Share →

DSC_0111Naszym kolejnym celem miał być szczyt Jizery gdzie chcieliśmy spać na tarasie stojącego tam budynku jakiejś placówki meteo czy czegoś w tym stylu. Niestety, wylegiwanie się w śpiworach do 9 rano, grzebanie się 3 godziny i siedzenie w schronisku Smedava odebrało nam chęci na atak szczytowy. Początkowo chcieliśmy spać w Smedavie ale okazało się, że wszystkie pokoje są zajęte, a opcja gleby w Czechach nie istnieje. Dobrze, że chociaż śpiwory pozwolono nam podsuszyć:

Zima, zima i po zimie, a więc pora na pierwsze wspomnienia z wyjazdu w Sudety Zachodnie.

Tym razem nie zaplanowaliśmy bezludnych Bieszczad czy Beskidów ale właśnie Sudety z główną myślą przejścia zimowego grzbietu Karkonoszy. Jako, że do dyspozycji mieliśmy ok. 10 dni to do Karczków dołożyłem Izery oraz Rudawy Janowickie z zamkiem Bolczów, który to zawsze chciałem zobaczyć.

Końcowy skład ekipy zawiązał się ok. 3 tygodnie przed wyjazdem. Do mnie i Olki tradycyjnie dołączył Zbynek i Daniel, a z samej Irlandi przyleciał do nas Jacek. Iście w międzynarodowym składzie w piątek 11 stycznia wyruszyliśmy w trasę. Spotkanie umówione w Świeradowie, szybki obiad, kufel piwa i z racji późnej pory i zmęczenia całonocną jazdą PKP, start gondolką polecany przez Menela na szczyt Stogu Izerskiego. Prognozy były optymistyczne i miało być ok. 40cm śniegu jednak pierwsze wejście w śnieg szybko zweryfikowało nasze zamiary. Uhuhu, zakładamy rakiety, śniegu ok. 60cm i lekko przejechany przez jednego narciarza. Na nocleg wybraliśmy wieżę widokową na Smreku, do której po półtoragodzinnej walce z opadem drobnego śniegu i mgłą docieramy grubo po zmierzchu.

Wnętrze bardzo przytulne, wyspać się może nawet i 10 osób, podwójne drzwi, trzy stoły i kilka ławek do siedzenia, brakuje jedynie kominka i prądu do komórek. Tym niemniej noc spędzona bardzo przyjemnie i ciepło bo tylko w -5 st., gdzie tymczasem termometr na zewnątrz pokazał nad samym ranem -13st.

Poranek przeszedł nasze wszelkie oczekiwania, oj dawno zimą takiej lampy nie widziałem:

Naszym kolejnym celem miał być szczyt Jizery gdzie chcieliśmy spać na tarasie stojącego tam budynku jakiejś placówki meteo czy czegoś w tym stylu. Niestety, wylegiwanie się w śpiworach do 9 rano, grzebanie się 3 godziny i siedzenie w schronisku Smedava odebrało nam chęci na atak szczytowy. Początkowo chcieliśmy spać w Smedavie ale okazało się, że wszystkie pokoje są zajęte, a opcja gleby w Czechach nie istnieje. Dobrze, że chociaż śpiwory pozwolono nam podsuszyć:

Wobec powyższego zmuszeni byliśmy jako bazę wybrać stojący obok budynku przystanek. Nie było czego żałować, wnętrze przestronne, w sam raz dla nas, czego chcieć więcej, przecież skromne -12 nas nie pokona:

Na zakończenie przygody z Czeskimi Izerami wybraliśmy trasę przez Jizerkę, wioskę/osiedle położone 30 minut od naszej granicy. Szkoda tylko, że pogoda się zepsuła i znowu pojawiła się chmura i drobny opad:

Ok. 15 docieramy do schroniska Orle, coś tam przekąszamy, podsuszamy i o zmierzchu wybieramy się na półtoragodzinny spacer do Chaty Górzystów. Znając relacje o pysznych naleśnikach nie pozwoliliśmy sobie odmówić tego rarytasu, naprawdę mega sprawa:

Następny dzień to w końcu pora wbicia się w czerwony, Główny Szlak Sudecki, którym w konsekwencji zamierzamy dotrzeć do Szklarskiej Poręby. Skończyła się też sielanka przetartych przez ratraki tras biegowych, a zaczęło poważne torowanie w sypkim śniegu:

Jakieś 6 godzin na szlaku doprowadziło nas do wiaty na Rozdrożu pod Cichą Równią. Pytanie tylko czy ona faktycznie jest taka cicha? Narciarze jeździli jeszcze długo po 20 wieczorem, a pierwsi pojawili się rano już ok. 7. Tym niemniej miejsce całkiem przyjemne na nocleg i o dziwo wszyscy zmieściliśmy się w tej wiacie, jak nie na ławkach to na stołach:

Tym razem postanowiliśmy wstać o normalnej porze czyli o 7 rano, bo czekała na nas dalsza część trasy czerwonym szlakiem przez Wysoki Kamień do Szklarsiej. Na Wysokim stoi nadal niedokończone schronisko, którego budowa chyba nigdy się nie skończy. Nadal nie można tam przenocować ale o tyle jest obecnie dobrze, że chociaż jest gdzie się schronić i ogrzać:

Z Kamienia to już tylko sprint do centrum Szklarskiej na obiad, drobne zakupy i na nocleg na terenie zamykanej bazy ZHP:

Na bazie komuś się nawet pomyliły dłonie ze stopami:

Tym oto sposobem pierwsza część wyjazdu dobiegła końca. Po niej przyszła ta najbardziej oczekiwana czyli zimowe przejście Karkonoszy. Najpierw mozolne 600 metrów w pionie do chaty Pod Łabskim Szczytem:

a potem 200 na główny grzbiet:

Dobrze, że chociaż pogoda nam w miarę dopisało bo tego obawiałem się najbardziej, nic nie kurzyło i widoczność była w miarę fajna. Pierwszym celem był oczywiście przekaźnik TV i Śnieżne Kotły:

a gdzieś w oddali mamroczyła Królewna:

W drodze do jej królewskiej mości, minęliśmy Śląskie Kamienie i spaloną Petrovą Boudę, która jeszcze rok temu stała w całości, górne piętro nie było tknięte przez pożar. Tego się obawiałem, że mimo, iż budynek w dobrym stanie to i tak zostanie rozebrany, a mógł przecież służyć turystom jako świetne, darmowe schronienie:

Niestety pogoda nie przetrwała do końca dnia, a my nie widząc sensu dalszej wędrówki we mgle schraniamy się w Odrodzeniu. To właśnie w tym schronie, w pokoju nr 2, na dolnym łóżku piętrowym spotkała mnie niemiła przygoda. Otóż zostałem pogryziony przez jakieś pchły, łapka mi spuchła, pojawiło się kilkanaście bąbli, a jeden nawet na powiece. Ponoć wyglądałem jak Balboa z pierwszej części filmu. Zadościuczynienie właściciela polegało na wybraniu sobie czegoś z baru, ale co ja miałem wybrać? Wodę by mi zamarzła? Trochę żenua, chociaż za nocleg by mi zwrócił – bez komentarza.

Kolejny dzień zapowiadał się też fajnie, na dole inwersja i duża widoczność, jednak na samej Śnieżce to co zwykle, mleko:

Strzecha:

Po drodze mijamy chyba największą komerchę w Karkonoszach tj. Śląski Dom i czym prędzej wbiegamy niczym ekspres mijając niedzielnych turystów na szczyt Królowej Sudetów:

Widoki były piękne, wszędzie gdzie nie spojrzeć mleko. Dopiero po zejściu kilkudziesięciu metrów ukazał nam się Czarny Grzbiet:

Tuż przed Sowią Przełęczą stoi fajnie i dość przytulne schronisko Jelenka. Spędzamy w nim dwie godziny, suszymy ciuszki i butki bo na nocleg już po zmroku udamy się do nowo wybudowanej wiaty po Czeskiej stronie Kowarskiego Grzbietu:

Wiata wybudowana prawdopodobnie rok temu, nie jest jeszcze nawet specjalnie popisana i pachnie nowością. Musieliśmy jedynie dokonać drobnego remontu dopasowując wypaczone od wilgoci drzwi, by te można było zamknąć na noc. Miejsca w środku jest sporo, wyśpi się swobodnie pięć osób, dwie na stryszku i trzy na stole i dwóch ławach. Na podłodze drobny kamień. Jest to bliźniacza wiata tej, która stoi na Czarnej Przełęczy pod Wielkim Szyszakiem:

Widok z wiaty o poranku:

Rano po kilkudziesięciu minutach i minięciu nowo powstałego stoku narciarskiego docieramy do przełęczy Okraj tym samym kończąc przygodę z zimowymi Karkonoszami:

Teraz trzeba było jakoś przeskoczyć w Rudawy Janowickie po drodze zahaczając o jakiś sklep w Ogorzelcu. Całe szczęście po 30 minutach asfaltem, zatrzymuje się bratnia dusza, znaczy się turysta i podwozi nas i do sklepu i na przełęcz z której wejdziemy już do Rudawskiego Parku Krajobrazowego:

Początkowo dość fajna i szeroka droga przemieniła się w prawdziwą katorgę. Skręciliśmy w gęsty las i klucząc pomiędzy mocno zaśnieżonymi drzewami i głazami docieramy do punktu widokowego na Małej Ostrej. Niestety opad śniegu, dość przenikliwy, zimny wiatr i mgła szybko nas wyganiają ze szczytu do kolejnego schronienia przy Kamiennej Ławce, gdzie stoi dość pokaźnych rozmiarów wiata:

Jak się okazuje, wiata ma nawet swojego stałego bywalca:

Niestety to co miłe szybko się kończy, przed nami już ostatni dzień w górach i ostatnia trasa z Kamiennej Ławki przez zamek Bolczów do Janowic Wielkich, skąd o 16 pociągiem do Poznania wszyscy się rozjeżdżamy w swoją stronę:

10 minut przed zamkiem stoi taka dość mała wiatka, która raczej nie nadaje się na nocleg dla większej grupy turystów, dwie osoby to max co może pomieścić:

Rudawy Janowickie i góry Sokoliki to tereny bardzo obfite w skałki, kamienie i ścianki wspinaczkowe. Zima dodaje im tylko dodatkowego uroku:

Po jakiś 3,5h docieramy w końcu do głównej atrakcji dnia, ruin zamku Bolczów. Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z 1375 roku. Zamek kilkukrotnie był niszczony i odbudowywany. Jeszcze w XIX mieściło się w nim schronisko oraz bufet. Obecnie jako muzeum jest pod opieką Lasów Państwowych. Niestety nie da się w nim przespać bez pomocy namiotu czy jakiegoś tarpa:

No i to by było chyba na tyle, dobranoc Państwu

Reszta zdjęć tu



**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Ich czterech i ona jedna czyli Zachodnie Sudety zimą

Dodaj komentarz