Share →

020-001Wyjazd mogę zaliczyć do udanych,trasa dość ciekawa,oferowała sporo miejsc widokowych jak na tego typu góry i mimo że wiosna nie jest najlepszą porą na dalekie obserwacje nie zabrakło całkiem przyjemnych panoram,dopisała również pogoda,nie ukrywam iż nie będą to nasze ostatnie odwiedziny Ondavskiej Vrchoviny,kolejne pewno już jesienią. Mimo to przez cały czas brakowało mi trochę tego,czym urzekła mnie Polska część Beskidu Niskiego,tych miejsc po nieistniejących wsiach,zapadniętych piwniczek,zdziczałych sadów czy prostych w formie a zarazem pięknych kamiennych,przydrożnych kapliczek i zapomnianych cmentarzy wykrzykujących niemalże ludzkim głosem historię tego regionu.

Tegoroczna zima zdawała się nie mieć końca,a co za tym idzie z coraz większą niecierpliwością oczekiwałem majowego,długiego weekendu,w który to chcieliśmy oficjalnie otworzyć letni sezon turystyczny. Wraz z Basią urlopy zaklepaliśmy już dwa miesiące wcześniej,żeby nie daj Boże coś nie przewidzianego w pracy nie wypadło,dzięki czemu mieliśmy mieć do dyspozycji dziewięć dni na włóczęgostwo,w głowie powstawały już trzy opcje  wyjazdu,Bieszczady,Beskid Sądecki lub Ondavska Vrchovina,i choć dość długo wahaliśmy się z ostatecznym wyborem,to  najwięcej naszych myśli zaprzątał wariant trzeci,tak też pozostało.

Jak to często bywa z długoterminowymi planami w ostatniej chwili zaczynają pojawiać się schody,za sprawą których nasz wyjazd opóźnia się o trzy dni,mimo to późnym poniedziałkowym popołudniem stajemy w trzyosobowym składzie (dołącza do nas Bartek) na rogatkach Olchowca,skąd rozpoczynamy naszą wycieczkę. Tego dnia wchodzimy tylko na Baranie,gdzie rozbijamy namioty i niecierpliwi jutra rozsiadając się na tamtejszej platformie widokowej, w promieniach zachodzącego słońca delektujemy się piwkiem.

Ranek wita nas dość chłodno,słońce jeszcze nie wzniosło się na tyle wysoko by przebić się przez korony otaczających nas drzew,do tego jeszcze dość silny wiatr sprawia iż pakujemy się i nawet nie jedząc śniadania zaczynamy schodzić zielonym szlakiem w kierunku wsi Vyśna Pisana. Ten dość nudny odcinek pokonywaliśmy już wiele razy,więc cała nasza uwaga skupia się na coraz mocniej grzejących promieniach słońca,kiedy robi się już wystarczająco ciepło rozsiadamy się nad  strumyczkiem Kapiśovka leniwie konsumując pierwszy posiłek. Najedzeni pełni optymizmu kontynuujemy wędrówkę,zostawiając za sobą szuter i przyjmując tym razem czerwone znaki, asfaltową drogą zmierzamy do miejscowości Kruźlowa,gdzie czeka na nas pierwsza tego dnia atrakcja w postaci kilku czołgów rozstawionych na górujących nad okolicą łąkach. Upamiętniają one zacięte walki,jakie toczyły się podczas operacji dukielsko-preszowskiej,w tym regionie co nóż można natknąć się na tego typu eksponaty,jednak tutaj chyba najbardziej poruszają one wyobraźnię.

Kolejnym celem na dzisiejszy dzień jest szczyt o nazwie Rohula,nie biegnie stąd żaden znakowany szlak,więc postanawiamy wejść dobrze widocznym z wioski pasem młodego lasu,z czasem jednak zarośla robią się tak gęste iż nie sposób się przez nie przedrzeć,odbijamy więc w mniej porośnięty teren i pnąc się powoli w górę w południowym skwarze zalewamy się potem.

Tak wspomniany wcześniej młodnik,jak i starsze połacie lasu upodobały sobie dziki,nie dość że co kilka kroków widać ślady ich działalności,to jeszcze słychać dość specyficzne odgłosy jakie wydają podczas ucieczki,dobrze że jeszcze nie ma młodych,bo nie chciałbym mieć do czynienia z rozjuszoną lochą. Rohula wita nas bardzo przyjemną drewnianą chatką ogólnie dostępną dla turystów,wewnątrz znajdują się piec,szerokie ławki,które z powodzeniem mogą służyć za łóżka,stół,piła,siekiera,trochę drewna oraz kilka baniek z zapasem wody i karteczka z prośbą o jej uzupełnianie w pobliskim źródełku. Słowacy zadbali również o nasze doznania wizualne za sprawą stojącej tuż obok wieży widokowej,co prawda widoczność nie jest tego dnia najlepsza,mimo to warto było wdrapać się na nią i zobaczyć z góry całą okolicę,a gdyby komuś wciąż było za mało atrakcji to do dyspozycji jest jeszcze huśtawka.

Chętnie zostalibyśmy tu dłużej,jednak jesteśmy trochę do tył z czasem w stosunku do dzisiejszego planu więc zarzucamy plecaki i niebieskim szlakiem schodzimy do Niźnej Jedlovej,gdzie zmieniamy znaki na czerwone,które to po dość monotonnym marszu doprowadzą nas wprost pod Pomnik Armii Radzieckiej w Svidniku jak również będą nam towarzyszyć przez kolejne dni. Cały park otaczający pomnik zrobił na mnie miłe wrażenie,jest bardzo zadbany,i mimo iż okoliczne zarośla były oblegane przez młodzież nie zauważyłem nawet najmniejszych śladów wandalizmu (mam tu na myśli głównie niszczenie mienia),co  niestety dość często ma miejsce w naszym kraju.

Następnie przechodzimy przez centrum miasteczka,gdzie na rondzie szlak skręca na zachód i przez Ostry vrch doprowadza nas do miejsca dzisiejszego noclegu. Ćierna hora (667 m.n.p.m),bo o niej mowa również jest bardzo dobrze zagospodarowana turystycznie,chatka która się na niej znajduje to już prawdziwy Hilton oprócz szerokich ławek,stołu jak również wszelakich sprzętów do obsługi grilla,znajduje się w niej nie byle jaki kominek a w bezpośrednim sąsiedztwie stoi kolejna wieża widokowa,zadaszona całkiem sporych rozmiarów wiata i oddalona o kilkadziesiąt metrów wygódka,wszystko czyste i schludne.
Trudno sobie wymarzyć lepsze miejsce na nocleg,tym bardziej że mamy je tylko dla siebie.

Sporą dość chwilę spędzamy na podziwianiu krajobrazu,następnie kolacja, pogaduchy i udajemy się w objęcia morfeusza,przynajmniej Basia i Bartek,bo ja mimo tych wszystkich wygód nie mogę zmrużyć oka,łydki oraz uda palą mnie jakby były obłożone gorącymi węglami,a przyjęcie wygodnej pozycji do snu graniczy z cudem,klnę w duchu słysząc chrapanie współtowarzyszy,w końcu jednak udaje mi się zasnąć. Pobudka jak to zazwyczaj w górach jest dość wczesna,kręcę się z boku na bok czekając aż promienie słońca rozświetlą wnętrze chatki na tyle by można było zacząć przygotowywać śniadanie bez użycia czołówki,w końcu palniki ruszają całą mocą.

Dziś w planie ruiny zamku w Zborovie,nie mogę się już doczekać bo szczerze mówiąc na zobaczeniu właśnie tego miejsca najbardziej mi zależy. Poranek jest znacznie chłodniejszy niż poprzedni,zakładamy na siebie dodatkowe warstwy odzieży i kierujemy się na zachód. Na Makovicy,niespełna godzinę marszu od miejsca naszego noclegu napotykamy kolejną chatkę,co prawda nie jest ona tak komfortowa jak dwie poprzednie,ale w razie potrzeby bez problemu można w niej spędzić noc. Szlak trawersując dość strome zbocze wyprowadza nas na łąki

a następnie schodzi do miejscowości Kurimka,mijając zabudowania kierujemy się w stronę lasu,nagle zostajemy zaatakowani przez dwa psy,jeden z nich nie ustępuje budową owczarkowi niemieckiemu,natomiast drugi to średniej wielkości kundel,duet całkiem nieźle wzajemnie się nakręca i mimo że oganiamy się od nich we trójkę kijami zęby mijają nasze łydki dosłownie o włos.

Całą sytuację zauważa właściciel owej rozwścieczonej swołoczy,którego typ urody zdradza jednoznacznie iż jest przedstawicielem mniejszości narodowej stanowiącej dość liczny odsetek ludności Słowacji,biegnąc w naszym kierunku wykrzykuje coś wymachując jednocześnie czymś przypominającym podręczną pałkę milicyjną z czasów PRL-u (tzw. pasztecik) przez chwilę obawiam się czy aby nie jest ona przeznaczona na nas,na szczęście pierwszy w pysk dostaje kundel,a jego większy wspólnik czując pismo,a właściwie pałkę nosem oddala się na bezpieczną odległość. Nasz wybawca przeprasza  grzecznie za wybryk swoich wychowanków,a my cali i zdrowi bez konieczności opatrywania ran kłutych bądź szarpanych ruszamy w kierunku kolejnej wsi.

Szlak z Kurimki do Andrejovej jest mało atrakcyjny i co zazwyczaj  w takim przypadku idzie w parze rzadko uczęszczany,a za sprawą prowadzonej w okolicy zrywki drzewa występuje sporo braków w oznakowaniu,na domiar złego słabo widoczna ścieżka zmienia kierunek w najmniej spodziewanych momentach,dość będzie powiedzieć iż na trzy godzinnym odcinku tracimy sporo ponad godzinę na szukanie szlaku. Udaje nam się jednak w końcu dojść do drogi asfaltowej,uzupełniamy zapasy wody w pobliskim źródełku a następnie na obrzeżach wsi odbijamy w kierunku Zborova. Tutaj również przez chwilę szlak  kluczy w zaroślach,na Przeł. pod  Hradskym zostawiamy go kierując się znakowaną ścieżką do ruin zamku. Dość późnym popołudniem docieramy do długo wyczekiwanego celu.

W takich miejscach czas biegnie szybko i mimo że chcielibyśmy zostać tu znacznie dłużej pora się zbierać,żeby jeszcze za widoku znaleźć dogodne miejsce na biwak. Wybór pada na rozciągającą się kilkaset metrów od zamku łąkę,z daleka wyglądała dość zachęcająco,jednak w bliższej konfrontacji okazało się że nie jest wcale tak kolorowo,a to zbyt duże nachylenie stoku,a to mokradło,czy w końcu nie wróżące zbyt dobrze nierówności. Po dość długiej chwili znajdujemy kawałek suchego gruntu rozkładamy namiot po czym wypychamy trawą co większe dziury pod podłogą i pełni obaw przed nieprzespaną nocą,po wcześniejszym napełnieniu brzuchów udajemy się na spoczynek.

Słońce grzeje już całkiem mocno,gdy jak nowo narodzony budzę się następnego ranka,okazało się iż wszystkie nierówności idealnie wkomponowały się w budowę mojego ciała,rozsiadamy się na zewnątrz ustalając plan dalszej wędrówki. Po cichu liczyliśmy że uda nam się przejść jeszcze masyw Ćergova i zakończyć wycieczkę w Krynicy,jednak po dokładniejszej analizie pozostałej trasy dochodzimy do wniosku że byłby to wyścig z czasem co żadnemu z nas się nie uśmiecha. Ćergov zostawimy sobie zatem na inny wyjazd,natomiast cel na dziś to wyróżniająca się w krajobrazie za sprawą zainstalowanych na jej szczycie nadajników Magura Stebnicka,dalej Vyśny Tvaroźec i nocleg w okolicy Wysowej. Teraz,mając ustalone wytyczne na dzisiaj,i spory zapas czasu,przystępujemy do przygotowywania śniadanka.

Jeśli chodzi o prowiant,to tym razem zrezygnowaliśmy z pieczywa jak również wszelkiego rodzaju serów i konserw na rzecz mieszanki owocowo nasiennej i kubka kawy bądź herbaty na śniadanie,oraz zupki chińskiej,paczki sucharów i trzech cieniutkich kabanosów na kolację,oprócz tego mieliśmy po jednym batonie i połówce czekolady na głowę w razie gdyby dopadł nas głód w środku dnia.

Porcja śniadaniowa w której skład wchodziły:
-płatki owsiane                50g
-pestki dyni                     25g
-pestki słonecznika          30g
-suszone plastry banana  30g
-orzechy włoskie             20g
-suszony ananas              15g
-suszona żurawina           20g
-suszone morele              15g
-rodzynki                         30g

zalana wrzątkiem wypełniała jednak tak skutecznie,dostarczając jednocześnie odpowiednią porcję energii,że do późnego popołudnia nie byliśmy w stanie nic więcej w siebie wcisnąć,czekolady pozbywaliśmy się zostawiając ją w chatkach czy choćby w podziękowaniu bardzo sympatycznej Pani za uzupełnienie zapasów wody pitnej,natomiast większość batonów wróciła z nami do domu.

Szlak na Magurę Stebnicką od strony Zborova początkowo prowadzi asfaltem (ten odcinek ominęliśmy prawie całkowicie) następnie szutrem,po czym wprowadza do lasu gdzie z uwagi na dość strome zbocze zaczyna iść zygzakiem,bodajże już przy drugim zakosie stwierdziliśmy że nie będziemy biegać w tą i z powrotem jak małpy w cyrku i przyjmując linię prostą ruszyliśmy w kierunku szczytu. Szczerze mówiąc sam szczyt to chyba jedyne miejsce tego wyjazdu,którego nikomu bym nie polecił,co prawda znajduje się tam zadaszona wiata,jednak to co zastaliśmy wokół ustępowało jedynie dzikiemu wysypisku śmieci obok cygańskiego blokowiska,do tego jeszcze obiekt z nadajnikami i fakt iż szczyt jest zalesiony dyskwalifikuje to miejsce w moich oczach.Nie zwlekając zbyt długo zostawiamy czerwony szlak,który prowadził nas przez znaczną część wycieczki,ruszając za niebieskimi znakami w kierunku miejscowości o nazwie Vyśny Tvaroźec.

Wygląda na to że odkąd ustąpiły śniegi na naszej trasie nie spadło zbyt wiele deszczu,już od pierwszego dnia większość mijanych przez nas strumieni jest wyschnięta,a pod nogami próżno  by szukać błota,w zacienionych miejscach,gdzie śnieg leżał najdłużej,ściółka zdążyła dość mocno zbutwieć ,teraz wysuszona przez słońce przy każdym kroku strasznie pyli,mam wrażenie jakbym stąpał po gigantycznej purchawce. Po niespełna dwóch godzinach marszu pojawiają się pierwsze zabudowania,tą okolicę odwiedzaliśmy już wielokrotnie przy okazji zejścia z Busova,tuż za wsią mijamy nieczynne schronisko i rozsiadając się nad dość wartkim jak na panujące warunki strumieniem robimy dłuższą przerwę na kąpiel,woda jest lodowata jednak trudno jest odmówić sobie tej przyjemności,zwłaszcza że jutro wracamy do cywilizacji. Ostatnie metry dzisiejszej wędrówki pokonujemy idąc za zielonymi znakami ,tutaj na bardzo ładnej widokowej polance,dokładnie w miejscu gdzie wspomniany szlak łączy się z czerwonym (granicznym) spędzimy dzisiejszą noc.

Mimo iż jest dopiero po szesnastej nie ma  sensu schodzić już do Wysowej,bo i tak nie mielibyśmy się czym dostać do domu,wylegując się na matach konsumujemy rozciągające się w kierunku południowym widoczki. Dopiero w tym miejscu,nie licząc ruin zamku mija nas kilka grupek turystów. Gdy kładziemy się spać,daleko z południa zaczynają dochodzić niemrawe pomruki burzy…morze nas ominie…?

Około północy budzę się z bólem głowy,kręcę się z boku na bok próbując z powrotem zasnąć,co jakiś czas zerkam na zegarek,jest już prawie druga,gdy coraz mocniejszy wiatr i grzmoty dają znać o nadchodzącej burzy,wychodzę na zewnątrz i zamykam otwory wentylacyjne,chwilę później o tropik uderzają pierwsze krople deszczu. Teraz obudziła się również Basia,to nasza pierwsza burza w tym namiocie,leżymy lekko zaniepokojeni w obawie,czy aby sobie z nią poradzi,coraz częstsze i bliższe wyładowania atmosferyczne rozświetlają wnętrze namiotu a  każdy grzmot odbijając się od okolicznych wzgórz przeciąga się do kilku sekund,porywiste podmuchy wiatru uderzają prosto w boczną ścianę namiotu,konstrukcja zachowuje się jednak bardzo stabilnie i nie daje żadnych znaków jakoby chciała stracić łączność z ziemią,gorzej już chyba nie będzie,wchodzimy w śpiwory zaciągając maksymalnie ściągacze kapturów by światło błyskawic nie raziło w oczy i zasypiamy.
Budząc się mieliśmy nadzieję że deszcz oczyścił powietrze z pyłów i przynajmniej na koniec będzie nam dana dobra widoczność,jakież było nasze zdziwienie gdy po wychyleniu głowy z namiotu przywitała nas biała ściana,a jeszcze większe gdy jak za skinięciem magicznej różdżki w przeciągu kilkunastu sekund mgła prawie całkowicie zniknęła by za kilkanaście z kolei minut wrócić do punktu wyjścia.

Na taki moment czeka chyba każdy fotograf,niestety leciwy już aparat fotograficzny niespecjalnie radzi sobie w takich warunkach,więc cały ten obraz w najwyższej jakości zarejestrowała jedynie nasza pamięć.Jako że warunki nie rokują zbyt pomyślnie na wysuszenie sprzętu,zwijamy mokre po nocnej przygodzie i od siadającej mgły namioty i ruszamy do Wysowej,skąd autobusem z przesiadką w Gorlicach wracamy do domu.

Wyjazd mogę zaliczyć do udanych,trasa dość ciekawa,oferowała sporo miejsc widokowych jak na tego typu góry i mimo że wiosna nie jest najlepszą porą na dalekie obserwacje nie zabrakło całkiem przyjemnych panoram,dopisała również pogoda,nie ukrywam iż nie będą to nasze ostatnie odwiedziny Ondavskiej Vrchoviny,kolejne pewno już jesienią. Mimo to przez cały czas brakowało mi trochę tego,czym urzekła mnie Polska część Beskidu Niskiego,tych miejsc po nieistniejących wsiach,zapadniętych piwniczek,zdziczałych sadów czy prostych w formie a zarazem pięknych kamiennych,przydrożnych kapliczek i zapomnianych cmentarzy wykrzykujących niemalże ludzkim głosem historię tego regionu.


**Zapraszamy do dyskuji na forum w temacie: Majówka 2013-Ondavska Vrchovina

Dodaj komentarz