Share →

IMG_042W roku 2006 także odwiedziłem Biesy na początku października, ale nie o tym teraz będzie.Moja wizyta tak zapaliła Stasia-napieracza, że ustaliliśmy kolejny, wspólny wypad na listopad, licząc jeszcze na sprzyjającą jesienną aurę. Dokooptowaliśmy jeszcze Przemka, który równie chętnie przystał na włóczęgę i pojechaliśmy. Już przed samym wyjazdem okazało się, że Bieszczady przywitają nas pogodą bardziej zimową niż jesienną. Oczywiście, to w żadnej mierze nie zmieniło naszego nastawienia, a co najwyżej wyposażenie. W ramach oblotu pogody, mając zaledwie pół dnia do dyspozycji, zatrzymawszy się na Przełęczy Wyżniańskiej, ruszyliśmy na Połoninę Caryńską.

Bieszczady najpiękniejsze są jesienią. Truizm ów zaprowadza mnie w ten przeuroczy zakątek Polski niemal każdej jesieni już od wielu lat. Po powrocie zwykle opowiadam znajomym jak to w złotych Bieszczadach jest pięknie, co skutkuje tekstami w stylu: „Ja też bym tak chciał/chciała…”.

W roku 2006 także odwiedziłem Biesy na początku października, ale nie o tym teraz będzie.Moja wizyta tak zapaliła Stasia-napieracza, że ustaliliśmy kolejny, wspólny wypad na listopad, licząc jeszcze na sprzyjającą jesienną aurę. Dokooptowaliśmy jeszcze Przemka, który równie chętnie przystał na włóczęgę i pojechaliśmy. Już przed samym wyjazdem okazało się, że Bieszczady przywitają nas pogodą bardziej zimową niż jesienną. Oczywiście, to w żadnej mierze nie zmieniło naszego nastawienia, a co najwyżej wyposażenie. W ramach oblotu pogody, mając zaledwie pół dnia do dyspozycji, zatrzymawszy się na Przełęczy Wyżniańskiej, ruszyliśmy na Połoninę Caryńską.

O ile na przełęczy było jeszcze jako-tako, o tyle na grzbiecie widoczność sięgała kilkunastu metrów i o kontemplowaniu widoków należało zapomnieć… Skończyło się na fotkach pamiątkowych, po czym ruszyliśmy w kierunku szczytu.

Na szczycie widoczność nadal „plus zero”, czyli widać nas, co co pod butami i to co kilka metrów wokół.

Schodząc w kierunku Berechów, minęliśmy wreszcie granicę mgły, więc taplając się w topniejącym śniegu, mogliśmy sięgnąć wzrokiem na dalszy dystans, tak do 2 km.

Jeszcze tylko mostek pod koniec szlaku i jesteśmy na dole przy skrzyżowaniu.

Pierwszy dzień był na rozgrzewkę, choć w tym rozmokniętym śniegu buty (Alvika Quest) puściły, co nienajlepiej wróżyło na następny dzień. Z Berechów raźno przemaszerowaliśmy asfaltem do przełęczy, spotkawszy po drodze może ze dwa przejeżdżające samochody. Po przybyciu do Wołosatego, zapakowaliśmy się do gospodarstwa Stajnia http://e-nocleg.pl/nocleg,ulagrzegorz-zdjecia.html i opracowaliśmy plan na następny dzień. Na szczęście w pokoiku był kaloryfer olejowy, który dostał bojowe zadanie osuszenia butów. Co prawda takie suszenie nie najlepiej robi butom, ale czas był nieubłagany, a plan na jutro zaczynał się kształtować obiecująco.

W domku mieszkała jeszcze jedna para – Kasia i Bartosz, ale ich aktywność była bardziej „pokojowa”  :-[ Odpaliwszy zapas piwa, pochyliliśmy się nad mapą. Wybór trasy nie był ani trudny ani zbyt ambitny, – ot, klasyczna pętla z Wołosatego do Przełęczy Bukowskiej, Rozsypaniec, Halicz, Przełęcz Goprowców, Tarnica i powrót do Wołosatego.

Ranek następnego dnia powitał nas piękną, słoneczną pogodą, a mnie suchymi butami  :). Co prawda, nie były zaimpregnowane  alt:(” title=”Złość” class=”smiley” />, ale mój optymizm tego nie dostrzegał. Na śniadanie pochłonęliśmy resztki naszego prowiantu i zebraliśmy się do drogi.

Nad naszymi szczytami wisiały pokłębione obłoki, a zalesione zbocza okrywała delikatna siwizna śniegu. Poranne słońce prześwitywało przez obłoki, zdobiąc rozświetloną nieregularną szachownicą rozległe okolice.

Temperatura musiała być bliska zeru, bo pod butami śnieg robił się przezroczysty, koleiny mokre, a kałuże niezamarznięte. Przejeżdżający pogranicznik i jego pies byli wyposażeni w kamienne twarze i mordy  ;)

Idąc monotonną drogą, minęliśmy most przyjaźni prowadzący na Ukrainę, który jakoś nie doczekał się większej popularności z przyczyn bodaj politycznych.

Im wyżej, tym więcej śniegu zalegało na drodze i oznaki odwilży zanikały, ustępując śnieżnym klimatom. Koleiny terenowego merola Służby Granicznej, ułatwiały poruszanie się przysypaną drogą.

Na zakręcie otworzył się na chwilę przezior na południe, a górski ośnieżony krajobraz nadawał surowego wyglądu okolicom oglądanym z asfaltowej drogi, choć szczelnie pokrytej śnieżnym dywanem.

Za zakrętem terenówka pogranicznika widać już nie dawała rady, bowiem zniknęły ślady kolein. Stąd już niedaleko było do przełęczy Bukowskiej.

Na rzeczonej przełęczy, pod daszkiem spotkaliśmy poprzedzającą nas grupę, która oczekiwała tam na maruderów ciągnących za nami.

Wtrząchnęliśmy po batoniku, ja wrzuciłem spodnie nylonowe, bo śniegu było już całkiem sporo i ruszyliśmy zaatakować pobliski Rozsypaniec. W tle na połoninach widać było szlak prowadzący wzdłuż granicy, aż szkoda, że nie można nim bez pozwolenia przejść przez Opołonek do źródeł Sanu i zbudować wielką pętlę, ale może kiedyś… Tymczasem zaczęło solidnie wiać i trzeba było się zakapturzyć.

Pogoda w górach – jak kobieta – zmienną jest  :P Tak więc mniej więcej co kwadrans to wiało, to świeciło. Chyba po to by móc zrobić foty i ponarzekać na zawieje. Widoki raz się otwierały, bo znów się zamknąć i owionąć nas zimnym, pełzającym po ziemi obłokiem.

Na Rozsypańcu mój leciwy kompakt raczył zamarznąć, na szczęście Staś miał odporniejszy instrument, tak więc ciągłość dokumentacji fotograficznej została zachowana.

Od Rozsypańca podejście pod Halicz było już mało ciekawe, choć na swój sposób przyjemne, nie wiem tylko, kto się w tym ze mną zgodzi. Zamieć śnieżna w jednym miejscu tworzyła głębokie zaspy, by po kilku krokach w śniegu powyżej kolan, wyjść na przewiany grzbiet pozbawiony białego puchu. Jednak przed samym szczytem Halicza zawieja była tak mocna, że mimo kaptura i okularów, miałem zasypane oczy, a jedno przekrwione od  ostrych igiełek zmarzniętego śniegu. Nawigowanie w takich warunkach przy mizernej widoczności były dalekie od komfortu, ale czyż nie to pcha nas gdzieś tam do góry…

Na Haliczu musiałem na pół minuty przyczaić się za załomem skalnym, by odszumić uszy  ;)Zawieja znikała gdzieś w dolinie Wołosatki, majaczącej wśród postrzępionych jęzorów wyrywanych z ciemnej chmury śnieżnej.

Początkowo dało się określić przebieg szlaku, bo wydeptana ścieżka była przykryta do równa śniegiem, ale po kilkuset metrach pokrywa białej pierzyny wyrównała wszystko białym obrusem i nie za bardzo było wiadomo gdzie iść, tym bardziej, że co chwile zawieja zamykała nam widoki. Śnieg był miejscami zmrożony, więc można było stąpać po jego powierzchni, jednak co jakiś czas skorupa ustępowała i zapadaliśmy się po uda, a na stoku nawet i głębiej.

Z braku możliwości odnalezienia szlaku, trzymaliśmy się blisko grani, licząc na przejaśnienie, pozwalające nam się zlokalizować. Późnym popołudniem, kiedy słońce już malowniczo oświetlało pobielone połoniny, trafiliśmy na charakterystyczne wychodnie skalne ciągnące się na długim grzbiecie, informujące nas tym samym, że oto przemierzamy szeroką połać Krzemienia.

Chmury śnieżne na szczęście weszły na wyższy pułap, odsłaniając przed nami masyw Tarnicy z zaznaczającymi się poniżej szlakami i ich skrzyżowaniem na Przełęczy Goprowców. Dotarliśmy do niej brodząc nierzadko po pas w śniegu, tak że przy tablicy i znakach na dole Przemek miał spodnie obmarznięte jak rynny, a nie miał ani stuptutów, ani dobrych spodni zimowych, jednak znosił to dzielnie. Przegryźliśmy zachowane na tą okoliczność ostatnie batoniki i czas było ruszać dalej.

Do Siodła pod Tarnicą dotarliśmy już gdy dzień się nachylił, a różowa kreska zachodu jaśniała na południowym zachodzie.Jako że ja już wcześniej zdobywałem Tarnicę, a stan naszych butów i Przemkowych spodni nie nastrajał zbytnim optymizmem, ruszyliśmy w dół jedną z najbardziej obleganych ścieżek oznakowanych drewnianymi pałami – do Wołosatego.

Z Wołosatego tak jak staliśmy, tak pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, gdzie w drewnianym szałasie wrzuciliśmy coś ciepłego…

…oraz zimnego…  :D

W knajpie panował chłodek, a moje buty zaczynały powoli rozmarzać, co czułem obejmującą moje stopy wilgocią. Po powrocie do chaty, największą radość sprawił mi ciepły prysznic i zimne piwo, a Kasia uratowała nam życie, zostawiając dla nas na piecu gar zupy ogonowej  :) Gdy i oni wrócili, dowiedzieliśmy się że próbowali zdobyć Tarnicę, jednak gdy powyżej linii lasu natknęli się na śnieg do pasa, postanowili zawrócić. Biorąc pod uwagę, że byli w siebie zapatrzeni, wcale im się nie dziwię  :D Potem jeszcze do późnych godzin nocnych prowadziliśmy z nimi „długie Polaków rozmowy”, a ja od tego czasu w Bieszczadach pojawiam się nadal i z najwyższą przyjemnością. Na drugi dzień zafundowaliśmy sobie jeszcze objazd Jeziora Solińskiego, bo Staś tam jeszcze nigdy nie był, a wracając, odwiedziliśmy pogorzelisko cerkwi w Komańczy, która spłonęła niedługo przed naszym przyjazdem.

W Bieszczadach byłem wielokrotnie, ale nigdy w okresie wakacji. Ten region uwielbiam za jego spokojną rozległość i bezludność, która właśnie w wakacje ustępuje gwarowi, niejednokrotnie rozwrzeszczanemu. Nade wszystko zaś w Biesach lubię Worek Bieszczadzki z Bukowym Berdem, Mucznem, Tarnawą, Beniową, Siankami, grobem hrabiny i źródłami Sanu. Bieszczady białe, zielone czy złoto-czerwone – one są zawsze piękne i magiczne… Ja w Bieszczady tak zwyczajnie nie jeżdżę, – ja do nich wracam…!

Link do fotów na PiKasie – https://picasaweb.google.com/Yatzkowski/Bieszczady2006?authkey=Gv1sRgCKD_9JOQy8ODtAE&feat=directlink


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie:  Yatzkowe Białe Bieszczady 2006

Dodaj komentarz