Share →

Dla wielu członków Outdoora, Beskid Niski to cel niedzielnych spacerów. Dla mnie przez wzgląd na odległość z Jeleniej Góry to wyprawa niczym w Alpy austriackie, może z wyjątkiem przewyższeń.

8.07.2012 (niedziela)

Podróż zaczynamy w Nowym Sączu po „Heńkach” na Gorcu. Z Nowego Sącza do którego podrzucił nas Czis udaliśmy się PKS-em do Gorlic. Podróż po Beskidzie Niskiem znajomy doradzał nam zacząć od Magóry Małastowskiej jednak z Gorlic w niedziele nic tam nie jeździ. PKS w ogóle nie oferuje takiej usługi. Jest jeden prywatny przewoźnik, który jeździ z przystanku ‘pod lotkiem’; w tygodniu jeździ z 8-10 razy na dzień, w sobotę 3 a w niedzielę jak wyżej. Postanowiliśmy złapać stopa. Na wylocie z Gorlic udało się  w jakieś 30 min. Zabrał nas młody człowiek imieniem Kuba. Jest on krakusem, który kupił troszku ziemi w Nowicy i chciałby tam osiąść. W przyszłości łatwo byłoby go znaleźć bowiem to chyba jedyny, wypasiony pickup w Nowicy. Dla nas super bo jadąc na swe włości podwiózł nas pod same niemal schronisko na Magórze. Schronisko bardzo nas zaskoczyło swym rozmiarem – malutka  drewniana chatka – a klimat musi być murowany.

Poznajemy Chatara Grześka i jego pomocnika Maksa. Mieliśmy spać pod namiotem jednak chatar zaproponował nam „promocję” i zasugerował  nocleg w chacie. Pochwalił się przy tym, że ma u siebie komputer i dostęp do Internetu, i za 10 min zacznie się finał ligi światowej siatkówki Polska – USA. Na piwo nie trzeba było mnie namawiać, na mecz tym bardziej. Żona ma w tym czasie zajęła się urządzeniem nas w pokoju i sprzątaniem izby. Pod koniec meczu (3:0) dołączyła do nas. Okazało się że miło się rozmawia więc jeszcze nawilżyliśmy struny głosowe i posiedzieliśmy do drugiej w nocy. Serdecznie zapraszał ludzi z outdoor.org.pl na jakąś większą imprezę, bowiem nie byliśmy u niego jeszcze zacną gromadą w przeciwieństwie do ludzi z zaprzyjaźnionego portalu.

9.07.2012 (poniedziałek)
Rano Poszliśmy na spacer bez bagaży, wokół Magury tj. szczyt magóry i cmentarzyk. Można by powiedzieć, że cmentarzyk jak jeden z wielu na tych ziemiach jednak ten dopiero jest ‘odkopywany’ i ustawiany. Potem  Nowica, Przysłop i do schroniska


Zabraliśmy plecaki i mimo nagabywań Grzesia i Maksa ruszamy w kierunku Chatki w Nieznajowej.

Nie chcę zagłębiać się w historię wojen i wysiedleń dlatego posłużę się skrótami jak ten.

Pierwej przez przeł. Małastowską i dalej niebieskim szlakiem aż pod Banice, unikając jednak tłocznych miejsc nie wstąpiliśmy tam tylko ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem w kierunku Wołowca. Ten odcinek był przepiękny. To była prawdziwa dżungla z tysiącem bajecznych miejsc pośród potoczku, lasu i krzaczorów tworzących niesamowity klimat. Do tego wszędobylsko rosnąca mięta nadawała piękny zapach. Spotkaliśmy tu czarnego bociana, którego miałem okazję zobaczyć po raz pierwszy. Dla kogoś kto lubi ‘dzicz’ jest to fantastyczne miejsce.

Od Wołowca szliśmy dalej szlakiem poznając dziewczynę z Krakowa, która opowiedziała nam troszku o Wołowcu. M.in. to że mieszka tam pisarz Andrzej Stasiuk, o tym że nalewka z korzenia pokrzywy (październikowej) jest dobra na wszystko (według Łemków) oraz o tym że tradycja picia „kropki” nie wymarła. Nowo poznana znajoma opuściła nas w połowie drogi wracając z dzieckiem do Wołowca a my dalej do Nieznajowej. Po drodze minęliśmy pozostałości wsi o tej samej nazwie a także cmentarzyk z zachowanymi nagrobkami.


 

Po dotarciu pod chatkę nie zaglądaliśmy tam gdyż było zbyt dużo ludzi (w tym dzieci). Pragnęliśmy ciszy jaka towarzyszyła nam na szlaku, poszliśmy więc kilka set metrów dalej i rozbiliśmy obóz nad rzeką Wisłoką. Jest to odcinek w Beskidzie niskim gdzie dość często można kogoś spotkać.

10.07.2012 (wtorek)
Poranek, operacja na odciskach i w drogę. Najpierw na Radocynę przeprawiając się przez liczne brody o których nie pisałem wcześniej. Wszystkie dni naszego spaceru spędziłem w leciutkich, niskich bucikach. Nie widziałem sensu taszczenia ze sobą treków. Podczas mijania brodów trochę mi ich jednak brakowało, gdyż usypywanie co chwila kamieni aby móc przejść suchą stopą zabierało nam dość dużo czasu, ale tylko w tej okolicy. Decyzji więc nie żałowałem. Spod Radocyny drogą szutrową potem asfaltem w kierunku Grab.

Pozostałości kolejnej napotkanej wsi.


Po drodze złapaliśmy stopa do Wyszowatki – maleńkiej poPGRowskiej  wsi potem dalej pieszo i znów stop aż do Ożennej. O dziwo zatrzymał się ten sam człowiek, który podwiózł nas do Wyszowatki, był tam jednak tylko na kilka chwil i jechał dalej, mieliśmy więc sprawdzonego drajwera. Tam lody i w drogę niebieskim w kierunku czerwono-niebieskiego tj.granicznego. Po dotarciu na czerwony człapaliśmy pośród niczego przez dłuższy czas wzdłuż słupków granicznych, z których część odwrócona była P do Polski a S do Słowacji a część na odwrót czego pisząc to jeszcze nie rozumiem. Człapiąc granicą doszły nas echa burzy za nami, obok nas a potem coraz bliżej. Człapaliśmy co raz szybciej. Nie wiele było do oglądania, podziwiania i zwiedzania tym bardziej że burza co raz bliżej. Mówiąc o atrakcyjności tego szlaku jest on po prostu nudny. Doszliśmy do przeł. Mazgalica, burza coraz bliżej. Zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem w kierunku Huty Polańskiej gdzie powinna być baza namiotowa obok prywatnego schroniska „Hajstra”. Po  drodze złapał nas deszcz, ale olewając go szliśmy coraz szybciej, byle się schować. W kilka minut – myślimy – nie zmokniemy za bardzo a zostało ciut ciut drogi. Minęliśmy kościół, chwilunia i doszliśmy. Po lewej dość duży biały budynek, po prawej polanka z miejscem do gry w siatkę, kosza. Wiata ze stolikami, pod którą od razu się schowaliśmy. Właściciel bierze po 10zł od głowy w namiocie oferując w cenie zadbaną łazienkę z prysznicem wewnątrz schroniska. Zostaliśmy na noc.

11.07.2012 (środa)
Ruszyliśmy z Huty Polańskiej w kierunku Zyndranowej. Kawalątek drogi podrzuciły nas dziewczęta na stopa do wsi  Polany dalej szliśmy o własnych siłach w kierunku Olchowca chcąc odwiedzić po drodze Kolonię Olchowiec. Dotarliśmy do prywatnej izby muzealnej Pana Tadeusza Kiełbasińskiego, który okazał się skarbnicą wiedzy na temat Łemków , huculszczyzny i nie tylko. Poznaliśmy jego żonę, zwiedziliśmy izby słuchając opowieści pana Tadeusza po czym z przyjemnością kupiliśmy parę cegiełek i poszliśmy dalej. Jest to miejsce, które moim zdaniem nie może zostać pominięte w trakcie pobytu w Beskidzie Niskim.


Przed wsią Zyndranowa doszliśmy do drogi krajowej, przy której był zajazd – połakomiliśmy się na pierogi i w drogę. We wsi minęliśmy polecany skansen kultury łemkowskiej u pana Docza i na wieczór doszliśmy do chatki. Spotkaliśmy tu harcerzy, z którymi minęliśmy się na hucie Polańskiej, na której o czym nie pisałem wcześniej zostawili x szpilek do namiotów. Podejrzewam, że podróżując w ten sposób po tygodniu odciągi wiązali do drzew. W chatce jest prąd, obok studnia i potok, stoi tu tez wygódka. Nocleg w chacie to 8zł a w namiocie 5zł. W chacie bazową SKPB była Iweta z rodzinką. Po miłym przywitaniu i krótkiej chwili poszliśmy spać.
 

zacna kolekcja butelek po piwie.

 

zacny kufel piwa

12.07.2012(czwartek)
Rano podjęliśmy decyzję, że zostajemy tu jeden dzień. Padał deszcz do południa a nam się nie śpieszyło . Z uśmiechem pożegnaliśmy harcerzy. Dzień lenistwa i opalania. Jednym wyjątkiem był spacerek po piwko- wytłumaczalne. Następnego dnia mieliśmy iść na podobno super bazę namiotową „Jasiel”, dostaliśmy jednak telefon, że pojutrze mamy być w Przemyślu więc skróciliśmy plany.

13.07.2012 (piątek)
Wczesnym rankiem tato Iwety musiał jechać do Rzeszowa i podwiózł nas do miejscowości Dukla skąd ruszyliśmy do Iwonicza Zdrój. Czerwonym szlakiem, zaczynając od podejścia pod górę Cergowa. Trzeba przyznać, że górka choć niewielka dała nam troszkę w kość.

Widok z Cergowej…


…i na Cergową.

Dalej ostre zejście i błoto oraz wielkie błotne koleiny które zawdzięczamy pracom leśnym.

Spotkaliśmy rowerzystę, który z plecakiem jechał przez Główny Szlak Beskidzi. Opowiedział nam jak zepsuł mu się hamulec a gospodarz z okolicy wykręcił V-kę z roweru swej córki i mu ją sprezentował. Zawsze mówiłem, że na wschodzie są lepsi ludzie. Doszliśmy do Iwonicza Zdr. Zadziwiająco zadbane miasteczko, zrobiło na nas miłe wrażenie.

Skocznia w Iwoniczu.

Jeden z Iwoniczan.

Chcieliśmy się wydostać do Przemyśla jednak pomimo nie wielkiej odległości i wczesnej godziny nie kursowały już żadne autobusy ani prywatni przewoźnicy. Trochę to dziwne gdyż uważałem Beskid Niski za miejsce turystyczne jednak to nie Tatry czy Karkonosze gdzie „busiarze” kursują od świtu do nocy. Przedsmak tego mieliśmy w Gorlicach o czym pisałem na początku. Wniosek jest oczywisty – korzystając z komunikacji publicznej należy wcześniej zapoznać się z dość skąpym rozkładem jazdy aby nie być zaskoczonym. Było za wcześnie aby szukać noclegu więc opuściliśmy Iwonicz piechotką w kierunku drogi krajowej 4km na północ od nas a tam łapiąc stopa opuściliśmy Beskid Niski ruszając w dalszą podróż na Krym.


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Beskid Niski – parę dni

Tagged with →  

Dodaj komentarz