Share →

Sobota, wczesna pobudka, śniadanko i w drogę. Po 5-ciu godzinach jazdy jesteśmy u celu.
LLyn Gwynant Campsite. Kamping średniej wielkości nad jeziorem Llyn Gwynant ( jak sama nazwa kampingu mówi 😀) .Do samego podejścia na Snowdon jest jeszcze 4 km.

 

Sobota, wczesna pobudka, śniadanko i w drogę. Po 5-ciu godzinach jazdy jesteśmy u celu.

LLyn Gwynant Campsite. Kamping średniej wielkości nad jeziorem Llyn Gwynant ( jak sama nazwa kampingu mówi 😀) .

Do samego podejścia na Snowdon jest jeszcze 4 km.
Meldujemy się, płacimy, stawki wyższe, bo długi weekend. Da się przeżyć – w porównaniu do Włoch to jak za darmo, ale o tym może innym razem.
Rozbijamy namiot, szybki posiłek, plecak na grzbiet i mały rekonesans. Idziemy się przejść po okolicy i zaliczyć kilka nie wielkich wzniesień tak na rozgrzewkę.









Podczas zejścia odczuwam skręconą kostkę dwa miesiące temu. Wieczorem będzie moczenie kopyta w lodowatym jeziorze. Pomogło i na noc trochę altacaetu.
Każdy na kampingu oczywiście grilluje, nie będziemy gorsi, a co tam. Nie ma to jak kiełbaska i oscypek z rusztu ( w Anglii teraz wszystko dostaniesz) do tego zimne piwko oczywiście polskie. Najedzeni kładziemy się spać, nazajutrz Snowdon.





Rano śniadanko, kawka i w drogę.
Z buta do parkingu po szczytem zajmuje nam jakieś 45 min.



Od teraz tylko w górę.





Na szczyt prowadzą 4 drogi. Oczywiście można też wjechać pociągiem ( dla ciekawostki powiem, że ma ruchome łoże silnika aby zawsze utrzymać go w poziomie). Ta lokomotywa to chyba stary parowóz, dymi jak cholera.



Obok torów idzie szlak dla pieszych, najłatwiejszy a zarazem najdłuższy. Jakoś mała dla mnie przyjemność iść koło takiego kopciucha i to wdychać. No cóż, co kto lubi. Powiem tak, na tym szlaku był nie zły tłok.





Kolejny sposób to spacer z drugiej strony góry szlak o nazwie Pyg Track. Łatwy i nie stromy. Dosyć tłoczny. Rodziny z dziećmi, starsi ludzie, a nawet inwalidzi. Trochę czułem przerost formy nad treścią, z plecakami, softshelami, stuptułami i kijami. Na szczęście nasze drogi zaraz się rozchodziły, bo mieliśmy w planie najtrudniejszy szlak przez grań Crib Goch.



Szlak ten jest dosyć trudny, pochłonął już kilka istnień. Po wdrapaniu się na grań idzie się w sumie cały czas szczytem w ten sposób że nogi na się po dwóch stronach grzbietu. Robi to wrażenie tym bardziej że część prawej strona jest prawie pionowa.













Oczywiście pogoda się załamała i zaczął padać śnieg. Zrobiło się mokro, ślisko i zaczęło wiać. Tempo spadło.
Za to adrenalina wzrosła 😀. Większość drogi asekurujmy się rękami, wyglądało to trochę jak na czworaka 😀.
Kilka ekip też wybrało taką metodę.
Trochę wspinaczki, oczywiście bez asekuracji, łańcuchów też nie ma. Nawet nie potrzeba :>
Każdy kto ma jakieś pojęcie o wspinaczce da sobie rade bez problemu. Trawers trwa 3 godziny. Po drodze mijamy się z innymi ekipami, wymieniamy się doświadczeniami, gdzie trudno i bardziej ślisko.
Niektóre chwyty luźne, serce mocniej zabiję, wtedy czujesz że żyjesz, a na dół daleka i kamienista droga.
Po przejściu tego odcinka 5 min. relaksu i czas na ulepienie bałwana 😉



Na Snowdon weszliśmy ( 1085 mnpm ) ale to nie On był celem lecz przejście samego Grib Goch’a.
Po za tym szczyt był tak okupowany przez pasażerów ciufci że w sumie wszedłem tylko pro forma, zrobić fote i lecimy dalej. Zeszliśmy trochę niżej, w bardziej ustronne miejsce napić się herbaty i zjeść.





Zaczynamy zejście, to czego najbardziej nie lubię, a właściwie to co najbardziej sprawia ból. Kostka niby zagojona a nadal kłuje na stromych zejściach. Pierwszy odcinek jest dosyć stromy i luźny. Balansując z nogi na nogę daje rade. Potem już tylko spacerek.
W dolnej części mijamy zajebiaszcze wodospady i pozostałości domostw po górnikach miedzi. Niektóre z nich całkiem okazałe, czytamy w przewodniku że byli tu przetrzymywani niewolnicy.









Jeszcze kawałek i docieramy do kampingu. W sumie równe 11 godz. zajęło nam te obejście.
Jesteśmy dosyć zmęczeni. Pierwsze co to prysznic, a potem upragnione moczenie nogi z pomostu w lodowatym jeziorze. Mmmm jak miło, woda tak zimna że czuć jak w mózg wbijają się igły. 10-cio sek. sesje i noga jak nowa.
Kolacyjka, tym razem jakoś brak chęci na grilla, ale humor i tak dopisuje.
Rano budzi nas ulewny deszcz. W planach był Tryfan. Po toalecie i śniadaniu sprawdzamy prognozę, nie wygląda najlepiej. Odpuszczamy. Będzie trzeba tu wrócić.
Powoli się pakujemy i powrót.
Po drodze zatrzymujemy się w małym klimatycznym hoteliku Pen -Y- Gwryd  na herbatę.
Hillary i Tenzing tu trenowali przed wejściem na Everest w 1953 r.
Na ścianach są gabloty z oryginalnym sprzętem wysokogórskim z tamtych czasów, czekan wielkości 1,5 m robi to wrażenie. Ten sprzęt na pewno nie był lekki 😛
Pod sufitem podwieszone buty z nabitymi kolcami, ogólnie: wystrój ludzi gór







Teraz już tylko do domu.
Będzie trzeba tu wrócić, Tryfan jest jeszcze do zdobycia.


Do dyskusji, zapraszamy na forum.

Dodaj komentarz

Looking for something?

Use the form below to search the site:


Still not finding what you're looking for? Drop us a note so we can take care of it!

Visit our friends!

A few highly recommended friends...