Share →

0014Nazwa skał wywodzi się z tradycji ludowych – dla mieszkańców Kotliny Jeleniogórskiej i wsi Karkonowskiego Padołu Śródgórskiego, ukazujące się nad skałą słońce oznaczało południe. Według XVI wiecznych legend tutaj właśnie mieszkał Liczyrzepa To za przewodnikiem kieszonkowym Sudety Pascala. Dojście do skał nie było łatwe. Wydeptana, sliska ścieżka miała szerokość dwóch złączonych stup i była pokryta lodem. Zresztą cały stok Smogorni to ,,szklana góra” dość stromo opadający w Kocioł Smogorni – w słońcu to może być prawdziwy srebrny Upłaz. W połowie drogi stalowy krzyż trochę ,,modeluje” wyobraźnię. Nie za fajnie się idzie w takim jednostronnym pochyleniu, zejście na bok skutkowało zapadaniem. Słonecznik  to też węzeł szlaków –  żółte znaki wiodą z Borowic Doliną Jodłówki by wspiąć się tu od grupy skał Pielgrzymy. Zielonybignie z karpacza poprzez kocioł Wielkiego Stawu. W mgle i z lekka pruszącym śniegu odpoczynek pod skałami.

Witajcie

W Sudetach byłem parę razy w życiu, w Karkonoszach nigdy. Zegar biologiczny mi tyka, nadchodziły kolejne urodziny i postanowiłem z tej (smutnej) okazji wspiąć się na jakąś górę. Początkowo myślałem o Babiej ale warunki lodowe nie nastrajały zbyt dużym optymizmem. Benefis Adama Małysza w Zakopcu wróżył brak miejsc w pociągach i autobusach tej relacji. Tytuowy foliatex to soft Hi-Teca, którego postanowiłem zabrać/ubrać zamiast Hsa. W tych dniach także musiałem odebrać paszport w UW w Kielcach . Cena biletu do KL czy gdzieś tam hen była zbliżona. Przewertowałem rozkład kolejowy i nijak mi nie pasiło jechać do Zakopca przez Częstochowę, Sosnowiec i Bielsko. O wiele lepszy dojazd jest w Karkonosze. Potrzebowałem tylko dostać się w urzędowych godzinach do KL i odebrać ten cholerny paszport. Gdy już sobie odpuszczałem z powodu braku trejna w urzędowych godzinach zadzwonił kumpel z info, że jedzie autem do Kielc. W Urzędzie Wojewódzkim udało się odebrać dokument i galopując wpadłem na dworzec PKP… całe 15 min przed odjazdem pociągu. Poprosiłem o bilet do Szklarskiej Poręby. Bilet został mi sprzedany – tj pobrana została gotówka, kartonik wydrukowany po czym Qrew z kasy (pracownica Intercity) poinformowała mnie, że bilet jest nieważny (nie mam pańskiego płaszcza i co pan mi zrobi?). Zwrot biletu (bez odejścia od kasy) spowodowałby przepadek jakiejś tam kwoty. Dlaczego był nieważny? Ano dlatego, że bilet w PKP jest obecnie ważny do godz. 2400. Nie dobę czyli 24 godziny od daty wydrukowania ale do północy. Czyli teoretycznie pasażer zakupujący bilet o 2350 legalnie jedzie na nim 10 min. A później kanar, kara i Kruk. Oczywiście powiedziałem uśmiechniętej Qrew co o niej myślę, PKP i całym tym bajzlu.

W tym miejscu chciałbym podziękować Panu Ministrowi Cezaremu Grabarczykowi za osobisty wkład w rozwój turystyki ,,krajowej”, umożliwienie poznawania ojczyzny przez osoby znacznie mniej zarabiające niż Pan Minister i nieposiadające służbowych limuzyn. Tak trzymać Panie Ministrze. Pasażer dla PKP, a nie PKP dla Pasażera. Obecnemu Ministrowi też dziękuję (a co ) za superszybki dojazd do Gdyni wqurwę. Więc kolejny etap podróży rozpocząłem osobowym do Częstochowy by skończyć jeszcze tego samego dnia we Wrocławiu. W blaszce był taki hałas, że musiałem słać SMSy do kumpla z Wrocka, bo nie dało się porozmawiać. Pisać też nie szło bo hałas był spowodowany drgawkami, stukami i wibracjami, a rezonans w pięćdziesięcioletnim pudle wagonu robił swoje. Dobrze, że kolega Maciek wiedział, że mogę nadjechać. Można rzec, że do Jasnej Góry to ten Regio zapierdalał. Po prześiadce w świętym mieście kolejny (bardziej nowoczesny) skład osiagał zawrotną prędkość 5km/h (GPS). Czasami było 15 ale po chwilowym ożywieniu znowu zwalnial. Więc jeżeli nawet PR miały by ,,Perszingi” zamiast lokomotyw to Polskie Linie Kolejowe zadbały o to bym przed pólnocą nie miał szans osiągnąć Szklarskiej Poręby  Katorga. Dla dupy, zmysłów i humanizmu szeroko pojętego. Dobrze, że Maciek już czekał we Wrocku z browarem.

Wrocław zwiedzałem od rana, a w zasadzie to szwędałem sie to tu to tam. Byłem w Katedrze, nad Odrą, na mostach takich i siakich, w kościele Cystersów w kaplicy św. Czesława, w hali grunwaldzkiej, barze Jacek i Agatka, Rynku, Placu Solnym itd.

W sklepie Skalnik oddałem śpiwór  (China) na rzecz noclegowni Br. Alberta i kupiłem nowy ( też China). Nawiasem mówiąc ze sklepem S to też historia. We Wrocku znalazłem się bo miałem kupić ichniejszego puchacza (na kaczce) za przyzwoite pieniądze. Dzwoniłem poprzedniego dnia by się upewnić. Potwierdzenie ze strony działu info sklepu – jest zapraszamy. Pod sklepem (tym blisko PKP) jestem o 10tej. Ja, pracownik, dwójka klientów…. i co? I gó…no. Kierowniczki z kluczami nie ma. Po browarze szczać już się chce a kierowniczki nie ma. Po 40 minutach nadjeżdża na rowerze – u fryzjera była i się zeszło (może u TEGO FRYZJERA z paczką w odwiedzinach była ;) ). Ani be, ani me ani kukuryku, a co ważniejsze przepraszam. Oczywiście śpiwora nie było, nigdy nie było ( a jak był kiedyś to bardzo dawno bo pracownik nie pamięta), a to, że jest na stronie internetowej to nieważne bo to inny sklep, nik tego nie aktualizuje, weryfikuje itd. Pani Kierowniczka próbuje mi wcisnąć jakieś syntetyczno-puchowe badziewie albo inne 2kilowe klocki. Suma sumarum przpadkowo stałem się właścicielem śpiwora marki Volven 1,3 kg i wykorzystuję go do dzisiaj kimając pod nim w domu. . Maciek sprawdził mi poprzedniego dnia rozkład (auto)busów do Jeleniej Góry. O 1115 miałem busiora o nazwie Krycha, a o 1215 PKS. Zaatakowałem Krychę. Po przekonaniu się, że nie tylko piździ na dworcu w Kielcach, na stanowisko nr 16 podjechał całkiem wypasiony autobus z Wi-Fi gratis na pokładzie. Jak zawsze kierowca nie chcial mnie wpuścić z plecakiem, a ja jak zawsze powiedziałem, że się przepakuję i zaniosę do luku. Oczywiście zaległem na tylnym siedzeniu. Na lewej nodze miałem już niezłego odgniota po wrocławskim bruku – zdjąć trepy i wyciągnąc nogi bezcenne. Pomruk silnika = drzemka. Obudziłem się w Bolkowie gdy na trawersie miałem ,,zamek na wysokiej skale”. Parę minut póżniej zobaczyłem ośniezone Karkonosze.
Wysiadka w pełnym słońcu w samym centrum Jeleniej. Niestety busa do Szklarskiej nie było, znaczy na rozkładzie był tylko fizycznie go nie było. Jak się czeka na przystanku to prawie każdy wie. Odejść nie można bo może przyjedzie. Oglądanie wystawki kiosku Ruchu. Tym razem bus był busem i ukraińskim zwyczajem wsiadło do niego 3 x więcej pasażerów niż miał wpisane w dowodzie. Między spoconym grubasem, a ramą okienną wygrzebałem szparę by popatrzeć na budzący sie wiosną świat.

Za busa zapłaciłem 7 złociszy za 21km. To o 2,5 drożej niż w najdroższej Warszawie (4,5 jest za 30km). O tyle dziwne, że jak zaobserwowałem ceny paliwa były tam niższe. Ale ta korelacja jest wszystkim znana – im dalej od Płocka tym paliwo tańsze. Z busa zostałem wyje.. wysadzony hwg. Raczej centrum kurortu Szklarska Poręba to nie było. Rozejżałem się czy przypadkiem nie ma znaków jakiegoś szlaku turystycznego – wtedy bym przynajmniej wiedział na którym południku czy równolezniku jestem. Znaków nie było. Tablicy informacyjnej w turystycznym wydaniu także. Bryndza. Zapytałem dwie szczebioczące na przystanku panienki o Wodospad Kamieńczyka. Nie wiedziały. Znaczy coś wiedziały tylko nie bardzo gdzie. Gdzieś za kościołem, a kościół było widać. Z perspektywy czasu wiem, że popełniłem bład – trzeba było jechać PKSem. W Jeleniej kwitłem ponad 40 min. na przystanku a teraz wlkokę się pod górę asfaltem. Wyszło by czasowo na to samo. Po drodze zachodzę do piekarni zakupić bułki. Płacę o 12 groszy więcej za sztukę niż w superdrogiej Warszawie i dostaję produkt o połowę mniejszy. Utwierdzając się czy nie zostałem puknięty (piekarnia czyli sprzedaż bez pośredników) Żena za pulpem odpowiada z uśmiechem, że przecież ta mąka też musi tutaj dojechać. No tak zapomniałem – Warszawa jest największą wsią w Polsce patrząc pod względem zarejestrowanych gospodarstw rolnych. Przenica rośnie tam na każdym kroku. Z góry na czuja uderzam w dół w stronę lasu. Kamieńczyk (potok) musi być przeciez w dole. Odnalazłem czerwony szlak i mozolnie poczłapalem do góry. Na rozdrożu skąd prowadziła w lewo droga do (płatnego) wąwozu Kamieńczyka wklułem się w opustoszałe o tej porze roku budy (miejsce dilu jak mniemam pamiątek rodem z China). Trzeba się było przebrać czyli zmienić spodnie, przygotować kijki, stuptuty, przepakować plecak. Budy są dobrym miejscem na nocleg, były jeszcze czyste – sezon narciarski własnie się kończył, wiosennoletnie wycieczki jeszcze nie nadeszły. Żadnych pojar, szkieł, PETów. Zapewne długo to nie potrwa zważywszy na fakt nieobecności żadnej ławki na tym rozdrożu.


Ale w drogę.

Początkowo błotnistą, zalodzoną, powyżej wodospadu pełną mokrego śniegu. I tak po tym śniegu to zapadając się to wpadając po kolana drałowałem na Halę Szrenicką. Wiedziałem, że idę w sztorm. Wiatr się już wzmagał, słońce powoli zachodzilo. W miarę nabierania wysokości otwierał się widok na Kotlinę Jeleniogórską z masywem Chojnika pośrodku. Odwracając się tyłem do stoku widziałem Góry Izerskie po lewej stronie, zamek Chojnik był po prawej. Na całym tym odcinku od Kamieńczyka do Hali Szrenickiej, odcinku, który w mokrym śniegu zabrał mi 2 godziny nie ma ani jednej ławki. Raz oparłem de o jakąś zardzewiałą budę. Halę Szrenicką znałem tylko z radia. To za sprawą Henryka Sytnera i jego trójkowych relacji zdrowotno-narciarskich. I bardzo dobrze. Żeby umieścic to w jakimś turystycznym folderze trzeba by posiedzieć trochę na fotoszopie. Może jak snieg odpuści i kwiatki rozkwitną? Tyle, że po nartach to słabo rośnie – widziałem w Alpach.

Schronisko jest bure i ponure w zapadającym zmierzchu. Ale na recepcji (też burej i ponurej) siedzi za szkłem miła dziewczyna. Pyta się dokąd zmierzam.
Do Odrodzenia.
A gdzie to?
Bo ona nie wie, wie gdzie Szrenica i jakaś Martinowa Buda. Koleżka za bufetem też nie wie, kurwa nie wie gdzie Szrenica choć widać ją za schroniska. Ale może on nie był za schroniskiem? Więc nie dowiedziałem sie ile się idzie z Szrenickiej do Odrodzenia przez źródła Łaby. Miła panienka z okienka proponuje nocleg za 25zet, zachęca mówiąc, że będa tańce bo jest silna grupa Ślązaków. Taa, tego mi tylko trzeba. Dziewczę widać miało średnie bo wygrzebała mapę i szuka tego Odrodzenia. Znalazła, stwierdza, że daleko i zapisuje mój nr kom. Będzie dzwonić bo się martwi. Kupuję widokówkę, podbijam pieczęć i ruszam na Szrenicę.

Wiatr już z 4 B ale baksztag przechodzący w fordziela – więc niech tam sobie wieje. Tylko ten mokry śnieh rozjeżdżony przez biegówki i rozdeptany przez wycieczki. Koszulkę i polarek mam juz całkowicie mokre pod foliatexem. Pod samym schroniskiem dogania mnie ratrak. Gdybym pogawożył z lejdi jeszcze z 10 min to szedłbym ,,ubitą” drogą i nie tracił tyle sił. Szrenica jeszcze posępniejsza niż jej niższa siostra. I do tego nie ma lejdi. Pieczęć, herbatka i wypadam na przełaj przez kosówkę ku tym źródłom Łaby (a słońce już zgasło). Źródlisko niestety całe zasypane, ubite i zasypane. Ubite setkami nóg Dojczlandów, którzy tam przychodzą złożyć hołd swej wielkiej rzece. Z perspektywy czasu widać błąd historyczny popełniony przez władzę ludową. Trzeba było zabrać braciom Pepikom cały ten masyw (grzbiet). W końcu zabraliśmy im te wszystkie schroniska i miasteczka, trzeba było ciut więcej – w końcu to tylko kamienie i kosówka. A ojro teraz do Pepików płynie. Tak jak ŁaboElba. Bo np. szczanie w Śląskim Domu to ojro. A może dwa. Po piwku za 6 zł na pewno dwa. Dwa szczania. Bo na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego nie ma Toj-Toji. A w tatrzańskim są. Więc jakby te źródełka przy tym torfowisku u nas były, znaczy po naszej stronie, to by się rollbar ustawiło, kiełbachę i szalet. A Dojczlandy przyjeżdżają i przyjeżdżać będą. Naturliś.

Tak sobie myślałem włażąc na Łabski Szczyt, widoków już nie było bo zrobiło się ciemno. Na horyzoncie majaczyła jakaś ciemna wieża z czerwonym pozycyjnym na szczycie. Myślałem, że to kolejny czeski potworek (bo śnieg lepiej niż Unia zatarł wszelkie granice). Podlazłem pod żarówkę nadwejściową bo popatrzeć na mapę gdzie ja zacz. Zapalił się dodatkowy automatyczny halogenik i po chwili drzwi się otworzyły. Miły Pan w języku ojczystm zapytał gdzie się udaję w tak pięknych okolicznościach przyrody i żebym zapadał na nocleg. Dobre słowo, zdrowy rozsądek i moje doświadczenie nie pozwoliły by ciepło uciekło przez zbyt długo otwarte drzwi. Oddałem dowodzik i już leżałem na kanapce w ex schronisku Czarcia Ambona a obecnie Wieży Radiowo-Telewizyjnej we władaniu IV RP. Tu podziękowania dla zmiany Panów techników za gościnę. Tego wieczora Polska przegrała ze Żmudzinami w piłkę, ja przetestowałem Volvena w warunkach schroniskowych, pogadałem z obsadą telewizyjną, pooglądałem światła Jeleniej i zobaczyłem jak wygląda mgła w wydaniu Karkonoskim.

W sali ,,gościnnej” Wieży jest kanapa, fotele, tapczanik, stół do pingla i telewizor. Temperatura niewiele większa niż na zewnątrz. Gospodarze mają dyżury w turach i strasznie im się nudzi. Problemem na placówce jest woda. Trzeba ją nosić z dość oddalonego źródła. Jeden z techników opowiada mi, jak to wyszedł ,,zatankować” i … nie mógł wrócić bo we mgle nie było już widać wieży. Mówi, że mają zasadę – nie ruszają się od tyczki jak nie widać następnej. A za oknem mleko. Rano wczesna pobudka nie ma sensu – mgła cały czas trzyma. Sniadanko, herbatka, pogadanki ale trzeba się zbierać. Kotły dziś są mleczne a nie śnieżne, nic nie widać, rozsądnie jest odejść od nich sporo na południe. Do tego ślisko. Trawersuję Wielki Szyszak szlakiem zimowym. Gdzieś po lewej jest szczyt i pomnik Cesarza Wilhelma. Jest mi wszystko jedno – i tak ch… widać byle się tylko nie wyjebać na tej szklanej górze. I ,,zasada techników” – nie widać tyczki to się nie ruszam. Na Przełęczy Pod Śmielcem zimowy szlak spotyka się z letnim. Ścieżka to albo równoległe lodowe rynny biegówek albo lodowa jodełka. Kiepsko się po tym chodzi. Gdzie mogę to pomykam bokiem po zmrożonej trawie.

Po zejściu ze Śmielca Główny Szlak Sudecki czerwonego koloru przecina prostopadle niebieski z Jagniątkowa do Martinovej Budy. To Koralowa Ścieżka. Na skrzyżowaniu szlaków, już po czeskiej stronie jest buda – wiata bez drzwi w czołowej ścianie. To pewnie tam spędziłbym noc gdyby nie zaproszenie do Czarciej Ambony. Dało by się rozbić w środku namiot na ławkach, miałem ciepłą wodę w termosie i palnik. Nie było by źle. Ale w Wieży było fajniej.

Ogólnie to czeska strona szlaku jest lepiej oznakowana, są tyczki z tabliczkami kilometrażowymi, naszych godzinnych jak na lekarstwo. Gdzieś między Czeskimi a Śląskimi Kamieniami spotykam pierwszych w ogóle turystów. Dwóch Pepików bez kijków, z jednym małym Ospreyem mieszczącym termos. Można i tak. Mgła zaczyna się rozchodzić bo rusza się wiatr. Nadal prawie nic nie widać a jestem przecież na grani Karkonoszy.

Odbijam ze szlaku w stronę Petrovej Budy. Wtedy jeszcze stała. Nawet się zdziwiłem, że tak duży kubaturowo obiekt jest zamknięty w jakby nie było trwającym jeszcze sezonie narciarskim. Pewnie ciężko było ogrzać. Łatwiej spalić i wybudować coś nowego – ekotermounijne.

Pod Budę podchodzą zorganizowane grupy turystów. Generalnie sami Czesi. A było tak fajnie – od Kamieńczyka do Śląskich nul. Do tego na drodze do Przełęczy Karkonoskiej co i rusz pojawiają się skutery. Przy Spindlerovej Boudzie jakaś ekipa ćwiczy pod okiem instruktora w rakietach. Podchodzę do Odrodzenia. Mieszczę się w czasie, mogę na chwilę przysiąść i zjeść co nieco. Nie bardzo wiem którędy wchodzi się do schroniska. Obkrążam je wokół. Drzwi zamknięte. No tak zimowe wejście… W schronisku samotny cyklista spożywa obiad. Wjechać na przełęcz to nie bułka z masłem. Szacun na dzielnicy. Herbatka, kanapeczki i trzeba wypier… się zbierać. Ja podchodzę pod Mały Szyszak, a z góry schodzi pierwszy polski plecakowy turysta. Wymiana pozdrowień i każdy w swoją stronę. Zaczyna pruszyć. Wiem, że w prawo odbija zi mowy szlak ale ja go albo przeoczyłem, albo nie spotkałem, albo go nie było. Tak czy siak… i tak poszedłbym zobaczyć Słonecznik.

Nazwa skał wywodzi się z tradycji ludowych – dla mieszkańców Kotliny Jeleniogórskiej i wsi Karkonowskiego Padołu Śródgórskiego, ukazujące się nad skałą słońce oznaczało południe. Według XVI wiecznych legend tutaj właśnie mieszkał Liczyrzepa To za przewodnikiem kieszonkowym Sudety Pascala. Dojście do skał nie było łatwe. Wydeptana, sliska ścieżka miała szerokość dwóch złączonych stup i była pokryta lodem. Zresztą cały stok Smogorni to ,,szklana góra” dość stromo opadający w Kocioł Smogorni – w słońcu to może być prawdziwy srebrny Upłaz. W połowie drogi stalowy krzyż trochę ,,modeluje” wyobraźnię. Nie za fajnie się idzie w takim jednostronnym pochyleniu, zejście na bok skutkowało zapadaniem. Słonecznik  to też węzeł szlaków –  żółte znaki wiodą z Borowic Doliną Jodłówki by wspiąć się tu od grupy skał Pielgrzymy. Zielonybignie z karpacza poprzez kocioł Wielkiego Stawu. W mgle i z lekka pruszącym śniegu odpoczynek pod skałami.

Chroniąc się w załomach skalnych Słonecznika naszła mnie dygresja. Od Szklarskiej Poręby nie spotkałem przy szlaku żadnej ławki (pomijając te przy schroniskach i czeską wiatę). Albo sadzamy dupę bezpośrednio na śniegu albo na zimnym kamieniu. Dla kogo kurna ten szlak? Dla ,,młodych wilczków” w ,,adidaskach” only? Tyle się niby mówi i pisze o aktywizacji (ruchowo-sportowej) osób starszych. Na grań można się dostać czy to od strony Szrenicy czy Śnieżki wyciągiem krzesełkowym. Dalej szlak nie nastręcza praktycznie żadnych trudności. Czyli idealny dla seniorów lub/i rodzin z dziećmi. Tylko dupska nie ma gdzie posadzić, a plecak trzeba kłaść w błoto lub śnieg. Brakuje mi też tabliczek informacyjnych. Jak dla mnie oba te elementy ,,małej architektury” powinny na takiej ,,ceprostradzie” być co kilometr.

Teraz trochę o foliatexie. So ,,soft” membranowy. Zabrałem go świadomie. W dolinach panowała już wiosna, w górach leżał śnieg i ,,zapowiadali” jego opad – a właściwie śnieg z deszczem. Nie pamiętam czy miałem w plecaku Hsa. Zazwyczaj noszę, nigdy nie użyłem. Jakie są minusy foliatexu każdy wie. Więc o plusach. Mój ma dość dobry kaptur regulowany po obwodzie i z tyłu, niezłą gardę, suwaki pod pachami, wewnętrzne kieszenie, nie puszcza wiatru i bardzo dobrze chronił od deszczu (nie puszczał na szwach). Po wyjściu pod górę ze Szklarskiej nieźle pizgało, a powyżej lasu to nawet bardziej niż nieźle. Na combat koszulkę Stoora i 20 Kaczuchy z Deca musiałem go ubrać. Efekt łatwy do przewidzenia. Już na Hali Szrenickiej wszystko mokre. W tym i następnym schronisku pierwsze co robię to ściągam co mogę i na kaloryfer. Drugiego dnia ubieram na gołą klatę strecza i na to foliatex. Jest już komfortowo.

Po odpoczynku pod Słonecznikiem ruszam w stronę Równi pod Śnieżką. Oczywiście żadnych stawów czy kotłów nie widać. Tu też jest wyznaczony ,,zimowy szlak” tóry biegnie daleko od krawędzi urwiska. Kosówka jest zasypana całkowicie śniegiem, ale trafiają się ,,wykapy”w które wpada noga po pachwinę. Trzeba uważać. W jednym z ,,miękkich” miejsc kijem ,,nie sięgam dna”. Generalnie po tej ubitej i zmrożonej warstwie porusza się dobrze i szybko. Za parę dni zapanuje breja. Pod samą Śnieżką wiatr się wzmaga. Zostawiam plecak w Śląskim Domu, zakładam kominiarkę z Tecnosterecu Pontetoro i gogle i idę na Śnieżkę na lekko.

Wieje strasznie, ślisko na kamiennym chodniku, przytrzymuję się łańcuchów na barierkach. Kije raczej nie pomagają. Mijam kilka schodzących osób. Na górze to już na moje oko równe 8B. Stojąc na wywianym lodzie wiatr przesuwa mnie w bok.

W załomie przy zamkniętym obserwatorium (remont po śnieżnym obrywie jednego z ,,talerzy” ) wypijam urodzinowy sok pomidorowy.

Jeden z spotkanych Polaków pstryka mi ,,pamiątkowe” :) zdjęcie. Królowa Karkonoszy (i Sudetów) zdobyta. Zejście jest jeszcze gorsze ale jakoś daję radę bez wyjebki. Zabieram plecak i gnam czarnym szlakiem w stronę Kopy. Wyciąg już nieczynny (kursował podobno do 16stej). Potem Śląska Droga ale bardziej na czuja bo ślady zasypane. Dochodząc do Białego Jaru mimowolnie myślę o tych zasypanych żołnierzach Związku Radzieckiego w lawinie. Ciary może nie przechodzą ale cieszę się, że nie muszę przecinać żlebu. Niżej śnieg zamienia się w deszcz. Zejście zajmuje mi więcej niż przewidują znaki. To moja bolesna przypadłość – mogę wchodzić ale nie za bardzo mogę schodzić. Każdy krok to ból – stawy kolanowe. Wreszcie doczłapuję się do Karpacza. Schodząc asfaltową serpentyną w dół spotykam co krok płatny parking samochodowy ale za to żadnej ławki ;) . Wreszcie jakieś niby centrum ze stacją benzynową na której kupuję paliwo w postaci browarów. Już ciemno. Pada marznący deszcz. Chcę jakimś busem dostać się do Jeleniej i dalej PKP ale przypadkowo dowiaduję się, że będzie bezpośredni PKS do Warszawy. Ryzykuję, odpuszczam busa do Jeleniej i czekam na przystanku na ,,warszawiaka”. Jak by nie było to… ale był. Starym zwyczajem kierowca każe mi schować plecak do luku, a ja starym zwyczajem mówię, że tylko jak się przepakuję ;).

Tylne siedzenie, plecak pod głowę i kimka. Jakieś 10 godzin albo więcej przez pół Polski. Dosiadają się jacyś ,,robotnicy” i śpią na podłodze między siedzeniami. Ja mam ,,królewskie łoże” – kto pierwszy ten lepszy :). Podsumowując – Byłem nic nie widziałem. Szczyty zaliczone w zimowej scenerii ale podczas już kalendarzowej wiosny. Zdjęcia tylko z komki (co prawda miałem małpę Praktiki ale zdjęcia w słabym świetle robi gorsze niż koma), pstrykać za bardzo nie było co bo wszystko w tym mleku wyglądało jednakowo. Nadal nie dorobiłem się jakiegoś aparaciku w teren a lustra nie noszę. Foliatexu już nie zabieram ale w podobnych warunkach kto wie… Karkonosze są drogie, subiektywnie uważam, że droższe od Tatr czy Beskidów. Tyczy się to tak noclegów jak i żarcia, przejazdów, szczania itp. Na pewno muszę tam wrócić, w tym roku się nie udało, może następnego lata… bo tej zimnej mgłu już wystarczy


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Karkonosze w foliatexie (marzec 2011) czyli relacja archiwalna

Dodaj komentarz