Share →

Do schroniska udało nam się dojść nie napotykając żywej duszy,  zaliczamy tam obowiązkową pomidorową wśród garstki rozespanych bywalców. Na odchodne sympatyczna pani z obsługi oznajmia nam, że na zewnątrz jest minus dwadzieścia pięć. Chętnych więcej nie ma więc wyruszamy sami. Plan wycieczki wpisany do książki wyjść, Grześ, Rakoń i ewentualnie Wołowiec, czyli zimowa klasyka.  Mimo że śnieg mocno zbity i zmrożony, szlak przetarty to decydujemy się ubrać rakiety już po kilkuset metrach, raków niestety nie mamy.

Już w Zakopcu przenikający mróz uzmysłowił nam drobne braki w wyposażeniu. Różnica w temperaturze niby niewielka bo ok. 10 st. C, ale dalej może być tylko ciekawiej (albo gorzej, zależy od upodobań). Nie grymasimy w sklepach, kupujemy dodatkowe rękawice i maski, tym bardziej że chętnych i zmarzniętych narciarzy nie brakuje. Jeszcze tylko spacer po Krupówkach, zaliczone parę piruetów na lodzie i idziemy spać. Pobudka o 5.00, ubieramy się we wszystko co mamy i dojeżdżamy do Chochołowskiej. Zaskakuje nas zupełna pustka na parkingu, latem o tej porze to nie do pomyślenia. Po krótkiej dwuminutowej zabawie ze sprzętem zziębnięte palce uświadamiają, że nie może być cieplej niż minus dwadzieścia. Coś za coś, latem piekielnie nudna i przeludniona dróżka teraz raczy nas możliwością kontemplacji zimowej przyrody w samotności. Po półgodzinnym marszu zbieramy się na odwagę i ściągamy puchówki, kilka warstw na szczęście jeszcze na nas zostało.

Do schroniska udało nam się dojść nie napotykając żywej duszy,  zaliczamy tam obowiązkową pomidorową wśród garstki rozespanych bywalców. Na odchodne sympatyczna pani z obsługi oznajmia nam, że na zewnątrz jest minus dwadzieścia pięć. Chętnych więcej nie ma więc wyruszamy sami. Plan wycieczki wpisany do książki wyjść, Grześ, Rakoń i ewentualnie Wołowiec, czyli zimowa klasyka.  Mimo że śnieg mocno zbity i zmrożony, szlak przetarty to decydujemy się ubrać rakiety już po kilkuset metrach, raków niestety nie mamy.

Dopiero pod samą kopułą Grzesia śnieg jest bardziej kopny i głęboki. Do pierwszego celu docieramy ok godz. 11.00. To trochę późno, nasz główny cel już dobrze widoczny jakby zaczyna się oddalać. Jest prawie południe, dookoła wspaniałe widoki, lekki wiaterek i na grani żadnej zbłąkanej duszyczki. Po kilku fotkach i krótkiej przerwie decydujemy się na podejście na Rakoń, a potem… się zobaczy.

Im bliżej Rakonia tym bardziej szlak robi się przewiany, a spod śniegu wyłania się lód. Gdyby nie zęby rakiet z pewnością kilka razy zaliczylibyśmy krótki spontaniczny zjazd. Dochodzimy do Rakonia ok. 12.30.

Wiatr coraz mocniej dawał znać o sobie, zrobiło się bardziej ponuro i zimno. Czas nie jest najgorszy ale dalszą wycieczkę wybija nam z głowy brak raków i czekana. Mamy też tylko jedną rezerwową czołówkę w plecaku, cóż planowaliśmy powrót najpóźniej na 17.00. Zgodnie postanawiamy wrócić tutaj lepiej wyposażeni za rok. Schodząc rozmyślam czy można i w jaki sposób wyhamować potencjalny zjazd mając rakiety na nogach i kijki w ręku. Pewno już ktoś rozważał taką ewentualność, a brak jakichkolwiek publikacji może jednoznacznie świadczyć o znacznym stopniu złożoności tego problemu. Droga powrotna jakoś wcale nam się nie dłuży.

Pod Grzesiem spotykamy dzisiaj pierwszych turystów na szlaku. Jeszcze tylko rzut okiem na to co być może zobaczymy znów za rok i schodzimy do schroniska.

Przez dróżkę pędzimy czym prędzej na parking, mijając nieliczne grupki turystów.  Niedokończone wycieczki mają to do siebie, że zawsze chętniej chce się wracać w to samo miejsce jeszcze raz. To jest ich urok, bo lepiej być ciągle w drodze niż dojść już do celu. Dolina Chochołowska żegna nas i zaprasza na lody na jutro, cóż może nie na jutro ale na lody na pewno nie damy się długo zapraszać byleby były mroźne jak dziś.


**Zapraszamy do dyskuji na forum w temacie: [Tatry] Wycieczki niedokończone

Tagged with →  

Dodaj komentarz