Share →

Nasz główny bohater to dwuwierzchołkowy masyw o wysokości 2558 m nad lustro wody. Drugi wierzchołek owego masywu stanowi Mały Kieżmarski Szczyt dumnie piętrzący się na wysokość 2514 m, którego od wyższego brata oddziela Wyżnia Przełęcz, którą zdziwiłbym się gdyby zwała się inaczej niż Kieżmarska. Mimo niepozornego wyglądu niższego szczytu jego północna ściana wzbudza respekt i należy do największych urwisk w całych Tatrach. Niemal 900 m prawie pionu robi niesamowite wrażenie. Sam zaś masyw Kieżmarskich Szczytów jest dość niepozorny gdyż stoi jakby na uboczu Tatr Wysokich i niezbyt rzuca się w oczy zwłaszcza, iż ma tuż obok doborowe towarzystwo w postaci Łomnicy czy Durnych Szczytów. Wiodą na niego drogi o różnym stopniu trudności niemniej idąc najłatwiejszą drogą szczyt wydaje się dość łatwo dostępny.

To był jeden z tych dni, które na zawsze zostają w pamięci a jednocześnie jeden z niewielu w tym roku, w którym pogoda pozwalała na jakąkolwiek górską działalność. W ogóle ten rok pod tym względem póki co nie należy do udanych dlatego nadarzające się okazje trzeba po prostu wykorzystywać do cna. Tak było i tym razem. Koniec drugiej dekady maja rodził nadzieję, iż w końcu aura zacznie sprzyjać  dlatego przed nadchodzącym weekendem zdzwaniamy się z kumplem i na podstawie prognoz postanawiamy ruszyć w góry w niedziele 19 maja. Naszym głównym celem na ten dzień jest Kieżmarski Szczyt w słowackich Tatrach Wysokich.

Nasz główny bohater to dwuwierzchołkowy masyw o wysokości 2558 m nad lustro wody. Drugi wierzchołek owego masywu stanowi Mały Kieżmarski Szczyt dumnie piętrzący się na wysokość 2514 m, którego od wyższego brata oddziela Wyżnia Przełęcz, którą zdziwiłbym się gdyby zwała się inaczej niż Kieżmarska. Mimo niepozornego wyglądu niższego szczytu jego północna ściana wzbudza respekt i należy do największych urwisk w całych Tatrach. Niemal 900 m prawie pionu robi niesamowite wrażenie. Sam zaś masyw Kieżmarskich Szczytów jest dość niepozorny gdyż stoi jakby na uboczu Tatr Wysokich i niezbyt rzuca się w oczy zwłaszcza, iż ma tuż obok doborowe towarzystwo w postaci Łomnicy czy Durnych Szczytów. Wiodą na niego drogi o różnym stopniu trudności niemniej idąc najłatwiejszą drogą szczyt wydaje się dość łatwo dostępny. Tym razem jednak postanawiamy wejść na niego od strony północno- zachodniej ściany a ściślej rzecz biorąc żlebem wyprowadzającym na Wyżnią Kieżmarską Przełęcz. Żleb a właściwie rysa między wierzchołkami wraz z podejściem także należy do jednej z najdłuższych w Tatrach a do tego znajduje się w rejonie gdzie śnieg zalega miejscami przez cały rok. Dlatego też zabieramy ze sobą cały sprzęt niezbędny w górach zimą mimo, iż temperatury i pora roku raczej skłaniają ku letniemu ekwipunkowi.

Później niż zazwyczaj bo dopiero koło godziny 6 wyjeżdżamy z domu by po godz. 8 dojechać do parkingu w Białej Wodzie, na którym o dziwo stoi ledwie kilka aut mimo doskonałej pogody. Aż dziw normalnie. Po uiszczeniu stosownej opłaty parkingowej ruszamy szlakiem do chaty przy Zielonym Plesie. Zły jestem  jednak bo powinniśmy tu być przynajmniej godzinę , dwie wcześniej ale z uwagi na drugiego znajomego nie dało się wyjechać o stosowniejszej porze. Trudno, pewnie przyjdzie nam wracać po zachodzie słońca. Póki co w spokoju i samotnie podążamy naprzód od czasu do czasu przystając by zaczerpnąć łyka wody z górskiego potoku. Mimo dość wysokiej temperatury idzie się całkiem dobrze bo wiatr zapewnia skuteczną ochłodę, niemniej ciekaw jestem jak będzie wiało na górze. Powoli dochodzimy do Zielonego Plesa gdzie spodziewam się, że staniemy na chwilę coś przekąsić. Chłopaki idą przodem gdyż  zatrzymałem się by porobić parę fotek.

Największe urwisko w Tatrach, Pn- Wsch. ściana Małego Kieżmarskiego Szczytu

Durne Szczyty wraz z Czarnym Szczytem

W drodze do Zielonego Plesa

Durny Szczyt wraz Małym Durnym

Chata przy Zielonym Plesie na tle Jastrzębiej Turni

Dochodzę do Plesa i ze zdziwieniem stwierdzam panujący tu spokój, ledwie kilku ludzi snuje się wokół chaty a wokół cisza i pustki. Nie mam jednak czasu na rozmyślania gdyż widzę, że kumple ani myślą o odpoczynku i idą dalej. Klnę w duchu na czym świat stoi i idę za nimi mimo, że już z głodu ssie mnie w żołądku. Obchodzę staw z lewej strony i przebijam się powoli przez kosówkę w stronę progu Dzikiej Doliny gdzie dopadam w końcu moich towarzyszy. Nareszcie możemy na chwile usiąść i odpocząć. Teraz dopiero zauważam, że jesteśmy już całkiem sporo ponad chatą, którą z tego miejsca widzimy jak na dłoni. Wokół nadal żywego ducha i tylko na Kołowym Szczycie obserwujemy  ludzkie sylwetki. Robi się bardzo ciepło a wiatr, który na dole hulał tutaj niemal zupełnie ustaje.

Próg Doliny Dzikiej

Zielone Pleso

Ruszamy dalej  w stronę progu skalnego, który pokonujemy korzystając ze sztucznych ułatwień. Po chwili odbijamy w lewo ale pojawia się pierwsza przeszkoda w postaci niewielkiej rynny śnieżnej skutecznie zagradzającej nam drogę w głąb Dzikiej Doliny. Wahamy się czy ubrać raki ale szczerze mówiąc nie chce mi się ich jeszcze ubierać więc postanawiam zaryzykować asekurując się na wszelki wypadek czekanem. Okazuje się, iż bez większych kłopotów pokonujemy ten odcinek i dalej kierujemy się w stronę muru skalnego, który stanowi Grań Wideł. Pogoda w dalszym ciągu dopisuje a na niebie nadal rządzi „kiczowaty lazur” jak to określa jeden z moich dobrych znajomych.

Kieżmarska Dolina

Posuwając się mozolnie w stronę Miedzianej Kotliny  w pewnym momencie odczuwam, że dopada mnie kryzys. Nogi robią się jakieś ciężkie, ledwie włóczę nimi w tej śnieżnej brei i czuje jakby mi przybyło ze 20 lat. Niepokoi mnie to bo w końcu człowiek prowadzi aktywny tryb życia a tu taki zonk i w takim momencie. Najwidoczniej organizm się buntuje z powodu braku energii i odcina prąd domagając się węglowodanów. Patrzę przed siebie i dostrzegam terenowy garb do którego postanawiam się doczłapać i coś zjeść . Wreszcie stajemy na odpoczynek. Tuż obok spływa po skale woda z roztopionego śniegu więc nie zastanawiając się wiele ściągam z siebie koszulkę, którą mocze w wodzie, wykręcam i ponownie wkładam na siebie. Co za ulga. W upalne dni w górach kiedy tylko była okazja zawsze tak robiłem co powodowało, że człowiek mniej się pocił i odczuwał większy komfort. Wsuwam jednego batona, potem drugiego, przy trzecim mdli mnie od tych słodkości więc sobie daruje, bo w końcu ileż można się żywić batonami ? Wreszcie ubieramy raki i ruszamy w górę Miedzianej Kotliny. Zmęczenie mija jakby ktoś ręką odjął a zasilanie wraca tak szybko, że jestem  tym równie zaskoczony jak wtedy gdy dopadła mnie słabość. Z ochotą ruszam z kopyta w lewo w stronę Troistej Płaśni pnąc się w górę po coraz bardziej stromym zboczu. Do właściwego żlebu jeszcze trochę nam zostało a póki co nabieramy szybko wysokości lawirując między skałami i szukając dogodnej drogi. Śnieg trzyma dobrze i jest go tutaj dość sporo więc wspinaczka w dość stromym i eksponowanym terenie choć coraz bardziej męcząca to jednak sprawia dużo frajdy. Po jakimś czasie osiągamy Miedziany Ogródek i chwile odpoczywamy zastanawiając się, którędy będzie najlepiej iść dalej bo teren najwyraźniej się komplikuje i nie pozwala na wprost osiągnąć podstawy żlebu. Chwila oddechu i ruszam w stronę Niemieckiej Ławki wybijając stopnie w twardym śniegu. Zmieniamy się na prowadzeniu co kilkadziesiąt metrów bo jednak droga wymaga sporego wysiłku od prowadzącego tym bardziej, iż poruszamy się niemal wyłącznie na przednich zębach raków. Po kilkudziesięciu metrach odbijamy w prawo wchodząc na lite skały, gdzie po trawkach, upłazach i eksponowanych półeczkach dochodzimy w pobliże żlebu. Tutaj chwile odpoczywamy podziwiając ciągnące się poniżej Miedziane Ławki będące jednym z wariantów drogi na Łomnice. Surowy a zarazem majestatyczny widok przyciąga i fascynuje. W oddali za nami widać Czarny Szczyt a już całkiem blisko piętrzy się Durny Szczyt wraz z Mały Durnym oraz granią na Łomnice, która przywołuje miłe wspomnienia.

W stronę Miedzianej Kotliny

Czarny Szczyt
Miedziana Kotlina, po lewej Wielki Szczyt Wideł

W stronę Troistej Płaśni

Rejon Troistej Płaśni

W oddali Czarny Szczyt, po prawej Kołowy Szczyt

Miedziany Ogródek

W oddali Baranie Rogi, Czarny i Kołowy Szczyt

Po lewej Miedziane Ławki, na wprost Durny i Mały Durny Szczyt

Ruszamy w stronę Niemieckiej Ławki

Zbliżenie na Czarny Szczyt

Przed nami główna atrakcja dnia, danie główne w postaci eksponowanej rysy wyprowadzającej na przełęcz. Czeka nas długie podejście więc bez zwłoki ruszamy tym bardziej, że godzinę temu minęło już południe. Początkowo idzie dobrze, podobnie jak przy podejściu tyle, że żleb bardzo się zwęża i staje się coraz bardziej stromy. Nie ukrywam, ze uwielbiam taką wspinaczkę. Subiektywnie rzecz ujmując droga jak na razie jest o wiele bardziej wymagająca niż żleb Stilla na Pośredniej Grani ale prawdziwe trudności były przed nami o czym niebawem mieliśmy okazje się przekonać. Idziemy tylko na auto asekuracji, nie ma sensu się wiązać w tym terenie bo i możliwości są żadne  a i podwajanie ewentualnego nieszczęśliwego upadku zbyt ryzykowne. Dlatego każde wbicie raka i czekana musi być pewne i zapewniać solidne podparcie. To wymaga skupienia i pełnej koncentracji od początku do końca drogi. Zbliżam się do szczeliny w śniegu przecinającej w poprzek rysę i kieruje lekko na prawo gdzie jak się mi  wydaje jest stabilny śnieg. Mam już zamiar na niego wejść ale coś mnie zatrzymuje i spoglądam na niego od strony szczeliny. Okazuje się, że stanowi mostek śnieżny, który bez wątpienia by się pode mną załamał. Wobec powyższego odbijam w drugą stronę i po skałach obchodzę śnieżną pułapkę. Na oko widać, że w żlebie zalega jeszcze jakieś 1.5 m śniegu. Zmieniamy się ponownie na prowadzeniu i idę tuż za kumplem. W pewnym momencie docieramy do progu skalnego, niewielkiego co prawda ale za to całkowicie oblodzonego i stanowiącego w tych warunkach parometrowy mini lodospadzik. Czekam cierpliwie aż kumpel przejdzie po czym próbuje czekanami się jakoś uchwycić lodowej powierzchni. Oglądam się w tył, za nami spory luft i zejście w tych warunkach bez sztywnej asekuracji wydaje się niemożliwe, wręcz graniczyłoby z szaleństwem. Odwrotu już nie ma, jedyna droga wiedzie w górę i tam też kierujemy nasze myśli i kroki. Zbijam czekanami warstwę kruchego lodu i usiłuję znaleźć nimi jakieś zaczepienie. W końcu się udaje i powoli się wdrapuję. Zdaje sobie sprawę, że odpadnięcie w tym momencie może mieć tragiczne następstwa więc maksymalnie koncentruje się na każdym ruchu. Za mną z tym samym problemem mierzy się kolega. Czekamy wzajemnie na siebie i z ulgą wchodzimy w łatwiejszą część rysy. Nie na długo…Widzę po chwili kolejny próg, którego tym razem udaje się pokonać częściowo po skale. Żleb wydaje się nie mieć końca ale u licha ileż jeszcze może się ciągnąć ? Odpoczynek i znów zmiana prowadzącego. Podświadomie wyczuwam, że zbliżamy się do jego końca. Pokonujemy jeszcze niewielki i niegroźny uskok po czym moim oczom ukazuje się wreszcie upragniona przełęcz. Jeszcze tylko kilkanaście metrów, których pokonanie zdaje się trwać wieczność i w końcu staje na przełęczy. Czekam na kumpli którzy w końcu także dochodzą i robimy zasłużony postój.

Wchodzimy w żleb

Kołowy Szczyt na zbliżeniu

Jeszcze trochę nam zostało…

Końcówka naszej rysy

Humory dopisują, a jakże, a jednocześnie dominuje w nas poczucie wielkiej satysfakcji z osiągniętego celu choć do szczytu mamy jeszcze kawałek, wiadomo jednak, że to już tylko formalność. Zdejmujemy raki, zostawiamy plecaki i cała resztę na przełęczy i po głazach i skałkach wchodzimy na Mały Kieżmarski Szczyt. To raptem paręnaście metrów od Wyżniej Przełęczy więc bez trudu osiągamy wierzchołek. Pozwalamy sobie na chwilę błogiego lenistwa i w promieniach grzejącego dość mocno słoneczka rozkładamy na skałach nasze umęczone zwłoki ;) Sielanka nie trwa jednak długo, patrzę na zegarek, którego wskazówka minęła godzinę 15 i czym prędzej schodzę w stronę przełęczy. Teraz z kolei zmierzamy w kierunku Kieżmarskiego Szczytu co zajmuje nam kilka-kilkanaście minut zanim nasze stopy dotykają głównego wierzchołka. Niestety od zachodu napływają chmury i dość szczelnie otulają sąsiednią Łomnice przez co widok jest ograniczony ale na szczęście chyba najpiękniejsza grań w Tatrach jaką stanowią Widły nadal cieszy nasz wzrok i wzbudza podziw swoją budzącą grozę formą. Nie zabawiamy zbyt długo na szczycie z powodu późnej pory więc szybki wpis do książki wejść i zabieramy się w drogę powrotną. Notabene przy okazji wpisu sprawdzam z ciekawości ostatnie wejście naszych rodaków, którzy jak się okazuje ostatni raz byli tu  początkiem miesiąca. Korzystając także z okazji poprawiam mój stary wpis z przed dwóch lat kiedy błędnie wówczas wpisałem datę. Schodzimy szybko na przełęcz gdzie czekają na nas nasze graty po czym zaczynamy zejście w stronę Hucnowskiej Przełęczy.

Od lewej- Kieżmarski, Łomnica i Durny Szczyt

Kołowy i Jagniecy Szczyt na tle Tatr Bielskich widziane z M. Kieżmarskiego

Durny Szczyt, Lodowy Szczyt, Baranie Rogi oraz Czarny Szczyt

Baranie Rogi, po lewej dobrze widoczna przełęcz

Z Małego Kieżmarskiego Szczytu

Na Małym Kieżmarskim Szczycie

Jagnięcy Szczyt na tle Tatr Bielskich

Stamtąd  przyszliśmy

Grań Wideł z Kieżmarskiego Szczytu

Panorama z Kieżmarskiego w kierunku północnym

W stronę Tatrzańskiej Łomnicy

Książka skarg i wniosków  ;)

Na grani Kieżmarskiego

Łomnica coraz bardziej skrywa się w chmurach

Zejście nie stanowi tu większych problemów ale staram się iść uważnie po głazach i skałach jako, że ostatnim razem załatwiłem tu sobie kolano. Tym razem nie wiele brakowało gdy przy potknięciu stuningowałbym sobie twarz ale w ostatnim momencie odruchowo zdołałem podeprzeć się rękami ;) Wreszcie stajemy na przełęczy i chwile wahamy się, którędy pójść dalej. Są dwie opcje, albo idziemy przez Hucnowski Szczyt albo przez Hucnowską Kotlinę. Pierwszy wariant ze względu na porę odpuszczamy bo jednak wymaga ona sporego nadłożenia drogi więc pozostaje schodzić wprost na Rakuski Przechód. Tak też czynimy. Idąc w dół staramy się mijać sporej wielkości płaty śniegu czy wręcz pola śnieżne ale nie wszędzie jest to możliwe. Co więcej da się od biedy zjeżdżać na tym śniegu na butach więc korzystamy z tego przy okazji szybko tracąc wysokość. Oczywiście kilka razy zaliczam piękną glebę a jako, że stuptuty dawno leżą na dnia plecaka więc co chwila zmuszony jestem wyjmować resztki śniegu z butów. Jakoś krok po kroku dochodzimy na przełęcz gdzie na chwilę robimy sobie przerwę. Za nami zostały Kieżmarskie Szczyty otulone chmurami tak jak wcześniej Łomnica. Wygląda na to, że tak już będzie do końca dnia. Czujemy już znużenie. Podeszwy stóp zaczynają boleć od twardych butów a przed nami przecież jeszcze  kawał drogi na dół. Wypadałoby iść przez Rakuską Czube do Zielonego Plesa ale to znów było nie było wiąże się z nadłożeniem drogi. W końcu znajomy podaje pomysł by iść niemal na wprost w dół przez skalny rumosz, przebić się przez wąski pas kosówki i dojść do tej drogi, która najwyraźniej zdaje się biec w kierunku parkingu. Faktycznie opcja jest kusząca więc próbujemy. Dość szybko tracimy wysokość i zbliżamy się do pasa kosodrzewiny. W pewnym momencie idąc po skalnym rumowisku słyszę głuchy huk dobiegający gdzieś…no właśnie nie umiem określić skąd. Dźwięk przypomina odgłos jadącego w oddali pociągu bądź szum odrzutowca. Spoglądam w niebo i usiłuje wypatrzyć stalowego ptaka ale nic nie dostrzegam. Wreszcie kumpel mnie oświeca i mówi, że pod nami płynie górski potok. Wrażenie jest niesamowite bo odgłos jest nietypowy.  Po jakimś czasie wszystko  ucicha a my pakujemy się w wąski na szczęście pas młodej kosówki. Trochę się mocujemy z krzakami więc po wyjściu z ulgą wchodzimy na wydeptany trakt, który okazuję się niebieskim szlakiem prowadzącym ze Skalnatego Plesa. Lepiej chyba nie mogliśmy trafić. Idziemy już spokojnie choć zmęczenie stóp coraz bardziej daje nam się we znaki toteż jak zwykle w takich przypadkach schodzimy niemal  w ciszy niewiele ze sobą gadając. Jakiż to zawsze kontrast w porównaniu do początku dnia  ;D. Szlak co prawda zawija w dalszej części z powrotem w kierunku Tatrzańskiej Łomnicy ale w pewnym momencie poprzez  zielony łączy się w połowie z tym wiądącym do Zielonego Plesa, którym szliśmy z rana. Jesteśmy prawie w domu a dzięki skrótowi oszczędzamy niemal 3 godziny marszu. Końcówka drogi mija nam już beznamiętnie pomijając piekące podeszwy stóp  a do parkingu dochodzimy na godzinę 20.

W Hucnowskiej Kotlinie

Rakuska Czuba przed nami

Kieżmarskie i Hucnowski już w chmurach

Rakuski Przechód

Cóż mogę rzec na koniec ? Zawsze miałem problem jak sklasyfikować taki wypad? Z jednej strony wejście w warunkach stricte zimowych, z drugiej zejście niemal w letnich, czyli suma sumarum w nijakich. Tak czy inaczej tura jest czadowa niemniej wymaga sporego wysiłku i niezłej kondycji.


**Zapraszamy do dyskuji na forum w temacie: [Tatry] Kieżmarski Szczyt 2013

Tagged with →  

Dodaj komentarz