Share →

100_3534Wyjazd – piątek zaraz po pracy (koło 16.30). Cel – Rytro. Kierowca zastrajkował przeciwko nocnej podróży i potem jeszcze łażeniu, więc do Rytra przyjechaliśmy na nocleg. Zameldowaliśmy się w Zajeździe PTTK pod Roztoką dość późno, bo chwilę po 22. Gospodarze na szczęście wykazali się wyrozumiałością i wpuścili nas do środka. Pierwszy sukces. Gospodarz to człek dość surowy i na pierwszy rzut oka dość mrukliwy. Ale w gruncie rzeczy bardzo miły i życzliwy. Zostawialiśmy samochód na dwa dni na parkingu Zajazdu i po powrocie i pytaniu o cenę tej usługi – gość schował ręce za siebie i powiedział: „dajcie ile uważacie”. Myślę, że go nie pokrzywdziliśmy.

Cześć i czołem! Krótka relacja poniżej.

Beskid Sądecki 1 – 2 grudnia 2012

W drugiej połowie 2012 roku rzadko zdarzało mi się mieć dwa wolne dni pod rząd. W tygodniu praca, w weekendy szkoła. Decyzja o tym wyjeździe powstała bardzo spontanicznie i takoż przebiegło pakowanie. Po namówieniu dwójki znajomych, rozwiązała się też sprawa transportu. Ja tam wychodzę z założenia, że każda przygoda powinna zaczynać się w pociągu, a że każde wyjście z domu może być przygodą (dlatego często jeżdżę metrem!), to próbowałem przeforsować tą opcję. Siła przebicia moich argumentów była na tyle mała, że pojechaliśmy po burżujsku – samochodem.

Wyjazd – piątek zaraz po pracy (koło 16.30). Cel – Rytro. Kierowca zastrajkował przeciwko nocnej podróży i potem jeszcze łażeniu, więc do Rytra przyjechaliśmy na nocleg. Zameldowaliśmy się w Zajeździe PTTK pod Roztoką dość późno, bo chwilę po 22. Gospodarze na szczęście wykazali się wyrozumiałością i wpuścili nas do środka. Pierwszy sukces. Gospodarz to człek dość surowy i na pierwszy rzut oka dość mrukliwy. Ale w gruncie rzeczy bardzo miły i życzliwy. Zostawialiśmy samochód na dwa dni na parkingu Zajazdu i po powrocie i pytaniu o cenę tej usługi – gość schował ręce za siebie i powiedział: „dajcie ile uważacie”. Myślę, że go nie pokrzywdziliśmy.

Do rzeczy. Lokal całkiem przyjemny, był prąd, dużo ciepłej wody (w końcu jesteśmy w centrum miasteczka, więc dobra te nie powinny dziwić) i mało turystów. Niestety nie dane nam było obejrzeć lokalu dokładnie, bo przyjechaliśmy późno a wychodziliśmy wcześnie. Sprawiał wrażenie dość przyjemnego i przytulnego. Rano, spotkaliśmy jedynego na szczęście niedźwiedzia na szlaku. Pamiątkowa fotka poniżej:

Szliśmy czerwonym szlakiem na wschód – dzisiaj naszym celem było schronisko na Hali Łabowskiej. Wyjście z Rytra po dość szybko wznoszącym się asfalcie, czyli jak zwykle nic przyjemnego. Widoki czasami trochę lepsze, czasami trochę gorsze. W każdym razie – coś tam widać było. Zaczynał padać śnieg, powoli robiło się biało. I tego śniegu było czasem po kolana – a wszystko przez liście. Właściwie, to śniegu było z pięć centymetrów. Ale po dodaniu pół metra opadłych liści było w czym brodzić. W miasteczku temperatura oscylowała w okolicach zera, wyżej zmierzyliśmy, dzięki uprzejmości kolegi, który zabrał malutki termometr, minus 7.

Po około 2 godzinach marszu przystanek na śniadanie – schronisko prywatne na Cyrli. Wiem, że prowadzone jest przez byłych właścicieli schroniska na Hali Łabowskiej, ale nie wiem, co spowodowało taką woltę. Nie wnikam jednak, bo to nie moja sprawa. Samo schronisko przyjemne – małe, przytulne i ciepłe. Przywitani zostaliśmy głośnym okrzykiem: „Ludzieeee, ludzieeee przyszli”. Właściciele moment rozpalili w kominku, cobyśmy się mogli podsuszyć i ogrzać. Naprawdę miło nam się zrobiło. No i tego dnia turystów za dużo nie było, to fakt. Na śniadanie pierogi. Ruskie. Zachwycające. A wiem co mówię, bo ruskie jem wszędzie, gdzie je podają. Nawet jak jestem najedzony a mają gdzieś ruskie – to i tak zjem. Zdjęć z tego miejsca nie posiadłem w jakości nadającej się do publikacji.

Przystanek następny – docelowy tego dnia – schronisko na Hali Łabowskiej. Jedyne źródło ciepła w budynku to kominek w jadalni. Tam też spędziliśmy wieczór integrując się z wycieczką studentek UJ (chyba, UJ, nie żebym pamiętał dokładnie). Z tego miejsca pragnę je serdecznie pozdrowić. Wódka postawiona na stoliku przed samym kominkiem będzie gorąca. Czy to się komuś podoba czy nie. Picie takiej wódki nigdy nie jest przyjemne. Czy to się komuś podoba czy nie. A jak butelka jest gorąca na tyle, że oparzyła mi rękę, to wódka w środku jest zdecydowanie za ciepła.

Jeśli chodzi o samo schronisko – to to co zapamiętałem najlepiej to zimno. Brak wody (no, była w sumie, ale w temperaturze takiej, że sam się dziwiłem że jeszcze płynie), brak prądu (no przez dwie godziny wieczorem był). Nie piszę tego dla samego marudzenia, bo są to rzeczy na które człowiek godzi się wychodząc z domu z plecakiem. Informuję jedynie, o suchych faktach. Ale przyznać muszę, że żurek mieli dobry. Gęsty, z jajkiem i dużą ilością kiełbasy. Pierogi też dobre, ale te jedzone rano smakowały mi bardziej.

Szliśmy spać w świetle latarek i temperaturze takiej, żeśmy swoje oddechy widzieli (na korytarzu, w pokoju było lepiej). Szczęściem okazało się, że w ścianie naszego pokoju biegnie… przewód kominowy, od kominka w którym cały wieczór palił się ogień. Szczęściarze! Temperatura jak się kładliśmy – 12 stopni. Jak wstawaliśmy było chyba z 8. Nie przeszkadzało mi to rozgrzebać śpiworu. Nie lubię ciepła. Przy okazji – izotonik jest świetny na kaca. Zakładam, że to przez jego świetne właściwości nawadniające. W nocy wypiłem z półtorej litra (około tyle miałem w bukłaku – wypiłem wszystko praktycznie naraz) i obudziłem się świeży jak noworodek.

Dzień drugi to trasa do Krynicy. Widoki jak poprzednio – pochmurnie, trochę popadywał śnieg, ale szału nie było. Ale i tak było ładnie. O tak:

Po drodze małe grzybobranie:

I inne Diabelskie Kamienie:

Dalej już tylko zejście do Krynicy, oczekiwanie na pociąg (w krynickiej poczekalni na dworcu PKP niewiele cieplej niż na zewnątrz. Nic to, w termosie herbata jeszcze była, a czekaliśmy tylko półtorej godziny. Godzinny powrót do Rytra, przesiadka w samochód zostawiony na parkingu Zajazdu i powrót do Warszawy. I jak każdy powrót z gór strasznie smutny.


**Zapraszamy do dyskuji na forum w temacie: Beskid Sądecki w pierwszy grudniowy weekend 2012

Dodaj komentarz