Share →

DSC_0130Celem na dzisiejszy dzień jest Krościenko. Dzisiejszy dzień sponsoruje zatem słówko: „zejście”. Praktycznie cały czas w dół, co daje nam trochę w kość. Właściwie nie za wiele można tutaj powiedzieć. Kilka godzin marszu przez las, ciągle w dół. Po drodze spotykamy mało ludzi. Miło wspominamy rozmowę z drwalem pracującym w lesie, może ze dwie godziny marszu od Krościenka. Pogadaliśmy chwilę, pożartowaliśmy i poszliśmy dalej. W pewnym momencie, idąc, słyszymy po naszej prawej stronie głos. Odruchowo niemal nie przylałem kijem nagłemu intruzowi. Odwracam się i widzę – rozmownego drwala, poznanego przed chwilą. Dogonił nas raźnym krokiem podpierając się dziarsko siekierą.

Dzień 0
Długi majowy weekend zaczęliśmy już w niedzielę po południu. Wyjazd miał miejsce koło 14 z Dworca Centralnego, pierwszy cel podróży to Kraków Główny. Tutaj nocleg u życzliwego i cierpliwego kolegi i wyjazd koło 5 rano do Rytra. Tutaj krótka refleksja. Odkąd PKP wprowadziło obowiązkowe miejscówki w pociągach TLK komfort podróży zwiększył się dość mocno. Trochę wygodniej wsiada się do pociągu, bo ludzie nie tratują się w celu znalezienia ostatniego wolnego miejsca. Każdy ma swoje wykupione miejsce, na którym na pewno usiądzie i jest spokój. Wprawdzie i tak są ludzie, którzy miejscówek nie mają, ale siedzą lub stoją pokornie na korytarzu i pomimo że parę razy ostatnio jechałem pociągiem, to nie musiałem nigdy nikogo wypraszać ze swojego miejsca. Chociaż słyszałem opowieści, jak to okazywał się już w pociągu, że PKP sprzedało bilet na to samo miejsce nawet trzem osobom. Ale nie spotkałem się z taką sytuacją osobiście więc potwierdzić nie mogę. Ale podobno i wtedy konduktor dość sprawnie zażegnał konflikt.

Dzień 1
W pociągu do Rytra poznajemy kilkuosobową ekipę z Nowej Dęby, która dosiadła się do pociągu chyba w Nowym Sączu. Ciekawy zbieg okoliczności, bo Nowa Dęba jest blisko moich rodzinnych stron. No i ludzie Ci bawili na Hali Łabowskiej w nocy z 1 na 2 grudnia 2012, kiedy i my tam byliśmy, co opisałem w innej relacji. Jak widać, świat jest dość mały. W Rytrze pogoda jeszcze wspaniała i widoki takież same:

Pierwszym celem naszej wędrówki jest schronisko PTTK na Przechybie. Idziemy cały czas czerwonym szlakiem przez Wielki Rogacz i Radziejową. Słońce przygrzewa, co jest dość dokuczliwie na podejściu zaraz za Rytrem, gdzie nie ma żadnych drzew. Ale jakie widoki!

Pierwszy postój przy „ławeczce dla strudzonych turystów”:

Po krótkiej rozmowie z napotkaną po drodze babinką, dowiadujemy się, że w sumie to jesteśmy jednymi z pierwszych turystów na tym szlaku w tym roku. A babcia wie co mówi, bo mieszka przy samym szlaku. Ma chyba z 10 kotów i trzy psy. No i całkiem dobrze mówi po angielsku, czego nie omieszkała nam zaprezentować. No i faktycznie mówi. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to uczyła się języka jeszcze podczas wojny. Miło będę wspominać tą rozmowę i tą osobę. Zostawiamy babcię z jej zwierzyńcem i serdecznie dziękując za rozmowę ruszamy dalej. Podejście jak podejście, las, widoczki, las, widoczki i postój przy chatce pod Niemcową. Tutaj herbata z cytryną, kanapki, pogoń na toczącą się w dół stoku karimatą i pora ruszać dalej.

Po drodze kilka przystanków (ah, kondycja nie ta – cholerna praca przy biurku!) i wejście na Radziejową. Po drodze kilka łat topniejącego śniegu, ale nie sprawiały one większego problemu. W sumie to cały szczyt Radziejowej był raczej bardziej w śniegu niż bez. Na szczycie obowiązkowe wejście na wieżę widokową i sesja zdjęciowa. W tle, wierzcie mi, lub nie, widać Tatry. Ładnie jest

Potem znowu las, las, las i schronisko. Pusto, cicho, prawie brak turystów. I bardzo dobre pierogi ruskie. W schronisku byliśmy na szczęście po 19 i mogłem dać upust swojej pierogowej żądzy. Ruskie jem wszędzie, gdzie tylko je podają. No i widać po mnie to łakomstwo.

Dzień 2
Rano poznałem niedźwiedziopsa:

I zdjęcie na tle schroniska:

Celem na dzisiejszy dzień jest Krościenko. Dzisiejszy dzień sponsoruje zatem słówko: „zejście”. Praktycznie cały czas w dół, co daje nam trochę w kość. Właściwie nie za wiele można tutaj powiedzieć. Kilka godzin marszu przez las, ciągle w dół. Po drodze spotykamy mało ludzi. Miło wspominamy rozmowę z drwalem pracującym w lesie, może ze dwie godziny marszu od Krościenka. Pogadaliśmy chwilę, pożartowaliśmy i poszliśmy dalej. W pewnym momencie, idąc, słyszymy po naszej prawej stronie głos. Odruchowo niemal nie przylałem kijem nagłemu intruzowi. Odwracam się i widzę – rozmownego drwala, poznanego przed chwilą. Dogonił nas raźnym krokiem podpierając się dziarsko siekierą. Nie wydał przy tym najmniejszego dźwięku. Oboje z dziewczyną chodzimy raczej w ciszy, rzadko rozmawiając, a bardziej delektując się drogą i przyrodą. Szliśmy więc w ciszy, a człowiek podszedł nas niepostrzeżenie. Nie usłyszeliśmy nawet trzasku gałązki, ani najmniejszego szmeru oddechu. Podszedł do nas, wyrównał krok i wtedy się odezwał. Życzliwie, a jakże! Ale ciśnienie i tak mi skoczyło. Uważajcie na Drwali z Krościenka!. Przed samym miastem stresujące spotkanie ze żmiją zygzakowatą. Jak się później dowiedzieliśmy od gospodyni, u której nocowaliśmy, Krościenko ma spory problem ze żmijami. Także polecam uwagę wszystkim którzy zawędrują w tamte okolice. Zwłaszcza przy rozkładaniu namiotu.

Nocowaliśmy w prywatnej kwaterze w Krościenku. Cena spora, bo 4 dychy od osoby, ale chociaż pościel była w cenie. Zakwaterowaliśmy się i poszliśmy upolować coś na obiad. Na Krościeńskim Rynku zjedliśmy pierogi (ja ruskie, a jakże!) i gulasz. Pierożki bardzo smaczne i szczerze polecam. Szybkie zakupy w pobliskich Delikatesach i spać.

Dzień 3
Cel na dzisiejszy dzień: Czorsztyn – przez Pieniny. Zaczynamy z rana, w lekkim deszczu.

Panorama Krościenka:

Chcieliśmy kupić bilety do Parku Narodowego (tak, to nasza pierwsza wizyta w Pieninach), ale nigdzie nie było. No to poszliśmy. Po drodze, od babowinki sprzedającej oscypki i świeży kompot (tak z półtorej godziny drogi od miasta) dowiedzieliśmy się, że bilety a i owszem, ale tylko na Okrąglicę i Sokolicę. Kupimy sobie na górze bez problemu. No to ruszyliśmy. Na początku żółtym szlakiem, który jakiś czas później połączył się z niebieskim. Potem, przy kolejnym rozgałęzieniu skręciliśmy już w niebieski zdobywając Górę Zamkową.

Na Górze Zamkowej – tutaj jeszcze było dość ciepło:

Chwilę posiedzieliśmy w ruinach i ruszyliśmy na Okrąglicę. Ciągle w lekkim deszczu i po śliskim szlaku. Na górze faktycznie stwierdzono obecność pana sprzedającego bilety na taras widokowy. Ale myśmy odpuścili. Ludzi jak mrówków, bez liku. Wszyscy pchają się na taras, chociaż nie wiem po co. Z tego co słyszałem, to ludzie idą tam dla widoków, ale o jakich widokach my tu mówimy, jak nie widzę co jest 10 metrów przede mną? Grzejemy wodę, popijamy kanapki herbatą z cytryną, wygrzebujemy rękawiczki z plecaków i ruszamy dalej. Zimno było niesamowicie, dodatkowo wiało i padało. W rękawiczkach na szlaku były dwie osoby – my. Cała reszta z rękami w kieszeniach… Fakt, Trzy Korony to nie Rysy, ale mimo wszystko – można się spodziewać, że będzie „nieco” chłodniej niż w dolinach. Z Okrąglicy niebieskim szlakiem do Przełęczy Szopki. Potem, ciągle niebieskim do Czorsztyna. Gdyby ktoś jeszcze nie był w Pieninach, a chciał by być, to nadmienię tylko, że podejście od strony Czorsztyna jest dłuższe, ale zdecydowanie łagodniejsze. My się cieszyliśmy, żeśmy taki a nie inny kierunek obrali. Dzieki temu schodziliśmy zdecydowanie łagodniej. A przecież nikt nie lubi schodzenia. W Czorsztynie znowu nocleg w prywatnej kwaterze i znowu nudy wieczorem. Przynajmniej pierogi w knajpie nieopodal były całkiem smaczne.

Dzień 4
Cel – prywatna kwatera na Studzionkach. Jak wychodziliśmy rano, to świeciło jeszcze Słońce. Trasa tego dnia zaczęła się od mało przyjemnego asfaltowania niebieskim szlakiem do Kluszkowic. Potem ostry zakręt w prawo w poprzek drogi wojewódzkiej i zaczęliśmy wreszcie iść jak ludzie po mniej równym terenie. Na wysokości góry Wdżar usłyszeliśmy pierwszy grzmot. Zdecydowaliśmy czym prędzej iść na górę, bo na Lubań trochę drogi było. Plan był taki, żeby się wycować, jeśli grzmoty będą coraz bliższe. Szczęśliwie, udało nam się dotrzeć na Lubań przed burzą. Podejście od Kluszkowic bywa momentami dość strome, zwłaszcza, jak się człowiek śpieszy. A przyznać trzeba, że trochę nas te grzmoty w oddali wystraszyły. Nic to, wleźliśmy, po drodze zapoznając się z gorczańską metodą znakowania szlaków. Czyli nie daj Boże, żeby turyści nie mieli żadnych wątpliwości. Problem ten doskwiera całym Gorcom – znakowanie szlaków jest skąpe i miejscami po prostu niejednoznaczne. Ale od czego jest mapa w kieszeni wspomagana GPSem w telefonie? No właśnie na gorczańskich szlakach przydaje się znakomicie. Po drodze spotkaliśmy dwoje ludzi i jedną salamandrę plamistą.

Na Lubaniu:

Na Lubaniu zrobiło się trochę bardziej tłoczno, gdy na grzbiet wgramoliła się wycieczka polsko-węgierska (chyba węgierska). Czym prędzej spakowaliśmy się i popędzili w dół. Zejście było mało przyjemne – trochę popadało i szlak zrobił się mocno śliski. Na dodatek znowu zaczęło grzmieć i padać. Warunki te nie zniechęcały jednak niestrudzonych turystów do parcia pod górę. Niektórych nawet wbrew naszym ostrzeżeniom, że godzina 14, przy nadchodzącej burzy, to kiepska pora na pchanie się na Lubań, z którego my, w butach zdecydowanie bardziej odpowiednich (dziewczyna w kaloszkach!) schodzimy już stamtąd dwie godziny. I że nie zdążą wejść i zejść przed zmrokiem. W innym miejscu (ok. 3 godziny drogi na Lubań, godzina 15.00) dwie turystki zdziwiły się mocno, gdy zapytałem je o latarki w momencie gdy zakomunikowały mi, że prą na Krościenko. No cóż, poinformowałem, ostrzegłem ale siłą nie zawrócę, więc każdy poszedł w swoją stronę. Kolejną ciekawostką jest to, że z powodu wielu dróżek z okolicznych miejscowości biegnących prostopadle do szlaku czerwonego i nań prowadzących, spotkaliśmy wielu ludzi, którzy z tych ścieżek korzystali i w ten sposób dostawali się na szlak z Ochotnicy. Moje zaskoczenie było spore, gdy grupka czteru osób zapytała nas, czy oni to są na czerwonym szlaku. Tak, jesteście. Macie chociaż mapę? Nie, nie mamy. To zróbcie sobie chociaż zdjęcie naszej. I poszli w stronę Lubania.

No a my dotarliśmy do Studzionek. Niestety na obiad się spóźniliśmy. No nic, pani Chrobakowa, wspaniała osoba, odsprzedała nam porządny kawał wiejskiej kiełbasy i pozwoliła do woli korzystać z kuchni. Gdyby ktoś planował tam nocować, to informujcie gospodynią wcześniej, żeby zostawiła Wam obiad jeśli zamierzacie wracać później. Bo ze względu, że to jest właściwie prywatny dom, to gospodyni gotuje tylko jeden obiad, dla rodziny i tych, co są w  domu akurat, a resztki daje zwierzętom. Właściwie, to jeśli dobrze zrozumiałem, to jest to pierwszy sezon, w którym gospodyni wynajmuje pokoje na jedną noc turystom będącym w drodze. Do tej pory, prowadziła zwykłą agroturystykę i gościła całe rodziny przez kilka dni. Dlatego jeszcze nie jest przyzwyczajona do późnych godzin przyjść turystów. Niemniej jednak, jest to bardzo gościnne i przytulne miejsce. A z gospodynią można spędzić trochę czasu rozmawiając przy herbacie.

A poranny widok z okna pokoju w gospodarstwie państwa Chrobaków wygląda tak:

Dzień 5
Cel – schronisko na Starych Wierchach. Dzień zaczął się całkiem przyjemnie. Widokiem na Tatry. Nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy. Więc nadeszła niezapowiedziana. Nas dorwała na podejściu pod Kiczorę, na szczęście jeszcze nie na samej górze, a w okolicach gdzie szlak czarny wpada do czerwonego. Wpakowaliśmy się w samo centrum burzy, na szczęście obyło się bez pokazów pirotechnicznych, mieliśmy tylko audio. Grzmoty wciskały w ziemię. Cóż zatem pozostało zrobić. Szybki bieg w dół, wyszukanie najmniejszego drzewa w okolicy i czekanie na plecakach w kucki. Po 40 minutach po burzy zostały tylko odległe pomruki i poszliśmy wyżej. Weszliśmy na Kiczorę:

Droga na Turbacz upłynęła pod znakiem ucieczki przed burzą – kolejną. Tym razem udało się przeczekać w schronisku. Nie udało się zaś popróbować tutejszych pierogów, bo kolejki do bufetu były… zniechęcające. Posłuchaliśmy szlagierów śpiewanych w akompaniamencie gitary i musieliśmy ruszyć dalej. Na temat atmosfery w schronisku nie będę się wypowiadał, bo za mało czasu tam spędziłem, ale wydała mi się mało… górska?

W tle schronisko na Turbaczu:

A tutaj krokusy… Zadeptane na śmierć przez turystów omijających błotnistą ścieżkę. Nie chce mi się nawet tego komentować. Park Narodowy kończy się tuż przed samym schroniskiem, więc krokusy były nie dość że zadeptane, to jeszcze zadeptane w parku narodowym, a rosły sobie grzecznie poza szlakiem, z którego turystom rzekomo nie wolno schodzić. No jak widać wolno, o ile jest odpowiednio błotniście.

Wyszliśmy jak się rozpogodziło, ale na niewiele się to zdało. Kolejna burza pogoniła nas od połowy drogi z Turbacza do Starych Wierchów. I tym razem udało się uciec. Z lenistwa nie założyłem stuptutów i do samego schroniska wtargnąłem bez spodni – które potrzebowały natychmiastowej kąpieli. Może nawet bardziej niż ja… Schronisko na Starych Wierchach jest malutki ale bardzo przytulne i klimatyczne. Spędziliśmy miły wieczór gawędząc z dwójką miłych ludzi, których serdecznie pozdrawiam. Za to w nocy, jako że mieliśmy właśnie 3 maja, wysłuchaliśmy koncertu pieśni patriotycznej w wykonaniu zespołu… trzech tenorów. Albo i więcej. Ale nawet nie bardzo fałszowali. Mnie akurat obudziła Rota, potem była chyba Bogurodzica i kilka innych wielkich dzieł polskiej poezji patriotycznej. I nikt mi już nie wmówi, że młodzież nie szanuje wartości. Ah, no i pierogi na Starych Wierchach mają całkiem smaczne. Pod wieczór, tuż przed zachodem słońca, rozpogodziło się na tyle, że pokazały się Tatry. Ale żeby nie było, że rozpogodzenia zapowiadało kolejny ładny dzień to…

Dzień 6
…zaczął się we mgle, która towarzyszyła nam już do mety wycieczki: Rabki.  Trasa była krótka, wg. mapy coś koło 3 godzin. Zeszliśmy więc do miasta dość wcześnie (no, na tyle wcześnie, że pierwszych turystów idących w górę spotkaliśmy po 2 godzinach marszu – koło 11. Obiad, lody, chwila wytchnienia i pociąg do Krakowa. Pociąg pełen pijanych studentów, których z tego miejsca serdecznie niepozdrawiam. Na dodatek jechał na raty – w Suchej Beskidzkiej PKP połapało się, że skład jest za mały i kazało nam się przesiąść do nowego pociągu – tym razem złożonego z dwóch jednostek typu EZT. W Krakowie przesiadka do TLKi do Warszawy, potem przesiadka w metro i dom. Serdecznie pozdrawiam panią w metrze, która przesiadła się od nas natychmiast jak tylko zwolniło się inne miejsce.


**Zapraszamy do dyskuji na forum w temacie:Beskid Sądecki, Pieniny i Gorce – czyli majówka A.D. 2013

Tagged with →  

Dodaj komentarz