Share →

DSC_0247Kolejny dzień to wypad na Pradziada. Szczyt jak szczyt – jakby to Garg ujął – taka płaskata góra z rakietą na czubie. Koniec dnia poprzedniego zwiastował bardzo dobrą pogodę, toteż zaostrzyły się apetyty na widoki z Pradziada, tym bardziej, że poranek był słoneczny, a widoczność bardzo dobra. Podejście zaczęliśmy od Karlovej Studánki, kolejnej perełki jesenickich uzdrowisk. Jak informuje Wikipedia „w tej miejscowości znajduje się najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich, Praděd (1492 m n.p.m.)”. Podejście rozpoczynaliśmy w pełnym słońcu, mimo mrozu ciepło, warunki jak najbardziej korzystne do odbywania wycieczki. Radość nie trwała jednak zbyt długo, bo po wyjściu na drogę asfaltową doprowadzającą na wierzchołek Pradziada chmurzyska przykryły wszystko. Szlak znakomity, najpierw prowadzi trawersem stoku przez dolinę Bilej Opavy aż do dojścia pod Chatę Barborka, po uprzednim minięciu wyciągów i kompleksu narciarskiego z Chatą Ovčárna, a następnie szeroką drogą na sam szczyt. Ze szczytu można było zobaczyć tylko knedliczki i piwo, ale to dopiero po wejściu do wnętrza rakiety, która w przypadku większego spożycia czeskiego piwa, mogłaby nawet pokusić się o wystartowanie.

Dotychczasowa, rokroczna Zimowa symulacja eksploracji Bieszczad zamieniła się w eksplorację nieco innych terenów, bo przecież ile razy można w te Bieszczady jeździć. Owszem są piękne, zwłaszcza zimą, ale chyba nie do porzygu niczym Koń Rafał. Dlatego też tym razem trzeba było nieco urozmaicić eksploracyjne plany i zakosztować innych wrażeń wizualnych, a także zaczerpnąć odrobinę kultury południowych sąsiadów. Wybór zatem padł na Jeseniky, położone w północno-wschodnich Czechach pasmo należące do Sudetów Wschodnich, z najwyższym szczytem Praděd liczącym sobie 1 491 m n.p.m. Niewiele jest relacji z tych okolic, a jedyny członek odoru, który tam regularnie bywał, został onegdaj przegnany z odoru. Pogoda raczej nie nastrajała optymistycznie ogólnie panujący syf, jak przez większą część zimy. Nie było to jednak czynnikiem demotywującym, albowiem oprócz walorów natury przyrodniczej, Czechy słyną z kultury kulinarnej – a przede wszystkim z – piwa. W związku z tym, mimo mglistości i nieprzejrzystości i braku słońca postanowiliśmy zawitać do Jesenika, celem miłego spędzenia czasu.

Samo miasteczko jest bardzo ciekawe, sprawia wrażanie nieco sennego, zwłaszcza w mglistej atmosferze zimowego, lutowego poranka. Warto pamiętać, że Jesenik słynie także, a może nawet przede wszystkim, z walorów uzdrowiskowych. To bowiem tutaj zaczął działać bodajże pierwszy na świecie zakład wodoleczniczy Priessnitzovy lázně założony i prowadzony przez Vincenta Priessnitza – twórcę czeskiej balneologii i hydroterapii, od którego pochodzi nazwa prysznic – urządzenia, z którego współczesny homo sapiens z lubością korzysta codziennie (z wyjątkiem niektórych, ale to raczej rodzaj zdecydowanie nie sapiens :D). Jesenik praktycznie zewsząd otoczony jest górami. Zimową porą króluje tutaj oczywiście narciarstwo – zarówno w wydaniu klasycznym, jak i zjazdowym. Okoliczna infrastruktura narciarska jest doskonale rozwinięta, imponuje liczba przygotowanych tras do narciarstwa biegowego, o jakich kraj Józefa Łuszczka i Justyny Kowalczyk może tylko pomarzyć. Pod tym względem jesteśmy totalnym zadupiem, nawet nie trzecim światem. I choć niektóre szlaki i trasy narciarskie są bardzo fantazyjnie poprowadzone, gdyż przecinają stoki narciarskie, to miłośnicy zimowego terkkingu z powodzeniem będą mogli znaleźć drogę mniej obfitującą w „adrenalinowo fazu”.


Jesenik – rynek


Nasze wypasione lokum

Pobyt – dla niektórych – rozpoczął się nieco wcześniej, jednak główna grupa uderzeniowa ;D, dotarła do Jesenika popołudniem 6 lutego. Wcześniejsze wysłanie części ekipy miało znaczenie fundamentalne i było ze wszech miar korzystne, albowiem Łukasz i Dominika dokonali rekonesansu i obczaili strategiczne punkty miasta, do których często wracaliśmy wieczorową porą, po zakończeniu tury ;D. Na pierwszy ogień poszedł Keprník (1 423 m n.p.m.) – czwarty co do wysokości szczyt Jeseników oraz najwyższy w północnej części pasma. W tym celu udaliśmy się do Ramzovej, skąd wyciągiem wjechaliśmy na Šerák (1 351 m n.p.m.). Wjazd kosztował nas lekką hipotermię, ponieważ przygotowani byliśmy raczej na wejście, a mróz w połączeniu z gęstą mgłą i porywistym wiatrem ostro dawał się we znaki, zwłaszcza w ostatniej fazie wjazdu, kiedy wyciąg poruszał się dość wolno, a człowiek zaczynał powoli przymarzać do metalowych elementów krzesełka. Jednak gorąca herbata oraz kieliszek Becherovki spożyte w Chacie Jiřího na Šeraku sprawiły, że powrócił obieg krwi i można było podążać dalej w kierunku przełęczy Červenohorské sedlo. Ze względu na czas spędzony w schronisku, stosunkowo późną porę oraz miejscami nieprzetarty szlak, nie udało nam się dotrzeć do przełęczy. Jednak zachód słońca, który towarzyszył nam w czasie schodzenia wzdłuż wyciągu wynagrodził nam brak spektakularnych osiągnięć o charakterze górskim ;D.


Jiřího na Šeraku


Ekipa na Keprníku


Wdrodze, pomiędzy Keprnikiem a Červenohorském sedlo


Pradziad z rakietą na czubie


W drodze powrotnej


Chata Jiřího na Šeraku z zjeścia z Kerpnika


Zachód słońca przy wyciągu

Kolejny dzień to wypad na Pradziada. Szczyt jak szczyt – jakby to Garg ujął – taka płaskata góra z rakietą na czubie. Koniec dnia poprzedniego zwiastował bardzo dobrą pogodę, toteż zaostrzyły się apetyty na widoki z Pradziada, tym bardziej, że poranek był słoneczny, a widoczność bardzo dobra. Podejście zaczęliśmy od Karlovej Studánki, kolejnej perełki jesenickich uzdrowisk. Jak informuje Wikipedia „w tej miejscowości znajduje się najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich, Praděd (1492 m n.p.m.)” :D. Podejście rozpoczynaliśmy w pełnym słońcu, mimo mrozu ciepło, warunki jak najbardziej korzystne do odbywania wycieczki. Radość nie trwała jednak zbyt długo, bo po wyjściu na drogę asfaltową doprowadzającą na wierzchołek Pradziada chmurzyska przykryły wszystko. Szlak znakomity, najpierw prowadzi trawersem stoku przez dolinę Bilej Opavy aż do dojścia pod Chatę Barborka, po uprzednim minięciu wyciągów i kompleksu narciarskiego z Chatą Ovčárna, a następnie szeroką drogą na sam szczyt. Ze szczytu można było zobaczyć tylko knedliczki i piwo, ale to dopiero po wejściu do wnętrza rakiety, która w przypadku większego spożycia czeskiego piwa, mogłaby nawet pokusić się o wystartowanie ;D. W drodze powrotnej skorzystaliśmy z dobrodziejstwa jazdy autobusem spod Ovčárni, którym popędziliśmy z powrotem do Karlovej Studánki. Wrażenie niesamowite w niewielkim autobusie upchnięte chyba ze 200 osób wraz z nartami, biegówkami oraz innym sprzętem, do tego jazda krętą, górską, ośnieżoną drogą.


Podejście pod Pradziada ostatni, najmniej ciekawy odcinek


Rakieta przygotowana do startu


Pradziadowa ekipa


Mały mordor

Ostatni dzień eksploracji, to wypad do Švýcárni. W tym celu udaliśmy się najpierw na Červenohorské sedlo, by tam część ekipy postanowiła pozjeżdżać na nartach, część podchodzić na biegówkach trasą, a reszta najzwyczajniej w świecie rozpoczęła podejście szlakiem. Narciarze zjazdowi zabawiali się sami, zaś biegówkowcy i piechurzy mieli jeden cel – Švýcárna. Tam mały popas złożony z lokalnych specjałów, w tym oczywiście z  Marlenki – ulubionego deseru Łukasza. Następnie Łukasz z Dominiką zjechali z powrotem trasą w dół, my natomiast z Karplukiem i Cichym podążyliśmy dziewiczym szlakiem w kierunku Beli, skąd Stanley zabrał nas samochodem do Jesenika. Przejście kosztowało nas sporo energii, ponieważ kawałek od schroniska szlak był całkowicie nieprzetarty, w związku z tym czekało nas brodzenie w śniegu po kolana czasem z miejscami, w których człowiek zapadał się po jajka. Na szczęście, był to dość krótki odcinek, bo około 2 km, dalej już było względnie dobrze i szło się całkiem nieźle.


W drodze do Švýcárni


Mordoru ciąg dalszy

Niedzielne przedpołudnie upłynęło na ogarnianiu lokum i przygotowywaniu się do odwrotu. Trzeba było przecież oddać butelki w Lidlu :D, a następnie za otrzymane pieniądze udać się na kawę i Marlenkę do knajpki na rynku. Pogoda nie nastrajała do zwiedzania, w związku z tym po opróżnieniu filiżanek, posileni pysznym deserem obraliśmy kurs na Kraków. Tak też dobiegła pierwsza Zimowa symulacja eksploracji Jeseników.


Czeskie rarytasy ;D

P.S.
Za pobyt chciałbym podziękować całej ekipie.


**Zapraszamy do dyskusji na forum w temacie: Zimowa symulacja eksploracji Jeseników – czyli dziad z ekipą na Pradziadzie

Dodaj komentarz