych butach Ewy brakuje jednej sznurówki !! Wygląda to co najmniej niesymetrycznie ale Robert stwierdza, że być może stanowi to jakiś nowy trend w modzie ;). Ewie do śmiechu nie jest,  przekonana jest, że to Robert zwinął tę część ‘’garderoby’’  w końcu on pierwszy pojawił się przy aucie. On jednak wszystkiemu zaprzecza więc  atmosfera lekko się zagęszcza ;). W końcu nie widząc innej rady tniemy na pół pozostałą sznurówkę by jako tako Ewa mogła pokazać się wśród ludzi nie wzbudzając niepotrzebnej sensacji 😉 Moje obawy co do późnego powrotu okazały się płonne, w domu jesteśmy po godzinie 20 w sam raz by odpocząć przed jutrzejszą harówką  w pracy.

Schodzimy w kierunku doliny

Zbocze, które zmuszeni byliśmy trawersować


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: [Alpy] Hochfeiler – czyli historia zaginionej sznurówki

Tagged with →  

Dodaj komentarz